seniorzy 05.07.2007 22:08:48
W jego przypadku przygoda z siatkówką rozpoczęła się paradoksalnie na jednym ze szkolnych turniejów badmintona. Przyszły reprezentant Polski chodził wtedy do ósmej klasy.
Do uprawiania siatkówki namówił go trener Arkadiusz Sawiczyński. Pewnego dnia Robert przyszedł na zajęcia SKS – u... I od tego się wszystko zaczęło.
- Od najmłodszych lat zawsze interesował mnie sport, łapałem się różnych dyscyplin – kolarstwa, lekkoatletyki, tenisa stołowego, dżudo, piłki nożnej. Jedną z nich był badminton. Na mistrzostwach województwa wypatrzył mnie trener siatkówki i zaproponował mi uprawianie tej dyscypliny. Poszedłem na trening i tak mi się to spodobało, że do tej pory gram w siatkówkę – wspomina. - Na początku trenowałem na SKS’ach w Szkole Podstawowej nr 7. Później już od pierwszej klasy liceum rozpocząłem treningi w sekcji Czarnych Radom.
Siatkarz „Czarnych”
Swoje pierwsze szlify siatkarskie zdobywał pod okiem trenera Czarnych Radom - Andrzeja Skorupy.
Choć zapowiadał się na dobrego i zdolnego zawodnika nie od razu znalazł miejsce w pierwszej szóstce pierwszoligowego wówczas klubu z Radomia. Swój debiut w ekstraklasie pamięta dość dobrze: wyszedł na boisko jako zmiennik pod koniec jednego z ligowych meczów. Czarni prowadzili zdecydowanie i trener postanowił “dać mu pograć”. Od tego momentu przez pewien czas pojawiał się na boisku na krótsze lub dłuższe zmiany, nigdy jednak w pierwszej szóstce.
- Dopiero w wieku 19 lat tak na dobre zacząłem grać. I to też dość przypadkowo. W pierwszym meczu sezonu nasz główny atakujący, Darek Grobelny przy ostatniej piłce pierwszego seta, złamał nogę. Wszedłem za niego i potem grałem prawie cały sezon. To było takie szczęście w nieszczęściu, ale przyspieszyło to moje wejście w seniorską siatkówkę.
Lata spędzone w Czarnych wspomina bardzo dobrze. Właśnie z tym klubem osiągnął swoje pierwsze siatkarskie sukcesy - brązowe medale Mistrzostw Polski (w roku 1994 i 1995). W 1995 opuścił macierzysty klub i podpisał kontrakt z AZS Częstochowa.
Od Częstochowy do Bełchatowa
- Przeniosłem się na studia do Częstochowy, bo tam miałem możliwość pogodzenia siatkówki ze studiami. Częstochowa była wtedy idealnym wyborem.
W tamtej drużynie grali wówczas Piotrek Gruszka i Damian Dacewicz, Marcin Nowak, Artur Pieśniak, Oktawian Krzyżanowski, naprawdę mnóstwo zawodników z młodzieżowej reprezentacji Polski. Tworzyliśmy młodą drużynę. Grałem tam dwa lata. W pierwszym sezonie zdobyliśmy znowu brązowy medal a już w drugim byliśmy mistrzami. Miło to wspominam, bo to były dla mnie takie lata beztroski. Mieszkaliśmy razem w akademiku, studiowałem, grałem i jeszcze nie miałem rodziny, życie przelatywało mi z dnia na dzień.
Po opuszczeniu AZS-u przez następne trzy sezony reprezentował barwy Legii Warszawa, gdzie trenował pod okiem siatkarskiej legendy - Huberta Wagnera.
- To był dla mnie bardzo ważny moment w mojej przygodzie z siatkówką. W Częstochowie przez te dwa sezony owszem grałem, ale ta gra układała się różnie. Grałem raz mniej, raz więcej. Byłem zawodnikiem młodym i bardzo mi zależało na tym, żeby częściej pojawiać się na parkiecie. Bałem się tego, czego doświadczyło paru moich starszych kolegów z Częstochowy. Byli świetnie zapowiadającymi się młodymi zawodnikami, wielkimi talentami, a przez to, że bardzo mało grali po dwóch, trzech latach wszyscy o nich zapomnieli i wydaje mi się, że ich kariera nie rozwinęła się tak, jak mogła. Częstochowa miała wtedy bardzo ambitne plany, bardzo silną drużynę – na każdej pozycji było nas dwóch, trzech i możliwość grania była, ale znacznie mniejsza niż na przykład w takim klubie jak Legia, która walczyła o miejsca 4-6, gdzie gra opierała się w bardzo dużej części na mnie.
Przez te trzy lata w Legii nie odniosłem wtedy jakiś większych sukcesów sportowych, ale wydaje mi się, że po prostu złapałem to, co jest najważniejsze - praktykę.
Po nieudanych występach klubu w sezonie 1999/2000 i spadku Legii do serii B Prygiel podjął decyzję o powrocie do Radomia. Szybko okazało się, że przeprowadzka do rodzinnego miasta zbawiennie wpłynęła na formę zawodnika, który już po półmetku rozgrywek uznany został za najlepszego atakującego ligi.
- Wtedy w Radomiu „Warka” była jeszcze dość mocna. Nie trzeba było mnie długo namawiać do powrotu, tym bardziej, że to było moje rodzinne miasto. Mieliśmy wtedy nawet niezłą drużynę, ale w pewnym momencie atmosfera w zespole nam się zepsuła, m.in. przez konflikty z Piotrkiem Gabrychem. To przełożyło się na wyniki w lidze - zamiast na trzecim, skończyliśmy tylko na czwartym miejscu. Przegraliśmy ostatni mecz u siebie z Jastrzębiem. Pozostał niedosyt, zwłaszcza, że to była nowa, dopiero co zbudowana drużyna. Było nas w szóstce pięciu, sześciu nowych zawodników, nowy rozgrywający i wydaje mi się, że gdybyśmy tę drużynę utrzymali, to już za rok lub dwa moglibyśmy grać o jeszcze wyższe cele. Niestety nie udało się. Sponsor się wycofał, prezes powiedział, że nie stać go na utrzymywanie nas, jeśli komuś się uda zmienić klub, to nie będzie robił przeszkód. Wtedy był jeszcze taki przepis, że w trakcie sezonu można było zmieniać kluby, także po półtora sezonu w Warce przeszedłem razem z Adasiem Nowikiem do Skry Bełchatów.
Skra nie była wtedy jeszcze taką markową drużyną jak teraz, ale już było widać, że organizacyjnie jest gotowa na sukcesy. W momencie gdy przechodziliśmy do Bełchatowa drużyna była na 7 lub 8 miejscu, walczyła o to, żeby nie grać w barażach. Nasze przyjście na tyle pomogło, że ten sezon w Bełchatowie skończyliśmy na miejscu trzecim, co było ogromnym sukcesem, bo to był pierwszy medal w historii klubu.
W rosyjskiej superlidze
Na początku sezonu 2003/2004 środowisko siatkarskie obiegła wiadomość o planowanej przeprowadzce jednego z najlepszych atakujących polskiej ligi do Rosji. Nowymi pracodawcami Roberta Prygla mieli zostać zasobni działacze Gazpromu Surgut.
Decyzję o przenosinach Robert podjął nie bez wahania. Na początku miał pewne obawy, które jednak - jak sam przyznaje - szybko okazały się nieuzasadnione. Duży wpływ na jego postanowienie o przenosinach miały dwie kwestie: chęć sprawdzenia swojej wartości w superlidze - konfrontacji z zawodnikami z najwyższej światowej półki oraz finansowe gratyfikacje dla polskiego atakującego zakontraktowane w umowie z Gazpromem Surgut.
- Chciałem koniecznie wyjechać za granicę. Byłem jeszcze w takim wieku, że chciałem spróbować czegoś innego. Wiedziałem, że jeśli się nie sprawdzę, zawsze będę mógł wrócić do PLS. Chciałem wyjechać do Włoch jednakże wtedy już było dla mnie trochę za późno. Miałem kilka różnych propozycji, mniej atrakcyjnych lub bardziej. Oferty były albo mało konkretne, albo takie z drugiej ligi. Odrzuciłem je. Do Turcji czy do Francji za bardzo nie chciałem się pchać, a wiedziałem już, że liga rosyjska urasta w siłę i za pośrednictwem Andrzeja Grzyba dostałem propozycję między innymi z Surgutu. Zdecydowałem się z ciężkim sercem i to była chyba najbardziej odważna decyzja w moim życiu, ale potem okazało się, że jedna z lepszych.
Swoje pierwsze wrażenia z przyjazdu do Surgutu określa jako "nie za ciekawe".
- Przylecieliśmy samolotem najpierw z Warszawy do Moskwy. Później przez całą Moskwę trzeba było się dostać na drugie lotnisko krajowe, następnie trzy godziny samolotem do Surgutu, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że lotnisko jest w remoncie. Odbieraliśmy bagaż w takim strasznie dziwnym budynku, zniszczonym. Pierwsze wrażenie więc miałem straszne, tym bardziej, że było już około 2.00 w nocy czasu surguckiego. Wyszliśmy do miasta. Było szaro, smutno, lotnisko daleko od miasta a na lotnisku... Dwa piękne samochody, które przyjechały po nas – do jednego włożyliśmy bagaże, do drugiego wsiedliśmy my i zawieziono nas do naszego mieszkania. I znowu podobny kontrast: wchodzimy do klatki, standard tragiczny – pomazane, pościerane ściany... Spojrzałem na żonę, widzę, że już jest załamana, ale dzielnie udaje, że wszystko jest ok. Wchodzimy do mieszkania i okazuje się, że za drzwiami bardzo miłe, przyjemne mieszkanie, w którym spędziliśmy cały okres mojej gry w Gazpromie.
Nasz reprezentacyjny atakujący szybko został doceniony za Uralem. Już w pierwszym sezonie gry w Rosji znalazł się w dziesiątce najlepszych zawodników superligi rosyjskiej (lokata 9) w plebiscycie sportowej gazety „Sport – Ekspres”. Nic w tym dziwnego, że działacze Surgutu po zakończeniu sezonu zaczęli namawiać go do przedłużenie kontraktu na następny sezon. I tak Robert został tam przez następne cztery lata...
- Na pewno będzie mi brakować atmosfery, która panowała w klubie. Czułem się tam znakomicie, pomimo tego, że byłem obcokrajowcem. Już po 3-4 miesiącach nie czułem się jak obcokrajowiec, czułem się jak jeden z zawodników – mówi Robert. Poza tym brakować mi będzie wielu rzeczy z kuchni dalekiego wschodu. W Surgucie jest dużo ludności napływowej, Uzbeków i Kazachów. Mają tam swoje restauracje. Kiedyś wpadliśmy do jednej z nich i tak nam posmakowało, że potem już często się tam żywiliśmy. Będzie mi również brakowało spokoju. Tam miałem tylko grać w siatkówkę i opiekować się rodziną. Grając w Polsce pamiętam, że zawsze coś jest, coś, coś trzeba załatwić, gdzieś podjechać, odwiedzić rodzinę, zawsze coś się dzieje. Niby jest fajnie, ale na dłuższą metę jest to męczące. Tam, po treningu mogłem sobie dłużej posiedzieć na siłowni, czy pójść na odnowę biologiczną. Nigdzie się nie musiałem spieszyć. Na każdym kroku mieliśmy, i ja i żona, i dzieci taki komfort. A w Polsce wszyscy jesteśmy w takim wiecznym biegu.
Pomimo tego jeszcze przed sezonem 2007/2008 Prygiel zdecydował się podpisać kontrakt z Jastrzębskim Węglem.
- O powrocie do Polski zadecydowała przede wszystkim sytuacja rodzinna. W Rosji byliśmy 4 lata i strasznie stęskniliśmy się za Polską. Starsza córka ma 5 lat i zaczęła już chodzić w tych przerwach, w których wracamy do kraju, do przedszkola. Bardzo się jej spodobało. Jak była w Rosji tęskniła do przedszkola, do koleżanek, do takiego normalniejszego życia. Bo tam wiadomo, byliśmy we czwórkę sami, zamknięci w czterech ścianach i skazani tylko na siebie. A w Polsce rodzina, babcie, dziadkowie, koleżanki. Tak więc głównie ze względu na dzieci zależało mi na powrocie do Polski, ale też nie ukrywam, że chciałem przypomnieć się polskim kibicom, przede wszystkim tym radomskim, bo brałem pod uwagę powrót do Radomia. W Surgucie zaproponowano mi jeszcze przedłużenie kontraktu na rok. Uszanowano moją decyzję, powiedziano mi, że gdyby coś mi się nie udało w Polsce, to żebym od razu dzwonił, że zawsze mnie przyjmą z otwartymi ramionami. Później były jeszcze dwie propozycje z innych klubów z Rosji, ale już postanowiłem, że wracamy do Radomia. No i praktycznie w momencie podpisania kontraktu prezes wycofał się z wcześniejszych propozycji trzyletniego kontraktu, chciał rok, argumentował to różnie. Ja się nie mogłem na to zgodzić. W tym momencie pojawiła się ciekawa propozycja z Jastrzębia. Na początku byłem trochę zły na prezesa z Radomia, na tą całą sytuację, ale później, jak ochłonąłem, stwierdziłem, że bardzo dobrze mi się to ułożyło, bo dostałem propozycję od klubu zdecydowanie silniejszego sportowo, z większymi ambicjami, co również w przypadku mojego powrotu do Polski jest ważne, bo będę grał wśród lepszych zawodników, o lepsze wyższe cele. Tym bardziej, że jeszcze dojdą puchary. Bardzo się cieszę, że trafiłem do Jastrzębia. Miałem już wcześniej propozycje z tej drużyny w czasie mojej kariery i tym razem bardzo szybko i bez większych problemów od razu się dogadaliśmy.
W kadrze juniorów
Po raz pierwszy w barwach biało- czerwonych wystąpił w 1993 roku, na mistrzostwach świata kadetów w Stambule. Dwa lata później pojechał z kadrą juniorów na mistrzostwa świata w Malezji. Obu imprez jednak nie zalicza do udanych - W Turcji wypadliśmy słabo. To był nasz pierwszy wyjazd, pierwsze granie z drużynami innych narodowości, trochę byliśmy przestraszeni. W Malezji też nie odnieśliśmy żadnych sukcesów sportowych. Niestety nic specjalnego nie utkwiło mi w pamięci z tamtego okresu. No może tylko parę takich śmiesznych historyjek...Ale ich lepiej nie będę przytaczał (śmiech).
Olimpiada na ławce
Robert nie przypomina sobie swojego prawdziwego debiutu w reprezentacji Polski. Pamięta natomiast, że jeszcze przed wyjazdem na olimpiadę grał często w licznych meczach sparingowych.
- Byłem powołany jeszcze za trenera Ryszarda Kruka do szerokiej reprezentacji, ale nie grałem, tylko trenowałem. A później już możliwość grania miałem za kadencji Wiktora Kreboka. Przygotowywaliśmy się wtedy do kwalifikacji olimpijskich, a później do samej Olimpiady. Tych meczy było bardzo dużo i to były takie nieoficjalne spotkania towarzyskie. Dokładnego mojego wejścia nie pamiętam, ale wiem, że już wtedy zdarzało mi się grać albo wchodzić na zmiany. Na tyle skutecznie, że nawet trener zabrał mnie na olimpiadę.
Samego udziału w turnieju olimpijskim w Atlancie Robert jednak nie wspomina najlepiej - trener Wiktor Krebok nie wpuszczał go na parkiet: - Przesiedziałem całą Olimpiadę, - wspomina - nie zagrałem ani minuty. Z olimpiady mam za to miłe wspomnienia, zdobyłem sporo doświadczenia i jest to na pewno coś, co do końca życia zapamiętam.
Na przykład?
- Pamiętam na pewno niesamowite emocje związane z otwarciem igrzysk. Poza tym pamiętam niestety smutniejsze rzeczy, jakimi były nasze przegrane pojedynki, bo z meczu na mecz przegrywaliśmy wszystko. Wygraliśmy tylko jeden set. Pamiętam też to, że przed ostatnim meczem poszedłem z ówczesnym kapitanem, Witkiem Romanem do trenera i w moim imieniu Witek poprosił, żeby mnie trener wpuścił, na chwilę, żebym został, chociaż zapisany w protokole. Trener od razu powiedział, że nie ma takiej możliwości, nie wiem czemu. Tym bardziej, że nie było żadnych konfliktów, ani jakiegoś mojego złego zachowania, a z trenerem żyję w bardzo dobrych kontaktach do tej pory. Jakoś tak się złożyło...
Później pamiętam, że po olimpiadzie byliśmy przyjęci bardzo mile przez Polonię w Chicago, bo tam mieszkaliśmy. Ale to takie poza sportowe wspomnienia (śmiech).
Na rezerwie i w podstawowym składzie
W kolejnych latach, jeśli już był powoływany do reprezentacji, to znajdował się poza podstawową szóstką.
W tym okresie główny trzon zespołu reprezentacyjnego zaczęli tworzyć „złoci chłopcy Mazura” mistrzowie Świata i Europy juniorów i to oni brylowali na parkietach międzynarodowych. O Pryglu zapomniano.
Pomimo dobrego sezonu 2000/2001 nie znalazł się w kadrze na Mistrzostwa Europy w Ostrawie (2001). Szansę na grę dał mu natomiast nowy trener reprezentacji, Waldemar Wspaniały powołując go do kadry na Mistrzostwa Świata w Argentynie. Począwszy od 2002 roku kariera reprezentacyjna Roberta zaczęła nabierać rozmachu. – W tym okresie moja pozycja w kadrze z meczu na mecz stawała się coraz silniejsza. W „dwunastce” byłem zawsze, a nawet miałem 1,5 sezonu kadrowego, kiedy to grałem prawie cały czas w pierwszej „szóstce”. Jest to okres, który bardzo miło wspominam. W 2003 roku był najskuteczniejszym w ekipie polskiej zawodnikiem Ligi Światowej.
- Szczerze mówiąc, to nie pamiętam, bo wtedy jeszcze nie zwracałem tak szczegółowo uwagi na wszelakie statystyki, ale wiem, że prawie 90% meczy w LŚ rozegrałem i potem na ME podobnie. To miłe wspomnienia.
Powrót do kadry
W 2004 roku po dobrej grze w lidze rosyjskiej Robert nie znalazł uznania w oczach trenerów przygotowujących kadrę do igrzysk w Atenach. - Było mi wtedy przykro, ale przede wszystkim byłem zdziwiony. Wcześniej przez dość spory okres grałem w reprezentacji. A wtedy akurat zmieniłem barwy klubowe, zmieniłem ligę i grałem w lidze potencjalnie silniejszej. I było to dla mnie dziwne, że po tylu latach inwestowania we mnie nikt nie zadał sobie trudu, by obejrzeć moje mecze. A to, że mnie nie powołano, to jest już sprawą drugorzędną, bo każdy trener ma swoją taktykę i według niej dobiera sobie ludzi. Chodziło mi wtedy głównie o to, że mnie nie obserwowano, nie dano mi szansy. Wcześniej w Polsce grałem średnio i byłem w kadrze, a w tamtym sezonie grałem naprawdę dobrze i nie dostałem powołania.
Na powrót do kadry musiał czekać prawie dwa lata. Dopiero w 2006 roku do gry w reprezentacji zaprosił go nowy szkoleniowiec biało-czerwonych, Raul Lozano.
- Bardzo cieszę się z powrotu do kadry, ale zdaję sobie sprawę, że teraz w reprezentacji konkurencja na mojej pozycji jest dość duża – mówił w jednym z wywiadów. - No, ale cóż. Będę trenował i walczył. Chętnie potrenuję pod okiem takiego szkoleniowca jak Lozano. Jestem bardzo ciekawy jego metod pracy i samego podejścia do zawodników. To, że mnie zauważono i dano mi szansę, odbieram jako wyróżnienie. Będę chciał zadomowić się w kadrze nie tylko na Ligę Światową, ale może i na Mistrzostwa Świata, zresztą tego chce chyba każdy z zawodników będących w reprezentacji. Niestety w sezonie 2005/2006 nie dane mu było wstąpić ani w Lidze Światowej, ani na Mistrzostwach Świata. W barwach biało czerwonych zagrał dopiero rok później w kolejnej edycji „światówki”. Chociaż cieszy się z możliwości występów w reprezentacji, przyznaje, że jego formie daleko jeszcze do ideału. - W tamtym sezonie nie grałem wcale, a w tym miałem możliwość pokazania się kilkakrotnie. Niestety tylko przez kontuzje Mariusza i Grześka. Grałem nie tak, jak bym tego oczekiwał, a potem przyszedł wrócił Mariusz i już w ogóle przestałem pojawiać się na boisku. Zobaczymy, jak wszystko dalej się potoczy.
Bez względu jednak na bieg wypadków, Robert podkreśla, że „w reprezentacji będę grał dopóty, dopóki będą mnie trenerzy powoływać”. Nigdy nie będę się zasłaniał kontuzjami czy zmęczeniem, potrzebą odpoczynku, bo kadra jest dla mnie celem nr 1. Kiedyś, gdy byłem małym chłopcem i zaczynałem grę w siatkówkę, miałem marzenie, żeby grać w Czarnych Radom. Gdy to mi się udało, chciałem zdobyć Mistrzostwo Polski. Gdy osiągnąłem ten cel, miałem kolejne marzenia, lecz zawsze tym moim największym, i wydawało mi się, że nieosiągalnym, była gra w reprezentacji Polski. Gdy już otrzymałem powołania i zacząłem grać z białym orłem na piersi, z czasem zacząłem się do tego przyzwyczajać. Staram się nie zapomnieć, że pobyt w kadrze jest moim największym marzeniem sportowym i dopóki będę zdrowy i potrzebny, zawsze będę się stawiał na zgrupowaniach.
Najwierniejsi kibice...
To jego rodzina. Żona Kasia oraz córki Zuzia i Nina. - Zawsze, jeśli mają możliwość, oglądają moje mecze. Gdy mieszkaliśmy w Surgucie, to zawsze na każdym meczu były moimi najwierniejszymi kibicami. Teraz już, gdy w TV jest mecz siatkówki, to młodsza córka mówi: „O! MECZ!”, po czym zaczyna oglądać. Rozgląda się za tatą na boisku i już poznaje, czy jest tata na boisku, czy go nie ma. Już po meczach LŚ obydwie córki śpiewają typowe przyśpiewki kibiców m.in. „Polska, biało – czerwoni” , „ostatni, ostatni”, „ jeszcze jeden, jeszcze jeden”. Szybko im te melodie wpadły w ucho i nie raz, nie dwa bywało, że w drodze samochodem zaczynały nagle śpiewać właśnie te przyśpiewki.
Pomimo posiadania w rodzinie tak wdzięcznych fanów piłki siatkowej, Robert czas wolny woli jednak spędzać z dala od tej pięknej dyscypliny. Najczęściej na łonie natury. - Mamy bardzo ładną działkę nad jeziorem, gdzie spędzamy każde lato i gdzie zaznajemy ciszy i spokoju. Najbliższe zabudowania są oddalone o 2 km od miejsca naszego wypoczynku, więc jesteśmy całkowicie wyizolowani od cywilizacji. To jest właśnie nasza sielanka, o której marzyliśmy przez tyle lat. Tam właśnie odpoczywam.
Tekst:
Katarzyna Biernacka
- Reprezentacja.net
(lipiec 2007)
Zdjęcia:
Prywatne zbiory Roberta Prygla oraz zbiory Reprezentacja.net
--------------------
*Niniejszy tekst w wersji rozszerzonej, uzupełniony o materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów.
źródło: reprezentacja.net
autor: Katarzyna Biernacka
Do wiadomości napisano 8 komentarzy

-----------------------------
Kwalifikacje do ME seniorów
Olsztyn, Polska
Polska-Czarnogóra
piątek 16 maja 2008
godz. 17:00
Znasz Macromedia Flash?
To ogłoszenie dla Ciebie!