Przegrana na turnieju w węgierskim Szombathely byłaby klęską, choć nie przekreśli szans na igrzyska olimpijskie. Wygrana będzie ledwie wstępem do poważniejszych wyzwań. Siatkarze rozpoczynają dziś walkę o wyjazd do Pekinu.W środę minął rok od niezapomnianego triumfu nad Rosją podczas mundialu w Japonii, na którym Polacy zdobyli srebro, pierwszy medal imprezy najwyższej rangi od blisko ćwierć wieku. A potem zaimponowali fantastyczną serią 14 kolejnych zwycięstw w Lidze Światowej.
Sukcesem zachłysnęliśmy się do tego stopnia, że drużyna - mitygowana niekiedy przez trenera
Raula Lozano - mówiła jednym głosem, iż przed nią pozostała już tylko jedna bariera. Siatkarze zaczęli marzyć o zdetronizowaniu najlepszej na świecie Brazylii.
Dziś marzenia mają skromniejsze: pokonać trzecioligowe drużyny jak Dania i Węgry oraz ciut silniejsze, lecz pozbawione bogatych tradycji Belgię oraz Finlandię, która była rewelacją wrześniowych mistrzostw Europy. A potem pojechać na bardzo już mocno obsadzone kwalifikacje olimpijskie do Turcji.
To właśnie na ME polscy siatkarze roztrwonili kapitał zaufania kibiców i rankingowych punktów, zebrany kilkoma latami występów dobrych i świetnych. Ledwie 11. miejsce sprawiło, że muszą teraz grać w preeliminacjach, które dla wielu mogą się wydawać misją poniżej godności ludzi mierzących w olimpijski medal. Niestety, choć Polacy pozostają wicemistrzami świata, to przegrali 12 z 18 ostatnich spotkań.
Dlatego turnieju w Szombathely, 80-tysięcznym miasteczku w pobliżu granicy z Austrią, można się obawiać. Belgom i Finom drużyna Lozano uległa na ME, a po ostatnich sparingach z Czechami - obu w kiepskim stylu przegranych - do niepokoju przyznawali się i trener Lozano, i zawodnicy. Inna sprawa, że ich wrażenia bywają mylne, o czym przekonaliśmy się podczas ME, przed którymi przysięgali, że czują się fantastycznie przygotowani.
Drużyna od tamtego turnieju radykalnie się jednak zmieniła. Zmiana pozytywna to powrót jednego z najlepszych atakujących świata
Mariusza Wlazłego i kapitana
Piotra Gruszki (obaj się wyleczyli), którzy dają nadzieję na odzyskanie naczelnego atutu drużyny - siły rażenia na skrzydłach. Zmiana negatywna to nieobecność podstawowego środkowego
Łukasza Kadziewicza (kontuzja). I wreszcie zmiana wynikająca z wyboru selekcjonera to ponowne zwycięstwo
Krzysztofa Ignaczaka w rywalizacji z
Piotrem Gackiem o rolę libero kadry.
Całość robi wrażenie personalnego przewrotu, a przecież inny newralgiczny siatkarz - rozgrywający
Paweł Zagumny - również dopiero co wyzdrowiał. Wszystkie te okoliczności sprawiają, że najbliższą przyszłość reprezentacji prognozować niełatwo. Wiadomo tylko, że turniej w Szombathely musi ona wygrać, by odzyskać równowagę i pewność siebie. Polscy siatkarze wielokrotnie udowodnili, że są utalentowani, ale niezbyt odporni na presję i sytuacje kryzysowe, więc kolejna klęska mogłaby ostatecznie odebrać im wiarę w siebie.
Radość Polaków po udanej akcji (fot. FIVB)
Z psychologicznego punktu widzenia do wygrania na Węgrzech jest sporo. Ze sportowego - niewiele. Olimpijskie preeliminacje, których na dobrą sprawę w ogóle nie powinno być, prowadzą zaledwie do styczniowych kwalifikacji w Izmirze, gdzie spotkają się już najmocniejsze drużyny z Europy - wyjąwszy oczywiście te, które awansują na igrzyska z trwającego właśnie Pucharu Świata - Rosję (na pewno) i Bułgarię (ewentualnie).
Oba te zespoły mogą ocalić Polaków, gdyby przytrafiło im się nieszczęście i np. polegli w finale zawodów w Szombathely. Jeśli bowiem wyjazd do Pekinu już teraz zapewnią sobie Rosjanie, zwolnią miejsce w kwalifikacjach dla tego z wiceliderów trzech europejskich turniejów preeliminacyjnych, który zajmie drugie miejsce z najlepszym dorobkiem (liczy się bilans wszystkich meczów). Jeśli do Rosjan dołączą Bułgarzy, do Izmiru polecą dwaj wiceliderzy z najlepszym dorobkiem.
Jeśli jednak poniżej godności naszych siatkarzy miałyby być męczarnie z trzecioligowcami w Szombathely, to tym bardziej zawstydzające byłoby zakładanie, że tego turnieju nie wygrają.
źródło: sport.pl
autor: Natalia Kaminska