Anna Barańska z kwalifikacji olimpijskich wróciła dziesięć dni temu. Rozegrała już mecz w LSK i dwa przeciw europejskim rywalkom. We wtorek jej Winiary Bakalland Kalisz pokonały Fenerbahce Stambuł 3:2 i awansowały do play-off Ligi Mistrzyń.Miała pani chwilę na odpoczynek po powrocie z Halle?
- Nie było na to szans. Już następnego dnia miałyśmy trening. Wprawdzie mogłyśmy z Leną Dziękiewicz poprosić o dzień przerwy, ale nie zrobiłyśmy tego. Nasz klub jest w ważnym momencie sezonu.
Jednak pani musiała trochę zwolnić tempo ze względu na uraz pleców. Proszę wyjaśnić, o co chodzi?
-
Fachowo nazywa się to hipermobilnością dysków odcinka lędźwiowego kręgosłupa. Prawda jest taka, że zmagam się z nią od kilku ładnych lat. Zdaję sobie sprawę, że uraz spowodowany jest przez siatkówkę. Zaczęło się już chyba w siódmej klasie szkoły podstawowej. Kiedyś nosiłam specjalny pas usztywniający, ale okazało się, że to nie najlepsze rozwiązanie. Teraz postawiłam na zabiegi rehabilitacyjne.
Do tej pory nie było mowy o wyjeździe do zagranicznego klubu, ale po turnieju w Halle chyba bardziej otworzyła się pani na świat?
-
Jeśli chodzi o kadrę, to rzeczywiście wydarzyło się ostatnio sporo nowych rzeczy. Ale występowałam już przecież międzynarodowych rozgrywkach pucharowych z silnymi zespołami. Nie wykluczam różnych rozwiązań w kolejnych sezonach.
Gdzie na pewno pani nie zagra?
- Nie interesuje mnie Rosja. Turcja też raczej nie. W ogóle kierunek wschodni jest bardzo mało prawdopodobny. Wolę kluby z zachodu Europy...
*Rozmawiał Rafał Bała, więcej w
Przeglądzie Sportowym
źródło: sports.pl
autor: Renata Respondek