seniorki 11.05.2007 05:56:52

Wrzesień 2003 roku w polskim sporcie bez wątpienia należał do „złotych siatkarek” Andrzeja Niemczyka. Mówiła o nich cała Polska a ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski nie wahał się określić je mianem „skarbu narodowego”.
Minęły dwa lata a w siatkarskiej Europie znowu zrobiło się głośno o Polkach. W Chorwacji broniły tytułu i ponownie wygrały, nie przegrywając w turnieju nawet jednego spotkania. W każdym medalu swój udział miała dzisiejsza bohaterka. W Turcji była jeszcze „nadzieją polskiej siatkówki”, początkującą, przebojem wdzierającą się do reprezentacji zawodniczką Danteru Poznań.
W Zagrzebiu stała się już jedną z kluczowych siatkarek, podporą drużyny, bez której trudno byłoby sobie wyobrazić polską reprezentację. Nieoceniona w bloku, obdarzona silną, kąśliwą zagrywką, obecnie broniąca barw włoskiego Asystelu Nowara: Katarzyna Skowrońska – Dolata.
Mówi się o niej dziewczyna o silnym charakterze. Trener Niemczyk niejednokrotnie mówiąc o Kasi, używał w stosunku do niej słów „szalona baba”. Przez kibiców niezwykle lubiana, za szczerość oraz za wielkie serce do gry. Lubi ją także kamera i fotoreporterzy. Nie bez powodu została wybrana miss ligi włoskiej. Ze swoim wzrostem i urodą mogłaby występować nie na siatkarskich parkietach, a na wybiegu dla modelek. Dla niej jednak najważniejsza jest i zawsze była siatkówka. - To moje życie, nie wyobrażam sobie, że mogłabym robić coś innego – mówi bez wahania.
Siatkówka i koniec !
W szkole podstawowej uprawiała różne dyscypliny sportu, ale niemal od początku wiedziała, że „na poważnie” może zająć się tylko siatkówką. Nie zraziła się nawet wtedy, kiedy okazało się, że na profesjonalne treningi będzie musiała poczekać rok. - Musiałam poczekać aż zostanie utworzona sekcja siatkówki w mojej grupie wiekowej. Byłam jeszcze za młoda a organizowanie treningów tylko dla mnie było niemożliwe – wspomina.
By nie tracić czasu zapisała się na szkolne SKS-y. Jak tylko powstała sekcja siatkarska, od razu zaczęła w niej trenować. Później sprawy potoczyły się już szybko. - Wypatrzył mnie trener Teofil Czerwiński, który zorganizował grupę młodzieżową w Skrze, gdzie zaczęłam grać i to właśnie on nauczył mnie podstaw siatkówki.
Pierwszy klub, pierwszy trener…
To właśnie Czerwiński okazał się człowiekiem, który miał na nią największy wpływ w początkowej fazie nauki gry w siatkówkę. Jak sama podkreśla, nie chodzi tu tylko o naukę siatkarskiego elementarza, poszczególnych ćwiczeń czy techniki gry. – To on ustawił mnie psychicznie – opowiada. - Krzyczał na mnie strasznie, płakałam na co drugim treningu. Wtedy nie wiedziałam, czemu tak jest, nie podobało mi się, że wiecznie się denerwuje, krzyczy. Uważałam, że się na mnie uwziął. Ile można wysłuchiwać obelg, przekleństw? Nie rozumiałam tego. Musiało minąć trochę czasu zanim przyszła reprezentantka Polski zrozumiała, że sposób prowadzenia treningów przez szkoleniowca przyniesie kiedyś efekty.
- Teraz wiem, że to wszystko miało ze mnie zrobić dobrą siatkarkę. Trener Czerwiński ukształtował mnie mentalnie, zahartował mnie. To jemu zawdzięczam, że dzisiaj uważam się za osobę o silnych nerwach, mocną psychicznie. Wiele ode mnie wymagał, krzyczał, ale właśnie przez to mnie uodpornił. Dlatego teraz jestem w stanie naprawdę wiele znieść.
„Skowronek” zdaje sobie sprawę, że gdyby nie takie przygotowanie, teraz pewnie byłaby inną siatkarką i kto wie, może nie zaszłaby tak wysoko.
- Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby później jakiś trener w jakiś sposób „zepsuł mnie psychicznie”. Owszem, wyprowadzić z równowagi – tak. Ale nie zniszczyć. Umiałam sobie z tym poradzić. Potrafię dużo unieść na swoich barkach a moje uszy - dużo usłyszeć (śmiech). Są tacy szkoleniowcy, którzy chcąc albo nie chcąc, niszczą zawodniczkę. Niektóre nie wytrzymują takiego traktowania i w trakcie meczu zaczynają np. płakać. Siada im psychika. Mnie nie, możesz na mnie krzyczeć, wytrzymam – kończy.
Czas zmian
W Skrze Warszawa Kasia spędziła dwa lata. Jako 15-letnia dziewczyna wyjechała do Szkoły Mistrzostwa Sportowego Sosnowcu. Choć jak mówi, wcale tego nie chciała. – W zasadzie to sytuacja klubie zmusiła mnie do podjęcia takiej decyzji – mówi.
- Odszedł trener, który zabrał ze sobą dużo zawodniczek. To już przestał być ten sam zespół co kiedyś. Wszystko się zmieniło. Wtedy pomyślałam, że to najlepszy moment, żeby coś zmienić, żeby się dalej rozwijać. Najlepszym wyjściem był SMS. Tamtejsi trenerzy zauważyli drzemiący w niej talent i od razu złożyli propozycję.
- Broniłam się przed tym. Wcale nie chciałam opuszczać domu, wyjeżdżać z mojego miasta. Z Warszawy do Sosnowca jest przecież kawał drogi. Mówiłam, że tu jest moja szkoła, tu są moje koleżanki, rodzina, klub. Taki wyjazd w ogóle mi się nie podobał – wspomina. Życie potoczyło się jednak swoim torem a los dorzucił swoje trzy grosze.
– Bardzo pomógł mi wtedy tata, mama była przeciwna i strasznie nie chciała, żebym wyjechała. W końcu byłam jeszcze piętnastoletnim dzieckiem! Miałam być beż żadnej opieki, nadzoru rodziców, bała się o mnie i nie chciała puścić. Kasia trafiła jednak do Sosnowca, w którym musiała dorosnąć szybciej i wcześniej niż jej rówieśnicy – Ale i tak miło wspominam tamten okres. Pierwszy rok był szalony. Znalazłam się daleko poza domem, dużo różnych obowiązków na mnie spadło. Trzeba było się nauczyć jak działa pralka, jak się obsługuje żelazko, samemu robić zakupy. Do tej pory wszystko było zapewnione - mamusia prasowała, gotowała. O nic się nie martwiłam, a tam wszystko się odwróciło – opowiada. - Sama szkoła była tak zorganizowana, że wszystko mieściło się w jednym budynku, klasy do nauki, i sala treningowa, nasze pokoje. Bez problemu można było się skoncentrować tylko na nauce i siatkówce. Mnie się to podobało, bo już wtedy wiedziałam czego chcę, rozumiałam, że znalazłam się w najlepszym miejscu do nauki gry w siatkówkę. Dlatego też pomimo licznych wątpliwości wahań nie zrezygnowała.
– Oczywiście, że było trudno. Nie raz to rzucałam i miałam dość (uśmiech). Trudno się dziwić. Nowe miasto, nowa szkoła, nowe koleżanki, wszystko dalekie i obce. Dodatkową trudność stanowił brak własnego telefonu i stałego kontaktu z domem. - W tamtym czasie dopiero wchodziły telefony komórkowe, był jeden automat na 20 dziewczyn. Żeby zadzwonić, trzeba było ustawić się kolejce. A tu chciało się porozmawiać od razu. Jest ci smutno, czujesz się źle, chcesz do domu, do mamy, do taty, chcesz się pożalić a nie masz do kogo, nawet zadzwonić nie ma jak. Chyba to było najtrudniejsze – stwierdza po chwili namysłu.
Dokonując bilansu i analizując plusy i minusy, jakie wyniknęły z jej przenosin ze stolicy do Sosnowca, zdecydowanie więcej jest tych pierwszych. - Z perspektywy czasu uważam, że mój wybór, był jednym
z najlepszych, jakie podjęłam w życiu. To prawda, że wyjeżdżając dużo straciłam, pourywały się przyjaźnie z tamtego czasu, „koleżanki z piaskownicy” się porozchodziły, kontakt się zatarł, każda z nas miała już swoje własne, inne życie. Z drugiej strony ja wtedy już wiedziałam, czym się chcę przyszłości zajmować. Wiedziałam, że dla siatkówki warto się poświęcić, coś stracić, żeby coś zyskać. Nie narzekam na tamten okres, chociaż nie raz płakałam, nie raz chciałam rezygnować i wracać... Bo kłopotów nie brakowało. Oprócz tęsknoty za domem pojawiały się te zwykłe, codzienne, które zdarzają się w każdej szkole. Konflikt z nauczycielem, jakaś kłótnia z koleżanką, zła ocena ze sprawdzianu. Sprawy, z którymi borykał się każdy w czasie swojego pobytu w szkole. - Były problemy różne, a to w szkole nauczycielka się uwzięła, albo powiedziała coś, co sprawiło przykrość. Nie raz dzwoniłam do domu i mówiłam, że rzucam to, 'przyjedźcie po mnie i zabierzcie mnie stąd'. Ale zawsze tata mnie uspokajał, mówił, że to minie, że będzie lepiej – no i miał rację. I wytrwałam. Niczego nie żałuję. Dopiero w klasie maturalnej postanowiła zrezygnować. - Głównie dlatego, że moja koleżanka, Magda Godos, z którą chodziłam do klasy, zrezygnowała ze szkoły na rzecz gry w klubie i ja byłabym w tej sytuacji ostatnią zawodniczką w swojej grupie wiekowej. Wiązało się to z koniecznością powtarzania roku z młodszymi dziewczynkami, pracy, którą już wykonałam. OK: zdam maturę, podejdę do egzaminów, ale pod względem sportowym, siatkarskim stracę. W zasadzie ta sytuacja zmusiła mnie do tego, aby pójść do klubu. Pojawiły się propozycje a ja z nich skorzystałam.
Z czasów SMS-u Kasia ma także przyjaciółkę, z którą utrzymuje kontakt do dzisiaj. - Gra teraz w Bydgoszczy, nazywa się Alicja Szajek. Udało nam się ten kontakt utrzymać. Ona była świadkową na moim ślubie, teraz ja będę na jej. To taka prawdziwa przyjaźń. Tym bardziej mocna, że my nigdy nie grałyśmy razem w jednym klubie, zwykle byłyśmy daleko od siebie, tysiące kilometrów, ale ta przyjaźń żyje i udało nam się ją utrzymać.
Zapatrzona w męską siatkę…
- Zawsze było tak, że patrzyłam na swoje starsze koleżanki. Obserwowałam ich grę, śledziłam jak im idzie w reprezentacji. Gdy byłam w SMS-sie, bardzo dużo czasu poświęcałam na oglądanie męskiej siatkówki, nie żeńskiej. Wiele razy byłam na Lidze Światowej w katowickim Spodku. Bardzo mi się podobała siatkówka w męskim wydaniu. Ona do dzisiaj jest taka wyraźna, dynamiczna, szybka. Byłam w nią zapatrzona. Zawsze też w takich sytuacjach podkreśla rolę brata, dzięki któremu rozpoczęła swoją przygodę z siatkówką. – Chciałam być taka jak on i grać jak on.
Zgubiony medal
Podsumowując tamten czas Kasia wspomina także swoje pierwsze sportowe sukcesy i porażki odniesione na arenie międzynarodowej. W 1999 roku polskie kadetki zostały mistrzyniami Starego Kontynentu, później wywalczyły jeszcze brązowy medal ME w kategorii juniorskiej.
– Wygraną w Gdańsku pamiętam bardzo dobrze. Chociaż dla mnie osobiście nie był to najszczęśliwszy turniej i nie wspominam go najlepiej. Byłam wtedy jeszcze takim brzydkim kaczątkiem (śmiech), praktycznie przez całe mistrzostwa ani razu nie dotknęłam piłki podczas meczu. Mam ten medal, oczywiście się cieszę, ale to nie to samo jak się go zdobywa samemu, będąc na boisku - opowiada. Zupełnie inne miejsce w jej pamięci zajmuje natomiast turniej w Szwajcarii.
- Ten drugi medal cenię 50 razy bardziej, bo zagrałam we wszystkich meczach. Z tym, że niestety zgubiłam go gdzieś i do domu go nie przywiozłam, nie wiem jak to się stało. Ale w mojej głowie jest
i zajmuje szczególne miejsce. Chciałam wtedy pokazać, i pokazałam, że mogę być przydatna drużynie nie tylko jako rezerwowa, ale jako szóstkowa zawodniczka. Wtedy zrobiłam duży postęp, widziałam efekty swojej pracy. I za pierwszym razem i za drugim się cieszyłam, ale inaczej. Siatkówka to gra zespołowa, ja byłam częścią zespołu, byłam z nim, dopingowałam koleżanki, ale nie grałam a to jest przecież najważniejsze dla każdego sportowca. Po paśmie sukcesów przyszła dość bolesna porażka.
- Jako juniorki pojechałyśmy na mistrzostwa świata i przegrałyśmy wszystkie mecze. Bardzo duży dołek i niemiłe wspomnienia. Ale też zdobyłyśmy wtedy dużo nowych doświadczeń. Potem grałyśmy wiele sparingów z zespołami z ekstraklasy, występowałyśmy w lidze B, prezentowałyśmy się dobrze, byłyśmy pierwsze. Ale zgodnie z przepisami szkoły nie mogłyśmy wystąpić w pierwszej lidze. Takie reguły – tłumaczy.
Kariera klubowa: Poznań – Piła – Vicenza - Novara
W wieku 18 lat Skowrońska wiedziała, że nadszedł czas kolejnych zmian. Wybór klubu i wyjazd do innego miasta. Zanim jednak do tego doszło Kasia wspomina, że na zakończenie szkoły, żegnając się ze wszystkim, podszedł do niej trener Andrzej Peć (drugi szkoleniowiec) i pogratulował... wytrwania.
– Powiedział mi, że jak tylko mnie zobaczył, dokonał pewnego zakładu. (śmieje się). Stwierdził, że jeśli o mnie chodzi, to ja na pewno nie wytrzymam w Sosnowcu dłużej niż 6 miesięcy. Nie dawał mi szans na ukończenie szkoły. A ja udowodniłam, że można – mówi.
Decydując się na grę w Poznaniu, Kasia brała pod uwagę dwie sprawy. Przede wszystkim nie chciała zaczynać swoich występów od klubu pierwszoligowego. Postawiła na metodę małych kroczków. – Byłam młoda i wszystko było przede mną. Nie musiałam się śpieszyć. Po drugie w Danterze dostrzegła duże perspektywy, dla siebie i dla zespołu. - W Poznaniu miałam gwarancję gry w podstawowym składzie, a to było bardzo ważne. Stworzono tam fajny, silny zespół. Grałam u boku Gosi Niemczyk, Beaty Strządały, Olgi Owczynnikowej. Sporo dobrych siatkarek tam się znalazło, tworząc fajne połączenie młodzieży z bardziej doświadczonymi siatkarkami. I taka mieszanka rutyny z młodością bardzo szybko przyniosła pożądany efekt. Skowrońska razem z koleżankami bez większych trudności awansowały do I ligi, a w swoim pierwszym sezonie, jako beniaminek, dotarły aż do samego finału. - W zasadzie sama nie wiem czy kiedyś się taka sytuacja w ogóle zdarzyła, żeby beniaminek zaszedł tak wysoko w swoim pierwszym sezonie – zastanawia się. Sukces był tym cenniejszy, że został wywalczony w obliczu wielu problemów, z jakimi musiał się zmierzyć klub i same siatkarki.
- Pomimo tego, że zaczęły się kłopoty, przede wszystkim finansowe, grałyśmy dobrze i postanowiłyśmy dograć sezon do końca, nie podejmując żadnych decyzji. Ten medal słodko smakuje, bo wiem jak ciężko było go zdobyć.
Z Poznania do Piły, czyli spór o Skowrońską
Srebro w walce o tytuł, sukcesy osiągane w reprezentacji, udany sezon, dobra gra i chęć zmiany klubu zaowocowały kontraktem z Naftą Gaz Piła. Zmiana barw klubowych nie obyła się jednak bezboleśnie. Między Poznaniem a Piłą doszło do sporu, w którym rację, gdzie powinna występować zawodniczka, raz przyznawano jednej, raz drugiej stronie. Sama zainteresowana została nawet
w pewnym momencie zawieszona, gdyż poznański Sąd Rejonowy orzekł, że nie miała ona prawa zrywać kontraktu. Wkrótce potem sytuacja ustabilizowała się, a nowo koronowana mistrzyni Europy mogła wrócić do gry.
- Piła to klub z tradycjami, który zagwarantował mi stabilność finansową, dawał pewność i spokój. Gra w nim była wyzwaniem, które chciałam podjąć – opowiada.
- Czułam, że w Poznaniu zrobiłam co mogłam, a teraz przyszedł czas, aby coś zmienić. Z Dantera poodchodziły zawodniczki, zespół był już inny, skład się zmienił i widać było, że w nowym sezonie raczej tego sukcesu powtórzyć nie da rady. Wzięłam to wszystko pod uwagę i zmieniłam środowisko, chcąc walczyć z Piłą o najwyższe cele.
Sam sezon 2003/2004 nie był już tak udany jak poprzedni. Skowrońska grała gorzej, a oczekiwania
w stosunku do niej, jak i jej koleżanek ze złotej drużyny, były ogromne. – Byłam zmęczona, czułam, że jestem w gorszej formie. Wcześniej nigdy nie musiałam znosić takich obciążeń, jak łączenie występów w kadrze i w klubie, nie wytrzymywałam fizycznie. Dopiero z czasem nauczyłam się, jak właściwie rozkładać siły w trakcie całego sezonu, aby tamten sezon się więcej nie powtórzył – tłumaczy. - Jednocześnie ciągle dzwoniły telefony, chciano ze mną rozmawiać, przeprowadzać wywiady a ja myślałam tylko: „Ludzie! Ja nie gram dobrze w siatkówkę, muszę się skoncentrować tylko na tym”.
Liga włoska
Dla działaczy z Włoch gorsza postawa Kasi nie miała większego znaczenia. Wciąż chcieli mieć ją w swoim składzie – zwłaszcza wytrwali działacze z Vicenzy. – Pierwszą ofertę otrzymałam jeszcze w Poznaniu, – mówi – ale nie byłam jeszcze gotowa. Dopiero zagrałam jeden jedyny sezon w ekstraklasie i już miałam iść do Włoch? Trochę się przestraszyłam. Nie miałam doświadczenia, a przecież włoska liga to najlepsza liga na świecie, tam grają same najlepsze siatkarki i nagle ja się miałam znaleźć pośród nich. To mnie wtedy przerosło. Nie znałam języka, ludzi, miałam 20 lat, wiedziałam, że wszystko by się zmieniło. Co innego przejść do polskiego klubu, a co innego do zagranicznego. I choć było to jedno
z największych marzeń Kasi, które mogło spełnić się szybko, to musiały minąć aż trzy lata, aby w końcu zdecydowała się na ten krok. – I trochę jak w przypadku SMS-u ktoś mnie musiał popchnąć (śmieje się) – wtedy tata, a teraz mój przyszły mąż, Jakub. Dużo o tym rozmawialiśmy a ja wiedziałam, że nie będę tam sama, że on będzie ze mną i mi pomoże. Pewnie gdybym wtedy była sama i nie miała Kuby, to bym się wahała i zastanawiała do dzisiaj – kończy.
Jakub
- Jak się poznaliśmy? Po prostu do mnie zadzwonił - śmieje się Kasia. – Do dzisiaj nie wiem skąd miał numer. Nie chce się przyznać. Kuba zobaczył Kasię pierwszy raz w telewizji, oglądając ligowy mecz siatkarek z Poznania, przeciwko zespołowi z Piły. O siatkówce nie miał pojęcia. „Muszę poznać tę Skowrońską” – pomyślał.
– Zadzwonił i rozmawiał ze mną zupełnie inaczej, niż się spodziewałam – opowiada. – Pamiętam, że oburzyłam się, kiedy powiedział, że jak wygram, to będę musiała postawić mu kawę... Później sprawy potoczyły się szybko i zanim Kasia zdążyła się obejrzeć 17 czerwca 2006 roku była już jego żoną. – W ogóle nie spodziewałam się oświadczyn – mówi. – Zaskoczył mnie. Potem pojechaliśmy do moich rodziców. Wszystko odbyło się w bardzo tradycyjny sposób – wspomina Skowrońska.
Vicenza: zimny prysznic
Dlaczego Vicenza? – Bo była mi najbliższa – odpowiada Kasia. - Miałam z klubem kontakt przez ostatnie trzy lata, czułam większe zaufanie, też z racji tego, że tam grała już jedna Polka, Magda Śliwa, wcześniej występowała tam Gosia Glinka. Sam prezes przed podpisaniem kontraktu widział się ze mną dwa razy, miałam świadomość, że im na mnie zależy i to pomogło w wyborze. Poza tym Minetti był typowym ligowym średniakiem. Nikt nie oczekiwał od drużyny walki o mistrzostwo, gry w pucharach. Zawodniczki miały skupić się na lidze. Pierwszy rok miał być dla debiutującej Polki sezonem „rozpoznawczym”.
– Nie było presji o wynik, takiej, jaka jest w zespołach, które grają o te najwyższe trofea – opowiada – wtedy mi to odpowiadało. Szybko się jednak okazało, że bardzo się pomyliłam, tak myśląc. Wydawało się, że pierwszy rok gry za granicą będzie dla popularnego „Skowronka” bardzo udany. Kasia wychodziła w pierwszym składzie, raczej nie zawodziła, dobrze współpracowała z koleżankami, a jej statystyki meczowe i wyniki na treningach nie odbiegały od normy. Mimo tego druga część sezonu przyniosła zupełną odmianę. Kasia wraz z Magdą usiadły na ławce, by pozostać do niej właściwie do samego końca rozgrywek. - Ta cała sytuacja była dla mnie bardzo dziwna i do dzisiaj właściwie jest, bo nie wiedziałam dlaczego tak się stało. Czułam się dobrze, nie widziałam powodów, żeby tak się stało. Po czterech tygodniach gry w reprezentacji wróciłam do klubu a tu wszystko przewróciło się do góry nogami. Pytałam, rozmawiałam, próbowałam się dowiedzieć o co chodzi, ale nikt mi nie był w stanie odpowiedzieć. Szukałam powodów, bo nic się nie zmieniło w mojej grze – wspomina. - A tak naprawdę do dzisiaj nie uzyskałam żadnych wyjaśnień. To samo zresztą odnosi się w stosunku do Madzi – dodaje.
W wyniku niedomówień, nieprzyjemnej atmosfery i braku regularnie wypłacanej pensji postanowiła, że ten rok będzie pierwszym i ostatnim w Vicenzie. - Nie czułam się doceniana jako siatkarka, przegrywałyśmy mecze, a nie było zmian, nie dawano mi szansy, nie mogłam pomóc drużynie, kiedy była taka możliwość – opowiada. – Tu nawet nie chodzi o to, że siedziałam na ławce. W życiu trzeba posmakować wszystkiego. Ale nie jestem takim typem zawodniczki, która się godzi na grę w rezerwie, jeśli wie, że stać ją na to, aby występować w pierwszej drużynie. Kiedy po dobrym, wygranym meczu ligowym, w którym zagrałam przy wysokiej skuteczności, zdobywając punkty i po prostu grając dobrze, trafia się na ławkę bez żadnego słowa wyjaśnienia, nie wiadomo właściwie dlaczego i siedzi się na niej do końca sezonu, to ja się na to nie godzę – tłumaczy.
Zgodnie też z zasadą „co nas nie zabije, to nas wzmocni” Kasia starała się i z tej sytuacji wyciągnąć wnioski i dostosować tę sytuację do siebie. – Poczułam na własnej skórze, co czuje zawodniczka w takim momencie. Do tamtej pory nie znałam tego uczucia, bo zawsze grałam w pierwszym składzie. To, co się stało, pozwoliło mi spojrzeć na siatkówkę z innej perspektywy. Zrozumiałam też inne dziewczyny. Pojechałam do Włoch, spełniło się moje marzenie, grałam w najlepszej lidze i nagle wylądowałam na ławce. Bolało, ale dużo mnie nauczyło.
Pomimo że nie grała, wciąż wzbudzała zainteresowanie. Otrzymała aż 13 propozycji z różnych klubów, w tym również z Polski. - Ale ja nie chciałam wcale wyjeżdżać z Włoch. Po nieudanym dla mnie sezonie nie wyobrażałam sobie, że mogę to tak zostawić i wrócić... Musiałam sobie udowodnić, że to nie koniec. Nie miałam zamiaru zamykać tego etapu, bo wiedziałam, że mogę tu dużo jeszcze pokazać. I dlatego wybrałam Novarę, z którą miałam walczyć o mistrzostwo kraju. Nie bałam się już presji i chciałam spróbować – twierdzi.
Włochy
To kraj, w którym przez większość czasu świeci słońce, zimy są łagodne, a temperatury na termometrach raczej ustabilizowane. Piękne budowle, zabytkowe miasta, ciekawa historia, dobre jedzenie, świetne ubrania. Ludzie są otwarci, rozmowni, łatwo nawiązują kontakty. – Ale nie zawsze jest kolorowo – mówi Kasia. – Wszystko jest inne niż w Polsce i chociaż mam dobrych znajomych wśród Włochów, to nie podoba mi się ich zbytnia pewność siebie. Włosi są inni niż my, Polacy. Różni nas bardzo wiele, zwłaszcza pod względem mentalnym. Generalizując dla Włocha najważniejsze jest dobrze zjeść i się dobrze ubrać. To jak wyglądasz mówi, kim jesteś. My nie musimy wykładać etykietek, oni tak. Jestem Włochem, ubieram się w najlepszych domach mody, jadam w drogich restauracjach, czyli jestem lepszy. Są trochę zadufani w sobie – ciągnie. - Gdzie mi się mieszkało lepiej: w Vicenzie czy Novarze? Na pewno w Novarze. Lubię to miasto i ludzi, są sympatyczniejsi, bardziej mili. Kiedy mam wolną chwilę, jadę do Werony. To piękne miasto, tylko dwie godziny drogi stąd. Byłam tam kilkakrotnie i często wracam.
Kariera reprezentacyjna
Równolegle do kariery klubowej rozwijała się jej kariera reprezentacyjna. Po świetnych wynikach jako kadetka i juniorka była już gotowa na kolejny etap: reprezentację seniorek. Nie stało się to jednak od razu. Musiał minąć rok zanim otrzymała powołanie i pojechała na swoje pierwsze zgrupowanie. W tym okresie nie występowała w żadnej reprezentacji, bo... – Byłam za stara (śmieje się).
Po sezonie 2002/2003 ówczesny trener kadry seniorek - Zbigniew Krzyżanowski zaproponował młodej siatkarce możliwość gry na najwyższym światowym poziomie. Kariera Skowrońskiej znowu zaczęła nabierać tempa. Ale jak się wkrótce okazało, to nie trener Krzyżanowski miał poprowadzić grę Kasi w drużynie narodowej. Sam zrezygnował, a zespół przejął Andrzej Niemczyk. Często potem pisano, że Skowrońska stała się odkryciem tego trenera, który dał wówczas szansę wielu młodym, dotąd nieznanym zawodniczkom. - Nawet nie wiem czy trener Niemczyk oparł się na tym, co zrobił jego poprzednik, na liście zawodniczek, którą on powołał, czy zrobił zupełnie nową według własnej koncepcji. Tak czy inaczej byłam na tej liście i pojechałam na swoje pierwsze zgrupowanie. Z tamtego czasu pamiętam dużą rywalizację. Na mojej pozycji było sporo dobrych siatkarek, również takich, które występowały w zespole „od zawsze”. A trener Niemczyk dał szansę tym, które do tej pory w reprezentacji nie grały, między innymi mnie. Trudny to był moment, bo ja bardzo chciałam w tym pierwszym zespole grać. Pracowałam ciężko, trener to dostrzegł, postawił na mnie, a ja trenowałam, aż w końcu przebiłam się do „szóstki” – wspomina swoje początki w drużynie. Podkreśla także, że była już wtedy inną siatkarką niż jeszcze dwa, trzy lata wcześniej. - Bardzo dojrzałam na przestrzeni tych wszystkich lat. Dorosłam i zrozumiałam, czego tak naprawdę chcę. Od paru lat wiem, że siatkówka jest moim życiem, to również mój zawód, do którego trzeba podchodzić profesjonalnie. Od czasu gry w Pile jeszcze ciężej pracuję i daję z siebie wszystko. Wiem, że z każdego treningu trzeba czerpać jak najwięcej, bo każdy wiele mi daje i każdy jest ważny. Nie wolno nic lekceważyć. Jak byłam młodsza trochę inaczej to wyglądało. Nie warto marnować czasu, bo ja wciąż się uczę i ciągle mi sporo brakuje.
Sezon pracy pod okiem nowego trenera był dla młodej środkowej niezwykle ciężki, ale efekty jego pracy przerosły najśmielsze oczekiwania samej zawodniczki. Kasia docenia rolę szkoleniowca i podkreśla jego zasługi. - Uważam, że to co osiągnęłyśmy i to co się w polskiej siatkówce zaczęło dziać po tym jak przejął reprezentację, to jego ogromna zasługa i nie wolno mu tego odbierać. To nie był tylko sukces nasz – zawodniczek, bez niego tego sukcesu by nie było – mówi Skowrońska. - Tworzyliśmy zespół i razem odnieśliśmy sukces, on nie istniał bez nas, a my bez niego. Niezależnie od tego, co się mówiło i pisało, zawdzięczamy mu ogromnie dużo. On nas zmienił. Zmienił nas mentalnie. Zastosował nowe metody treningowe, pokazał nam jak inaczej można patrzeć na siatkówkę. Dzięki niemu przestałyśmy się bać – kontynuuje. - Ja nigdy nie myślałam, że po sezonie gry w I-szej lidze trafię do reprezentacji, że wejdę później do szóstki i wreszcie, że zdobędę złoty medal mistrzostw Europy. To było dla mnie nie-o-sią-gal-ne. Nam się wydawało, że w starciu z Włoszkami czy Rosjankami nie mamy szans. My już przed meczem, czy to sparingowym, towarzyskim, czy w walce o medale, wiedziałyśmy, że przegramy. Bo kim my jesteśmy? Tylko Polkami, gdzie nam do Brazylijek, Włoszek, mistrzyń świata... Niemczyk przestawił nam coś w głowach. Powiedział „Zobaczcie, co grają one, a co wy, możecie być lepsze, to na boisku wszystko się rozstrzyga. Nieważne kto stoi po drugiej stronie siatki, trzeba grać swoje, myśleć o tym, co się umie i pokazać to.” Ale to nie przyszło od razu. To się działo dzień po dniu, kładł nam do głowy wszystko, tłumaczył, długo, cierpliwie, aż w końcu to dało rezultat.
Medal jak z bajki
- Lepiej bym sobie tego wszystkiego nie wymarzyła. Było jak w najpiękniejszym śnie. Wtedy wszystko wyglądało jak z bajki. – opowiada. Dodaje też, że na pewno zdobycie pierwszego, historycznego medalu dla Polski przyniosło jej dużo niezapomnianych, niepowtarzalnych chwil. - Z całego turnieju pamiętam poszczególne momenty, niektóre rozegrane piłki, akcje, sytuacje na boisku. Nie wracam do tego często, ale to wspomnienie jest we mnie. Mam dużo zdjęć z tamtego czasu. Mam koszulkę, ładnie oprawioną, za szkłem, w której to mistrzostwo zdobywałam, mam w sumie takie dwie, bo po obronie tytułu drugą też tak oprawiłam, podpisały się na niej wszystkie koleżanki z drużyny, to cenna pamiątka, bardzo ważna. To piękne wspomnienia, które są uwieńczeniem naszej pracy i wysiłku, jaki w nią włożyłyśmy. Pamiętny będzie mecz Bułgarek z Włoszkami, który kończył się dwa razy i po którym płakałyśmy, raz ze smutku, a drugi z radości. To była bardzo nietypowa sytuacja, bo wszystkie żyłyśmy w takim przeświadczeniu, że jeżeli same sobie czegoś nie wywalczymy, to nikt nam tego nie da. Tam było inaczej. I skończyło się pięknie – uśmiecha się.
Chorwacja to zupełnie inne emocje. Obrończynie tytuły, jechały na turniej pod dużą presją i z wielkimi oczekiwaniami: kibiców, mediów i ich samych. Miały do udowodnienia jedno: że medal z Ankary nie był przypadkiem. Niejednokrotnie przecież słyszały, od rywalek i krytyków ich gry, że gdyby nie szczęście i ślepy los, takiego wyniku by nie było. I po raz kolejny okazało się, że to one i trener Niemczyk miały rację. Udowodniły, że wciąż są najlepsze a Polacy znów byli dumni ze swoich siatkarek. Zwłaszcza po spotkaniu półfinałowym z reprezentacją Rosji... – To był piękny horror – śmieje się Kasia.
- Podczas meczu z Rosjankami były niewiarygodne emocje. Takie mecze gra się rzadko, ale to właśnie takie pojedynki wspomina się potem do końca. Będę go pamiętać bardzo, bardzo długo. Tym bardziej, że zepsułam zagrywkę w tie breaku, gdzie toczyła się przecież walka punkt za punkt i nie wolno było pozwolić sobie na proste błędy. Myślałam wtedy, że sobie nigdy nie wybaczę, jeśli przegramy – opowiada. - W tym meczu same zgotowałyśmy sobie takie emocje, bo mogłyśmy wygrać spokojniej, ale pozwoliłyśmy się im rozegrać i doszło do niezwykłej walki. Jak to Polki (śmiech).
Prima Aprilis
- Nie zapomnę powrotu z Turcji i Okęcia. Nie miałam pojęcia, jakie wrażenie wywarła nasza gra. Koncentrowałam się nad kolejnymi meczami, martwiłam się tym, co się dzieje z Asią Mirek. Owszem, rozmawiałam z rodziną, oni coś wspominali, ale to do mnie jakoś nie docierało. Nie miałam internetu, nie czytałam gazet, byłam odcięta od wszystkiego. Przed finałem zadzwonił do mnie dziennikarz i powiedział, że cała Polska po prostu oszalała na punkcie reprezentacji Polski siatkarek, że prasa, telewizja tylko o tym mówi. Że takiej oglądalności nie miał Małysz, że wszyscy o nas mówią. A ja się tym nie przejęłam, bo to była zbyt duża abstrakcja – uśmiecha się. - Nie mogłam tego ogarnąć, byłam daleko. Pamiętam, że powiedziałam 'Proszę pana, nie wierzę w to, co pan mówi, to nie możliwe przecież, dziś nie Prima Aprillis, że pan takie żarty opowiada'. On mi tylko powiedział, że szybko się przekonam, że to ja nie mam racji, że już na lotnisku zobaczę na własne oczy. No i się przekonałam. Na lotnisku doznałam szoku, zamurowało mnie. Już w samolocie pilot nam gratulował i to było już dla nas zaskakujące, potem celnicy, obsługa lotniska, każdy zwracał na nas uwagę. Drzwi się otworzyły i mnie zatkało. Wszyscy ci ludzie przyjechali specjalnie dla nas, śpiewali, klaskali, krzyczeli, wiwatowali, fantastyczna sprawa, której słowami się nie da opisać. Nie umiałam ogarnąć wzrokiem wszystkich ludzi, nie wiedziałam jak się zachować, co zrobić, co powiedzieć, stałam i kurczowo trzymałam się koleżanki obok mnie, a ta z kolei drugiej, a ta trzeciej. Takich rzeczy się nie zapomina – kończy.
Z obłoków na ziemię
Ostatni okres, a zwłaszcza jesień 2006 roku to już w przypadku „Złotek” z Ankary i Zagrzebia pasmo wielkich niepowodzeń. Zmiany w kadrze, konflikty, rezygnacja trenera, to tylko część problemów, z jakim musiała borykać się polska drużyna przed jednym z najważniejszych turniejów „czterolecia”. Impreza koszmarna, której wspominać się nie chce. – To jest moja największa sportowa porażka, tego się nie da ukryć, nie da się zapomnieć – przyznaje Kasia. - Byłyśmy nieprzygotowane, rozbite, nie grałyśmy tego, co chciałyśmy. Wiedziałyśmy, że trafiłyśmy na łatwą grupę, z której powinnyśmy wyjść, a straciłyśmy wielką szansę i czułyśmy się z tym fatalnie. I do dzisiaj wciąż mi przykro i mam do siebie żal z tego powodu. Po powrocie do kraju najgorsze jeszcze nie minęło, może dopiero się rozpoczęło. Zastanawiano się nad przyczynami porażki, szukano winnych, środowisko było wciąż podzielone a siatkarki bezradne. - Bardzo źle się czułam po mistrzostwach. My nie pojechałyśmy tam jako anonimowe zawodniczki. Byłyśmy dwukrotnymi mistrzyniami Europy, a to zobowiązuje, nie wolno schodzić poniżej pewnego poziomu. Byłyśmy zespołem, od którego słusznie się wymaga i na który powinno się stawiać. A my tych oczekiwań nie spełniłyśmy, rozczarowałyśmy, wszystkich i siebie też. Sporo czasu zajęło mi uporanie się z tym. Kasia była w złej kondycji i fizycznej i psychicznej, a czasu na regenerację sił i odpoczynek nie było. - Już cztery dni po zakończeniu turnieju musiałam stawić się w klubie, a byłam zupełnie rozbita. Zaczynałam od nowa, znowu, a nie czułam się dobrze, nic nie odbywało się tak, jakbym chciała. Byłam zła, ale coś ze sobą musiałam zrobić. Trzeba było iść naprzód a nasze siatkarskie środowisko nam tego nie ułatwiało. Raz się wygrywa, raz się przegrywa, taki jest sport, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. I trzeba się z tym jakoś pogodzić. Nie zawsze można być najlepszym, w życiu, pracy, sporcie. Jest różnie. My do tego dążymy, ale nie zawsze się udaje. Byłyśmy winne, ale przecież nie tylko my – mówi na zakończenie.
Tamten rozdział jest już zamknięty. Teraz Kasia myśli przede wszystkim o wakacjach i mistrzostwie Włoch. - Czuję, że potrzebuję odpoczynku. Nie miałam od wielu miesięcy czasu na przerwę, wakacje i regenerację sił. Ciągle gram, czy to w klubie czy reprezentacji. Jeden sezon się kończy, zaraz zaczyna się następny. Jeśli nie odpocznę, będę bezużyteczna i nie pomogę reprezentacji. Jestem zmęczona, fizycznie, psychicznie. Nie jesteśmy robotami tylko ludźmi. Poszczególne ligi już się powoli kończą i zapadają ostateczne rozstrzygnięcia, a ja wiem, że jak wszystko dobrze pójdzie, to skończę sezon dopiero pod koniec czerwca.
Kasia o sobie
- Nigdy nie byłam spokojną grzeczną dziewczyną, ułożoną, przeciwnie, byłam głośna, nie było tak, że jak ktoś coś powiedział to ja to od razu się z tym zgadzałam. Miałam swoje zdanie, dyskutowałam, trener coś mówił, a ja od razu musiałam mu to dać do zrozumienia, że nie do końca mi to pasuje (śmiech). Trudno się było podporządkować, bo nie wszystkie zasady mi się podobały. Mówiłam, że ja nie chcę, nie będę tego robić, że mama mnie inaczej wychowywała, a to jest inaczej, to wolno, tego nie wolno, ja się nie zgadzam. Na pewno łatwo ze mną nie było – mówi. Przyznaje się też, że razem z koleżankami z SMS-u sprawiały nauczycielom drobne kłopoty. - Byłyśmy w trudnym wieku. A trener nie był tylko zwykłym trenerem, musiał być też być dla nas nauczycielem, pedagogiem. Miałyśmy oczywiście i panią pedagog i psycholog, ale ja do niej przychodzić raczej nie chciałam a jak ona próbowała nawiązać ze mną rozmowę to ciężko jej to szło, bo ja zawsze byłam nastawiona „anty”, na nie. (uśmiecha się).Uważałam, że takie rozmowy nie są mi do niczego potrzebne. Ja byłam zawsze żywym dzieckiem, rozpierała mnie energia, wszędzie mnie było pełno – kończy.
Kasia jest też uparta i ambitna, co traktuje jako i wadę i zaletę. – Jest też małą bałaganiarą – mówi o niej mąż - Jakub. Nie bałaganiarą, ja mam wokół siebie tzw. artystyczny nieład, to nie to samo – śmieje się Kasia.
Inni o Kasi
- To bardzo pracowita dziewczyna, obdarzona ogromnym talentem - mówi Magdalena Śliwa. - Można dawać ją za przykład dla wszystkich młodych siatkarek, żeby trenowały z takim sercem i z takim zaangażowaniem jak ona. Myślę, że dobrze zrobiła wyjeżdżając do Włoch, bo praktycznie w młodym wieku zaczęła trenować i grać z najlepszymi zawodniczkami. Robi ogromne postępy i już to widać
w porównaniu z ubiegłym rokiem. Prywatnie to bardzo miła i sympatyczna dziewczyna.
- To jest dziewczyna, która ma swój sposób na życie. Ona wie, co chce w życiu osiągnąć. Myślę, że ma przed sobą obiecującą przyszłość – dodaje były szkoleniowiec kadry Andrzej Niemczyk.
Dwa marzenia…
Pojechać na wakacje, byle gdzie razem z mężem i kiedyś zagrać na olimpiadzie. – Nie tylko tam pojechać – dodaje. – Ale coś na niej wygrać. Bilet zawsze mogę kupić, a ja chcę walczyć o medale.
Zapytana o hobby czy jakieś szczególne upodobania stwierdziła, że nie ma takich rzeczy. Uwielbia zwierzęta, ma już kota a włoscy znajomi obiecali jej kupić psa, jeżeli tylko Asystel wywalczy tytuł mistrzowski. W kuchni nie jest wybredna, sama również gotuje, lubi różnorodność i włoskie jedzenie, ale chętnie próbuje też innych rzeczy.
- Jak nie gram w siatkówkę, wypoczywam. Czytam, oglądam telewizję, zwyczajnie się relaksuję. Zależy od chwili, chętnie obejrzę dobrą sensację, jaka każda kobieta zawsze chętnie zobaczę komedię romantyczną. Jestem normalną dziewczyną i nie mam jakichś szczególnych zainteresowań – dodaje.
Myśląc o przyszłości, nie wybiega zbyt daleko. Liczy się kolejny mecz, kolejny przeciwnik, każdy następny dzień. Nam pozostaje mieć nadzieję, że marzenia Kasi szybko się spełnią, a kiedy odpocznie ponownie zobaczymy ją w biało – czerwonych barwach. Bo bez niej to już przecież nie te same „Złotka”.
--------------------
*Niniejszy tekst w wersji rozszerzonej, uzupełniony o materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów.
źródło: reprezentacja.net
autor: Hanna Niełacna
Do wiadomości napisano 7 komentarzy

Liga Światowa
USA - Polska
czwartek, 24 lipca 2008
godz. 18:00
Znasz Macromedia Flash?
To ogłoszenie dla Ciebie!