seniorki 27.07.2007 07:29:55

Iza urodziła się w Malborku i to w tym mieście stawiała swoje pierwsze kroki na siatkarskich parkietach. Kiedy dowiedziała się, że w jej szkole odbywa się właśnie nabór do nowo stworzonej klasy sportowej, długo się nie wahała, postanowiła spróbować. - Było to w czwartej klasie szkoły podstawowej, w klubie MKS Jurand Malbork, gdzie moim trenerem był pan Adam Zborowski. Wybierano tam dzieci, które dobrze rokowały na przyszłość, tzn. przede wszystkim były wysokie, sprawne. I mi udało się „załapać” do takiej klasy. – wspomina. - To trochę za duże słowa: „zaczęłam grać w siatkówkę”. Na początku zaczęliśmy treningi na zasadzie „gier i zabaw”, potem, od szóstej klasy rozpoczęły się bardziej regularne, poważne treningi. W tamtym też czasie Iza zaczęła wyjeżdżać na swoje pierwsze turnieje. - Z klubem graliśmy we wszystkich zawodach międzyszkolnych, obstawiano nas we wszystkich imprezach, także lekkoatletycznych, ale główny nacisk był położony na treningi siatkarskie. Mieliśmy specjalnie organizowane obozy, turnieje... Tak się zaczęło.
Od samego początku jej przeznaczeniem była gra na pozycji rozgrywającej. Ze względu na bardzo dobre wyszkolenie techniczne trenerzy bez chwili wahania skierowali ją pod siatkę. - Jak tylko zaczęto obsadzać poszczególne pozycje, to stwierdzono, że mam najszybsze, najdokładniejsze odbicie górą. I tak zostałam rozgrywającą – wspomina. - Wtedy nie odbiegałam od koleżanek w jakiś znaczący sposób wzrostem, bo dzieci do tej klasy były selekcjonowane właśnie pod tym kątem, musiały być wysokie – tłumaczy. - Więc nie było tak, że jako ta najwyższa, znalazłam się na tej pozycji. A jak podrosłam, zostałam wysoką rozgrywającą (śmiech).
W naturalny sposób kariera Izy zaczęła się rozwijać, a udział w licznych, międzyszkolnych turniejach zaowocował propozycją gry w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Sosnowcu. Podobnie jak w przypadku większości jej koleżanek z ligowych boisk kluczową imprezą okazał się turniej Nadziei Olimpijskich. - W każdym województwie, czy makroregionie, a w moim przypadku był to region pomorski, były wówczas rozgrywane turnieje juniorskie. Nasz region prowadził wtedy trener Witold Jagła, który zabrał mnie na turniej Nadziei Olimpijskich. Nie łapałam się wtedy nawet do szóstki, ale mimo to zostałam tam wypatrzona przez państwa Leszczyńskich, którzy później zostali moimi trenerami już w Sosnowcu. Iza skorzystała z oferty i postanowiła wyjechać, chociaż zdawała sobie sprawę jak duża odległość dzieli jej rodzinne miasto Malbork od Sosnowca.
Szkoła Mistrzostwa Sportowego
Opowieść Izy Bełcik na temat pobytu w SMS-sie niewiele różni się od relacji jej koleżanek z reprezentacji. Podobnie wspomina tamten czas Kasia Skowrońska czy Agata Mróz. Dla każdej z nich największym problemem, co nie może dziwić, była rozłąka z rodziną i przyjaciółmi. Każda z nich również uważa, że na pewno nie był to dla nich stracony czas. Nauczyły się tam zaradności, stały się bardziej samodzielne, dojrzalsze. Tam także przyszły ich pierwsze doświadczenia związane z wyjazdami na rozgrywki międzynarodowe i imprezy rangi mistrzowskiej. - Na początku pobytu w SMS-sie wszystkie czułyśmy się jak na obozie. Obozie, który najpierw trwał miesiąc, potem się przedłużył do dwóch... No i wtedy zaczęło się już tak naprawdę tęsknić, za rodzicami, za domem, pojawiły się problemy, z którymi trzeba było sobie samemu radzić – opowiada. – Wiadomo, trenerowi nie o wszystkim chciało się mówić, najchętniej zwierzyłybyśmy się wtedy po prostu własnym rodzicom, którzy by pogłaskali po głowie i wtedy wszystko byłoby w porządku – mówi. - A to było niemożliwe. Można było porozmawiać z nimi tylko telefonicznie. I pod tym względem było ciężko - że byłyśmy daleko od rodziny. Jednocześnie Iza jest zdania, że w każdej sytuacji można dać sobie radę i tak zorganizować sobie wszystko, że na myślenie o tym, jak jest źle, nie ma zwyczajnie czasu. Sama szkoła zresztą funkcjonuje w taki sposób, że ich podopieczne nie maiały w zasadzie czasu na rozmyślania. - Ludzie w SMS-sie wcale się nad nami nie pastwili – śmieje się Iza. - Nie działa się nam żadna tragedia. Wiadomo, miałyśmy bardzo dużo treningów, pomiędzy treningami musiałyśmy odpoczywać, bo inaczej nie dałybyśmy rady, a do tego była jeszcze przecież normalna nauka. To zajmowało sporo czasu, więc wieczorami padałyśmy ze zmęczenia i od razu szłyśmy spać. Nie było czasu na rozmyślania - dodaje.
W trakcie nauki w SMS-ie przyszły wyjazdy na turnieje międzynarodowe. - Jeździłyśmy wtedy na wiele turniejów, ale przede wszystkim na te, które rozgrywane były blisko Polski, czyli do Czech albo na Słowację. Pojawiły się także pierwsze sukcesy i medale mistrzowskie. Jako początkująca siatkarka Iza brała udział w Mistrzostwach Europy Kadetek, które odbywały się w 1997 roku na Słowacji. Z drużyną wyjeżdżała także na zawody do Portugalii, Tajlandii czy Kanady. Jak sama przyznaje, niewiele z tamtych lat pamięta, często mylą się jej miejsca i daty, ale na pewno zawsze bardzo dobrze będzie wspominać swój pierwszy w życiu medal. - Oczywiście najważniejsze były turnieje o randze mistrzowskiej. Ale najbardziej cieszyłam się z brązowego medalu z mistrzostw Europy kadetek. Grałam wtedy m.in. razem z Sylwią Pycią, Olą Przybysz i o ile dobrze pamiętam, była tam z nami również Mariola Zenik. Po wygranej od razu zadzwoniłam do mamy, żeby jej wszystko opowiedzieć – przypomina sobie Iza.
Jednak dla każdego wyczynowego sportowca najważniejszy jest udział w rywalizacji na najwyższym poziomie, walka w gronie seniorów o największe zaszczyty. Izie Bełcik to się udało. - Kiedy kończyłyśmy naukę w SMS-się, miałyśmy jeszcze przed sobą występy w mistrzostwach świata juniorek w Kanadzie. Kadrę seniorską prowadził wtedy pan Jurek Skrobecki. – opowiada. - A w Sosnowcu doszło wtedy do zamieszania, w wyniku którego przez pewien czas pan Skrobecki musiał prowadzić jednocześnie dwie reprezentacje: i juniorską i seniorską. Trenował z nami chwilkę i zaraz potem, razem z trenerem Skrobeckim i drugim szkoleniowcem Błaszczykiem, pojechaliśmy, najpierw do Brazylii na turniej przygotowawczy, a potem już na mistrzostwa świata – wspomina. - W Kanadzie trener pierwszej reprezentacji miał pełen przegląd zawodniczek, mógł nas obserwować i zaraz potem, ja oraz Sylwia i o ile dobrze pamiętam również Kasia Mroczkowska, dostałyśmy od niego powołanie na turniej odbywający się w Hiszpanii. Szybko tłumaczy jednak, że trudno powiedzieć, żeby był to dla niej prawdziwy debiut w reprezentacji, bo wraz z koleżankami, w zasadzie nie pojawiły się wówczas na parkiecie. Jako młode, dopiero wchodzące do drużyny siatkarki, nie otrzymały większych szans na zaprezentowanie swoich umiejętności. - Był to raczej wyjazd, niż prawdziwy turniej, gdzie grałyśmy mecze sparingowe. I z tego, co pamiętam niewiele występowałyśmy. Trenowałyśmy jednak z pierwszym zespołem i to się liczyło.
Kiedy Andrzej Niemczyk na początku 2003 roku objął reprezentację seniorek i powołał do składu Izabelę Bełcik, była ona po prostu jedną z wielu siatkarek w Polsce. Znali ją nieliczni, tylko prawdziwi miłośnicy siatkówki. Pierwsze złoto z Ankary zmieniło w Polsce niemal wszystko. Działacze, dziennikarze, sponsorzy i kibice wreszcie dostrzegli, że w naszym kraju istnieje również żeńska siatkówka, która stoi na naprawdę wysokim poziomie. Iza miała jednak na początku sporo obaw. Nie podejrzewała, że z anonimowej dziewczyny stanie się gwiazdą. - Wcześniej mieliśmy wielu trenerów i nic wielkiego nie udało się osiągnąć. A przecież też były w zespole bardzo dobre dziewczyny, niektóre grały później również w kadrze prowadzonej przez Niemczyka. Kiedy do reprezentacji przyszedł nowy szkoleniowiec Andrzej Niemczyk, nie wiedziałyśmy czego mamy się spodziewać. – wspomina. – Wiedziałyśmy tylko, że jest bardzo, bardzo otwartym człowiekiem. Że w porównaniu do innych trenerów, ma inny sposób bycia. Zastanawiałyśmy się, co się stanie, oceniałyśmy, analizowałyśmy, czy będzie lepiej, gorzej? Czy taka zmiana na stanowisku zda egzamin, czy metody przyniosą efekt? Było dużo niepewności, ale szybko okazało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. - Z czasem, kiedy sporo pracy było już za nami, poczułyśmy, że to przynosi efekty. Widać to było na treningach, miałyśmy większą swobodę gry, forma rosła, czułyśmy, że coś się dzieje, że coś się zmienia. Wiedziałyśmy, że jesteśmy coraz mocniejsze, ale odpowiedź mógł dać tylko dobrze zdany egzamin. I my go zdałyśmy na piątkę. Przyszły sukcesy, praca została wykonana dobrze. I nie pozostaje nam nic innego, jak tylko cieszyć się z tego, że w 2003 roku Andrzej Niemczyk objął tę reprezentację – uważa. - Umocnił nas w przekonaniu, że nie musimy być szarymi myszkami w wielkim siatkarskim świecie. Uświadomił nam, że możemy wygrywać, zdobywać medale, że jesteśmy mocne i że nikogo nie musimy się bać.
Od tamtego czasu minęły cztery lata. Zimą nowym trenerem siatkarek został włoski trener Marco Bonitta. Iza ponownie otrzymała szansę gry w drużynie narodowej. – Podczas tego sezonu Bonitta nie miał okazji mnie za bardzo widzieć, nie występowałam na parkietach ligowych, dlatego było to dla mnie zaskoczeniem, że mimo to dostałam powołanie. Trener wiedział wszystko o tym, w jakim jestem stanie i zdecydował się mnie powołać. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ bardzo potrzebowałam wrócić do treningu. Zwłaszcza, że ten okres, kiedy właśnie mogłam wrócić, jest w klubach wolny. Jeśli nie zaczęłabym trenować w kadrze, to zaczęłabym w klubie, ale trochę później. Cieszę się, że mogłam przyjechać na reprezentację i jestem bardzo trenerowi wdzięczna za to powołanie. – dodaje. - To dobry fachowiec, dookoła siebie ma ludzi, którzy bardzo dobrze wykonują swoją pracę. Mamy specjalnego trenera od przygotowania siłowego, z którym chodzimy na siłownię. Jest bardzo dużo profesjonalizmu w tym co robi. – relacjonuje pierwsze wrażenia wyniesione z treningów prowadzonych przez Włocha. - Wszystkie ćwiczenia, jakie nam zadaje, wszystko co nam doradza ma swoje wytłumaczenie. Wiemy po co robimy daną rzecz. To jest super.
Kluby: Malbork – Gdańsk – Piła – Muszyna
Izabela Bełcik broniła w swojej karierze barw czterech klubów. I jak sama podkreśla główną decyzją, która za każdym razem skłaniała ją do zmiany miejsca pracy, były kwestie finansowe. - Na pewno to było główną przyczyną, która zadecydowała. Nie ulega wątpliwości, że w Muszynie podpisałam jak do tej pory najlepszy kontrakt. Oprócz tego jest to klub wypłacalny, nie zdarzyło się, że Muszyna komukolwiek zalegała z wypłatą pieniędzy. To ważne, bo w życiu Izy zdarzało się tak, że tej stabilizacji finansowej nie miała. - Niestety w poprzednich klubach, w jakich występowałam tak właśnie się zdarzyło. Nie chciałam mieć na głowie kłopotów związanych z tym, że ktoś mi może czegoś nie oddać. To jest mój sposób zarabiania pieniędzy i trzeba tego pilnować. Rozumie, że to niepowtarzalna szansa na zapewnienie sobie godziwej, bezpiecznej przyszłości. Wie, że teraz jest jej czas. W siatkówkę nie będzie grała przecież wiecznie. - Musimy wykorzystać swoją szansę teraz, bo być może za rok, za dwa takiej okazji nie będzie, różnie to bywa. Tym bardziej, że sama doświadczyłam tego, że kiedy zdarza się kontuzja, wszystko się zmienia. Mogłoby się tak zdarzyć, że nie mogłabym już wrócić. Dzięki Bogu mogę dalej grać i mam nadzieję, że tak będzie jeszcze długo, ale jeśli jest okazja, żeby zarobić trochę pieniążków, to trzeba ją chwytać. Dlatego w sezonie 2007/2008 postanowiła pozostać w Muszynie. Chociaż jak mówi, nie był to jedyny powód. - W minionym sezonie nie zagrałam tam praktycznie w ogóle. Wystąpiłam w kilku meczach i to dosłownie na chwilę, bo po przyjeździe „z reprezentacji” nie mogłam wcale grać. Trener doskonale o tym wiedział, więc starał się mnie nie nadwerężać. Potem miałam operację i cały sezon przesiedziałam na rehabilitacji w Warszawie. W Muszynie nie zrobiono mi z tego powodu żadnych problemów. – opowiada Iza. - Myślę, że rzadko który klub w Polsce w takiej sytuacji tak by się zachował. I chcę Muszynie oddać to, czego ode mnie oczekiwano w poprzednim roku. Mam wielką nadzieję, że uda mi się to zrobić. Muszyna chciała, żebym została, ja oczywiście się zgodziłam, tak mi nakazywało sumienie i zdrowy rozsądek. – tłumaczy.
Bełcik mogła jednak postąpić inaczej. Wielokrotnie w trakcie jej kariery pojawiały się oferty z klubów zagranicznych. Podobnie było i teraz. Iza nigdy jednak nie zdecydowała się na tak poważny krok. - To w zasadzie nie jest takie trudne - otrzymać taką ofertę zagraniczną. Do tej pory zgłosiło się do mnie bezpośrednio już kilka klubów, więc gdybym bardzo chciała zagrać za granicą, nie byłoby z tym większych problemów. Ale? - Cały czas myślę o tym: czy wyjechać, czy spróbować swoich sił poza Polską? Jednak do tej pory moja sytuacja tak się toczyła, że wolałam mimo wszystko zostać w kraju. Miała na to wpływ i ostatnia kontuzja, wcześniej być może trochę się bałam. Nie wiedziałam czy sobie poradzę. Ale przed każdym kolejnym sezonem zastanawiam się nad tym. Widocznie jeszcze nie zebrałam w sobie na tyle odwagi, aby wyjechać – uśmiecha się.
The best of
Jak do tej pory Iza najprzyjemniej wspomina sezon 2004/2005, kiedy to wspólnie z koleżankami z reprezentacji obroniła tytuł mistrzyni Starego Kontynentu. Pierwsze złoto było ważne, ale drugie... jego ranga była inna. - Oczywiście zawsze miło wspominam pierwszy złoty medal, jaki zdobyłyśmy w Turcji. – tłumaczy. - To było dla nas szokujące, niesamowite przeżycie. Nigdy w życiu wcześniej nie miałyśmy żadnych istotnych sukcesów, w ogóle dawno żeńska kadra seniorek nie odniosła na arenie międzynarodowej sukcesu w postaci jakiegokolwiek medalu. I my po latach wreszcie go wywalczyłyśmy. Bardzo się cieszyłyśmy, ale osobiście, dla mnie najbardziej udany był sezon, kiedy zdobyłyśmy następne złoto, a ja byłam pierwszą rozgrywającą reprezentacji.
Ważnym etapem w jej karierze jest także czas spędzony w Pile i tamtejsze sukcesy wywalczone z „nafciarkami”. - Byłam tam dwa lata. W pierwszym roku mojej gry wywalczyłyśmy brązowy medal mistrzostw Polski, a w następnym roku zdobyłyśmy srebro. I wydaje mi się, że ostatni sezon w tym klubie był dla mnie też bardzo udany – zastanawia się. - Nie powiodło się tylko na samym końcu, nie udało nam się uwieńczyć złotym medalem tego ciężkiego sezonu. Ale srebrny też nie jest zły - dodaje zaraz. - W lidze, w rundzie zasadniczej, przegrałyśmy tylko jedno spotkanie, i to 2:3, z Kaliszem. Taka seria zwycięstw nie zdarza się zbyt często.
Z siatkarskich parkietów ma wiele wspomnień: i dobrych i złych. Zapytana jednak o mecz, który najbardziej utkwił jej w pamięci, decyduje się wybrać jeden. - Finałowe spotkanie przeciwko reprezentacji Włoch na mistrzostwach Europy w Zagrzebiu, po którym wywalczyłyśmy złoto. Zapytana o porażki, w swoim stylu stwierdziła. - Nie mam jednego konkretnego meczu, bo to był cały nieudany turniej, ostatnie mistrzostwa świata, które okazały się jedną wielką porażką. Nie wiem, który mecz był najsłabszy w naszym wykonaniu, nie chciałabym już prowadzić takiego rankingu – kończy z właściwym sobie poczuciem humoru.
Popularność
Każdy sukces niesie za sobą zainteresowanie. Im cenniejsze zwycięstwo, tym większe zaciekawienie. Iza jako dwukrotna złota medalistka mistrzostw Europy przekonała się o tym nie raz. Uważa jednak, że „popularność siatkarek nie jest tak wielka, żeby mogła męczyć”. Cieszą na pewno wszelkie dowody sympatii ze strony kibiców i ciepłe słowa, które mogą od nich usłyszeć. – Nam się nic nie stanie jak rozdamy jeden czy drugi autograf . A to czego w tym czasie dowiemy się od kibiców, jak fajnie było nas oglądać, jak miłe były dla nich nasze sukcesy, ile dla nich znaczą - jest naprawdę sympatyczne i mobilizuje nas do jeszcze większej pracy. Mówi też, że nawet, kiedy przegrywają, mają wsparcie ze strony kibiców. - Czasem ktoś pyta dlaczego tak wyszło, że przegrałyśmy jakiś mecz, ale to nie jest nigdy jakoś specjalnie złośliwe. Tylko dziennikarze bywają czasem mniej wyrozumiali. - Męczące jest czasem to jak dzwonią dziennikarze w momencie kiedy my powinniśmy brać prysznic i lecieć na kolację – uśmiecha się. - Jest mnóstwo dziennikarzy, zwłaszcza na lotniskach przed ważnymi imprezami. Rozumiem, że każdy chce się o coś zapytać i zrobić materiał. My zdajemy sobie z tego sprawę, ale bywa to czasem bardzo uciążliwe.
Czas wolny?
- Spędzam np. na rozmowach z dziennikarzami – śmieje się. – Ale tak serio to najczęściej wykorzystuję go na wyjazdy. Najczęściej chcę się zrelaksować i uspokoić, gdzieś nad morzem albo chociażby nad rzeką. Zwyczajnie posiedzieć i nie robić nic. Zapytana o hobby Iza po chwili zastanowienia mówi, że wolnych chwil jest tak mało, że stara się ich za bardzo nie zapełniać dodatkowymi zajęciami. Kiedy w kinie będzie akurat puszczany dobry film, chętnie się na niego wybierze. Robi to jednak rzadko.
W kuchni raczej nie eksperymentuje, nie można też powiedzieć, że lubi spędzać czas wolny mieszając w garnkach, ale przepada za daniami włoskimi i takie, w każdej chwili, chętnie ugotuje - Spaghetti z sosem ze świeżych pomidorów z kaparami i oliwkami. To jest moje ulubione danie. Jadam je najczęściej w restauracji, potrafię to ugotować, ale za każdym razem mam wrażenie, że wychodzi jakiś inny smak... Tak więc lepiej nie ryzykować.
O sobie
- W dzieciństwie byłam raczej spokojnym dzieckiem nie sprawiającym problemów ani rodzicom, ani trenerom. Raczej dobrze się uczyłam, może nie byłam jakimś wybitnym szkolnym naukowcem, ale szło mi dobrze. Wady, zalety? – O tym to chyba nie ja powinnam mówić, tylko wszyscy inni dookoła. Proszę dzwonić i pytać innych, wtedy może i ja się czegoś mądrego jeszcze dowiem – odpowiada ze śmiechem.
Zgodnie z życzeniem - zapytaliśmy „innych dookoła”.
- Wariatka, pozytywnie zakręcona dziewczyna - tak w dwóch słowach można o niej powiedzieć – mówi ze śmiechem koleżanka z siatkarskich parkietów, Agata Mróz. - Bardzo lubiana przez wszystkich. Na boisku jest raczej poukładana, taka głowa całej drużyny. Żywiołowa, energiczna osoba – dodaje. Umiejętności Izy docenia także były trener siatkarek, Andrzej Niemczyk. - Grając pierwszy sezon jako pierwsza rozgrywająca w Zagrzebiu, poprowadziła zespół do złotego medalu. To jest zawodniczka, która była moją prawą ręką na boisku. Widzieliśmy wszyscy, że kiedy była kontuzjowana, w drużynie nie działo się najlepiej. Iza to charyzmatyczna, inteligentna kobieta, wysoka jak na rozgrywającą (185 cm), solidna w pracy i wesoła. Absolutnie można ją porównać do Pawła Zagumnego w męskiej reprezentacji. Podobną opinię wygłosiła, do niedawna rywalka Izy w walce o miano pierwszej rozgrywającej, a obecnie asystentka trenera Marco Bonitty, Magdalena Śliwa. - Dużym atutem jest jej wzrost, bo jak na rozgrywającą jest bardzo wysoka. Ma bardzo dobry przegląd gry, potrafi grać taktycznie, świetnie wyczuwa „momenty” w grze. Wie, w których akcjach, jaką zawodniczką trzeba zagrać. Myślę, że to wielki atut – mówi Śliwa. – Poza tym przez te wszystkie lata, które grała w reprezentacji, zebrała naprawdę dużo doświadczeń i przez to jest bardzo wartościową zawodniczką dla drużyny – zakończyła.
Marzenia
Iza, jak każdy sportowiec, chciałaby choć raz zagrać na olimpiadzie, najlepiej tej najbliższej, która odbędzie się w Pekinie. A kiedy skończy zawodowo uprawiać sport, marzy jej się szczęśliwa rodzina i prawdziwy dom. - Marzenie chyba każdej kobiety. – mówi. - Chciałabym też skończyć studia na AWF w Gdańsku, które rozpoczęłam i jakoś ich nie mogę skończyć. Chciałabym mieć po prostu spokojne życie bez problemów, tyle, nic więcej mi do głowy nie przychodzi – zastanawia się. - Nie mam takich marzeń, żeby gdzieś tam wyjechać i coś tam zwiedzić. Chciałabym sobie spokojnie żyć, jak skończę grać w siatkówkę. Kiedy ten czas nastąpi trudno powiedzieć. Co będzie wtedy robić, nie wiadomo. - Nie wiem czy będę panią od w-fu, czy trenerem siatkówki, może otworzę coś własnego związanego ze sportem, może coś w stylu studia fitness? Zobaczymy jak życie się potoczy...
Tekst:
Hanna Niełacna - Reprezentacja.net (lipiec 2007)
źródło: reprezentacja.net
autor: Hanna Niełacna
Do wiadomości napisano 30 komentarzy

5-13 września 2008
Foligno & Perugia (ITA)
--------------------------
Wyniki