Któż by się spodziewał rok temu, że od finału MŚ w ciągu następnych dwunastu miesięcy los tak okrutnie nas doświadczy. Zamiast walczyć o olimpijską kwalifikację w Pucharze Świata w Japonii, jedziemy do egzotycznego węgierskiego Szombathely zrobić pierwszy krok w długiej drodze do tego samego celu. Piszę "egzotycznego", bo też siatkówka zdaje się być czymś daleko mniej ważnym na Węgrzech od pływania, waterpolo czy rachitycznego futbolu.
Trudno zrozumieć decyzje CEV i FIVB powierzające takie turnieje federacjom, które nie mają zbyt silnej pozycji w swoich krajach. W konsekwencji nic w tym dziwnego, że przygotowania np. do produkcji telewizyjnej z owych kwalifikacji przypominają rozmowy w najbardziej zacofanych regionach świata.
Pierwszy raz w mojej kilkunastoletniej telewizyjnej karierze spotkałem się z turniejem, z którego gospodarze relacjonują tylko mecze swojej drużyny i nie chcą rozmawiać o obsłudze innych. Na nic monity Polaków, Finów i Estończyków. Węgrzy taki mają plan i nic więcej nie uczynią. Chyba że zapłaci się ekstra i słono za dodatkowe usługi. Paradoksalnie z tej samej hali, w której grają Węgrzy i przy użyciu tego samego sprzętu telewizyjnego. To taki drobiazg, ale doskonale obrazuje, że zjednoczona Europa nie we wszystkich dziedzinach jest jeszcze wystarczająco zjednoczona. Trudno, to się jeszcze jakoś da znieść.
Nie do zniesienia będzie jednak jakiekolwiek sportowe potknięcie Polaków w turnieju na Węgrzech. Nam, czyli drużynie Raula Lozano, trzeba grać i wygrywać, by szybko wrócić do światowej czołówki. Trwać w niej nie jest łatwo.
Popatrzmy na Hiszpanów, którzy są świeżutkimi mistrzami Europy, a w Pucharze Świata leją ich wszyscy aż miło. I to nie tylko Brazylia czy Rosja, ale i sensacyjne Portoryko. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że niektórym drużynom trudno utrzymać równą formę przez cały, z roku na rok, coraz dłuższy sezon. Bo przecież w naszym przypadku, nie można powiedzieć, że finał Ligi Światowej był jakąś klęską. Nie - Polacy zagrali dobrze, choć bez szczęścia. Pod wielką presją powszechnego oczekiwania na sukces potwierdzili swoją przynależność do ścisłej światowej czołówki. Zabójczy tajfun, który pchnął nas w przepaść, zdarzył się na ME. Polacy grali tam mniej więcej tak jak Hiszpanie na wspomnianym, wciąż trwającym Pucharze Świata.
Dlatego pomimo średnio udanych sparingów z Czechami (uwaga - to od dawna nie są siatkarscy kelnerzy!) wierzę, że czas powrotu naszej kadry do grona najlepszych właśnie nadchodzi. Trzeba tylko wygrać z europejskimi średniakami. Dziś innej drogi po prostu nie ma.
źródło: sport.pl
autor: Natalia Kaminska