seniorki 22.02.2008 07:10:43
– Był moment, kiedy zastanawiałam się czy nie zacząć trenować ulubionej dyscypliny taty, ale na szczęście nigdy się nie odważyłam.
Zanim na dobre zajęła się uprawianiem siatkówki, trenowała piłkę ręczną, grała w tenisa ziemnego i odnosiła sukcesy w wioślarstwie. Miała jasno sprecyzowane plany, w których sport grał pierwszoplanową rolę, ale, jak sama przyznaje, nigdy nie myślała o tym, żeby uprawiać go zawodowo - Moje marzenia krążyły raczej w okolicach AWF, gdzie chciałam studiować – przyznaje. Los jednak zadecydował inaczej. Ze szkolną drużyną siatkarską Kasia dostała się na zawody wojewódzkie, gdzie wypatrzył ją trener Lalek i zaproponował dalsze szkolenie w SMS-ie Sosnowiec. - Postanowiłam tam zadzwonić, chociaż wcale nie byłam do tego pomysłu do końca przekonana – wspomina Kasia. - Po moim telefonie zaproszono mnie do Sosnowca na trening, musiałam wypaść całkiem nieźle, gdyż okazało się, że mnie przyjęli.
Początki nie należały do najłatwiejszych. Okazało się, że Kasia, która wcześniej nie trenowała w profesjonalnym klubie, a wiedzę z zakresu siatkówki czerpała jedynie z SKS-ów, posiada pewne luki
w technicznym wyszkoleniu. - Na początku trafiłam na trenera Leszczyńskiego – opowiada.- Nie był on specjalnie zadowolony z mojej obecności w sosnowieckiej szkole. Trafiłam tam przecież ze zwykłego SKS-u, nie trenując w żadnym klubie sportowym, więc faktycznie odstawałam od innych dziewczyn, bo nie byłam tak wyszkolona technicznie jak one. Ale trener poświęcał mi wtedy szczególnie dużo czasu, a ja grałam w tą siatkówkę i grałam, i tak mi to zostało do dzisiaj – wspomina ze śmiechem Katarzyna Gajgał.
Poza umiejętnościami stricte siatkarskimi pobyt w Szkole Mistrzostwa Sportowego był swego rodzaju szkołą życia. - Miałyśmy wtedy po 15 lat, byłyśmy przyzwyczajone do częstego kontaktu z rodziną, a po przekroczeniu progów szkoły w Sosnowcu wszystko się zmieniło i z wielu rzeczy trzeba było zrezygnować – opowiada Kasia. - Trener Leszczyński wprowadził od razu sporą dyscyplinę, dlatego musiałyśmy szybko przystosować się do zasad obowiązujących w szkole. Z jednej strony było to dobre posunięcie, ale pewne rzeczy mogły zostać nieco luźniej potraktowane. Wspomnienia związane z pobytem w SMS-ie to jednak nie tylko treningi, rygor i dyscyplina, ale przede wszystkim pierwsze przyjaźnie. - Znajomości nawiązane w SMS-ie mają to do siebie, że pozostają na zawsze – uśmiecha się Kasia. - Nawet, jeśli nie utrzymujemy ze sobą stałego kontaktu, to zawsze podczas spotkań na meczach czy zgrupowaniu kadry rozmawiamyi wspominamy stare czasy. Z osób, które poznałam w Sosnowcu, najlepszy kontakt mam chyba z Asią Staniuchą i Karoliną Ciaszkiewicz, z którymi gram w jednym klubie.
Kadra
Okres spędzony w SMS-ie to również pierwsze mecze z orzełkiem na piersi. W „biało – czerwonych” barwach Kasia zadebiutowała niedługo po tym, jak rozpoczęła naukę w SMS-ie. - Dla mnie wielkim sukcesem było to, że praktycznie po roku nauki w szkole w Sosnowcu dostałam się do dwunastki, która pojechała na mistrzostwa świata kadetek do Tajlandii. Potem byłam też w reprezentacji juniorek na mistrzostwa Europy w Belgii.
Z kadetkami w Tajlandii Gajgał zajęła siódme miejsce. Rok później, z reprezentacją juniorską na mistrzostwach Europy w Belgii uplasowały się na piątej pozycji. Medali nie było, ale ogranie oraz cenne doświadczenia zdobyte w międzynarodowych imprezach procentowały w późniejszej karierze.
W ostatnim roku nauki w SMS-ie szkolenie młodych reprezentacyjnych siatkarek przejął duet trenerski Rafał Błaszczyk i Jerzy Skrobecki. - W tym zespole, na pozycji środkowej konkurencja była spora i oprócz Kasi, która nie była wtedy postacią wiodącą na tej pozycji, grały również Katarzyna Mroczkowska i Sylwia Pycia – wspomina trener Błaszczyk. - Kaśka zaczynała wtedy pukać do tego wyższego poziomu, od czasu do czasu pojawiała się w grze. Od początku charakteryzowała się dobrymi warunkami fizycznymi, miała również bardzo dobre usposobienie do pracy podczas treningu i zawsze tą pracę ciągnęła, a nie odwrotnie. Starała się tworzyć atmosferę i właśnie taką ją pamiętam z tego okresu.
Pierwsze powołanie do seniorskiej reprezentacji Katarzyna Gajgał dostała tuż po przejęciu kadry w 2003 roku przez Andrzeja Niemczyka. Wtedy jednak, urodzaj, jaki mieliśmy na środku siatki w żeńskiej kadrze, sprawił, że Gajgał ciężko było przebić się do meczowej dwunastki i jej obecność w reprezentacji ograniczała się jedynie do zgrupowań. Jej nazwisko nie zniknęło jednak z listy szkoleniowców kadry. Dwa lata później Kasia trafiła pod skrzydła duetu trenerskiego Piasecki – Błaszczyk i wraz z kadrą B pojechała na Uniwersjadę do Izmiru. - Zdobyłyśmy srebro – podkreśla z dumą Kasia. – To było dla mnie wielkie przeżycie sportowe, ale też ciekawa przygoda. Na Uniwersjadzie wszystko jest zrobione na podobieństwo Igrzysk Olimpijskich. Zapala się znicz, mieszka się w „wiosce uniwersjadowej”... Poza tym można poznać fajnych ludzi z całego świata. Ale najważniejsze było to, że z Turcji przywiozłyśmy medal.
- Powołaliśmy Kaśkę przede wszystkim na podstawie bardzo dobrej i skutecznej gry w lidze, gdzie byłą podstawową zawodniczką w zespole, w którym dużo rzeczy od niej zależało – wspomina ponowną współpracę z Katarzyną Gajgał Rafał Błaszczyk. – Charakteryzowała się wtedy bardzo dobrą, kąśliwą, nieprzyjemną, a przede wszystkim pewną zagrywką. Poza tym jej atutem była bardzo dobra gra w ataku z jednej nogi. Jako jedna z pierwszych w Polsce grała ten atak z jednej nogi z przodu rozgrywającej, co zawsze było dużym zaskoczeniem dla blokujących w zespołach naszych rywalek.
Uniwersjada w Izmirze była pierwszą tego typu imprezą, na której pojawiła się reprezentacja Polski seniorek. - Kaśka pełniła wtedy funkcję kapitana – opowiada trener Błaszczyk. – To, że zespół obdarzył ją takim zaufaniem i powierzył taką odpowiedzialną funkcję, było dla niej niespodzianką.
Uniwersjadowe srebro jest na razie jedynym zdobytym przez Kasię medalem z reprezentacją. Ale wszystko jeszcze przed nią. Po rocznym urlopie macierzyńskim powróciła na parkiet w świetnym stylu. Już w pierwszym sezonie po przerwie znalazła uznanie w oczach Marco Bonitty. - Macierzyństwo to często taki pozytywny bodziec dla zawodniczek. Po urodzeniu dziecka dziewczyny często osiągają bardzo dobre wyniki – uważa trener Błaszczyk. - I myślę, że Kaśka jest właśnie tego przykładem. Wszystko, co się pozytywnego dzieje w jej sportowym życiu, dzieje się właśnie od chwili urodzenia dziecka.
Ambitna środkowa BKS-u Aluprof Bielsko – Biała dołączyła do kadry Marco Bonitty jako jedna z ostatnich. – Ciężko pracowałyśmy, bo zależało nam na tym, żeby się zakwalifikować – wspomina współpracę na zgrupowaniu przed wyjazdem do Halle Katarzyna Gajgał. - Stworzyłyśmy fajny zespół. Zarówno dziewczyny jak i trener – wszyscy dobrze mnie przyjęli – opowiada Kasia. – Na początku była bariera językowa, ale kiedy było trzeba, dziewczyny tłumaczyły.
Do Halle obok Dziękiewicz i Liktoras pojechała również Gajgał, dzielnie starając się zastąpić w pierwszych spotkaniach powracającą do formy po kontuzji kolana Marię Liktoras. Mimo że na niemieckich boiskach nie przebywała w pełnym wymiarze czasowym, pokazała się z dobrej strony i na pewno pozostawiła po sobie dobre wrażenie. - Występ w Halle był reprezentacyjnym debiutem Kasi – opowiada Milena Sadurek, rozgrywająca reprezentacji Polski, klubowa koleżanka Gajgał. - Było widać u niej lekką tremę, bo występ z orzełkiem na piersi to mimo wszystko coś innego niż klub. Ale w drużynie zaaklimatyzowała się bardzo dobrze. Wydaje mi się, że jeżeli będzie miała okazję dłużej występować w kadrze Marco Bonitty, będzie to owocowało jej coraz to lepszą grą. Jeszcze wszystko przed nią.
Polki wróciły z Halle na tarczy. W finałowym spotkaniu przegrały z Rosją 2:3. - Nie udało się, troszkę nam zabrakło, ale ten zespół może dużo osiągnąć. – przyznaje Kasia. - Patrząc na naszą grę w Halle, przed którym miałyśmy zaledwie dwa tygodnie zgrupowania, można śmiało powiedzieć, że udało nam się stworzyć zespół. Myślę, że jeżeli troszkę więcej popracujemy nad zgraniem, na pewno odniesiemy sukces.
Kolejna, ostatnia już szansa na uzyskanie olimpijskiej kwalifikacji już niebawem. „Biało – czerwone” w maju zagrają w turnieju interkontynentalnym w Japonii. - Powinnyśmy awansować – mówi z pewnością w głosie Gajgał. - Na pewno będzie ciężko, bo każda z nas będzie przecież po intensywnym sezonie w klubie. Poza tym znów będziemy miały niewiele czasu na przygotowanie, ale mimo wszystko wydaje mi się, że przywieziemy ten awans.
Na razie wciąż trwa sezon klubowy, ale już niedługo usłyszymy o kolejnych powołaniach i przygotowaniach do zgrupowania reprezenyacji. Jak siebie w tym całym „zamieszaniu” widzi Katarzyna Gajgał? - Jeśli dostanę taką szansę, będę walczyć – deklaruje. - Dużo zależy również od trenera Bonitty, od tego, jaki on chce mieć zespół i jak to wszystko będzie widział. Ale ja również mam wpływ na swoją przyszłość. Jeśli będę przykładała się do treningów, pokazywała się z jak najlepszej strony, na pewno będę deptać po piętach innym. Ze swojej strony zrobię więc wszystko, żeby znalazło się dla mnie miejsce w kadrze.
BKS
Do drużyny z Bielska – Białej Katarzyna Gajgał trafiła po trzech latach nauki w SMS-ie wraz z kilkoma koleżankami. Do klubu „ściągnął” je trener Leszczyński, ten sam, który początkowo nie był zadowolony z umiejętności, jakie Gajgał prezentowała po przyjściu do SMS-u. W Bielsku Kasia wraz z pozostałymi dziewczynami dokończyła naukę w szkole średniej rozpoczynając jednocześnie swoją karierę klubową. Przerwania nauki w Szkole Mistrzostwa Sportowego nigdy nie żałowała. – W pierwszym sezonie naszej gry w BKS -ie od razu zdobyłyśmy brązowy medal – wspomina pierwsze sukcesy w Bielsku. Takiego początku można tylko życzyć wszystkim młodym siatkarkom. - Byłyśmy wtedy młodym zespołem, miałyśmy walczyć o utrzymanie, a tymczasem sprawiłyśmy sobie, kibicom i działaczom sporą niespodziankę.
Kasia zadomowiła się w Bielsku – Białej na dobre. Tu poznała męża, znalazła przyjaciół, pokochała miasto na, tyle że trudno jej się rozstać z klubem, w którym występuje już ósmy rok. - Patrząc na nas w czasie meczu wiem, że pod względem wytrzymałościowym jesteśmy przygotowane doskonale – komentuje aktualną formę BKS-u. – Inna sprawa to zdrowie czy kontuzje. Dzisiaj człowiek gra, a jutro może już nie grać. Ale jesteśmy przygotowane do tego sezonu i wydaje mi się, że wszystko będzie dobrze – kończy optymistycznie.
Mama po godzinach
Jak sama przyznaje jej największym sukcesem nie są osiągnięcia siatkarskie, ale trzynastomiesięczny syn, Filip.- Jest zdrowy, wesoły, radosny – wylicza szczęśliwa mama. - Piłki jeszcze nie odbija, na razie tylko balony, ale na meczach kilku już był – dodaje. - Wydaje mi się, że po części będzie skazany na życie, przynajmniej za młodu, związane ze sportem. Co potem będzie, to się okaże, ja nie będę mu niczego narzucać, sam wybierze dla siebie drogę.
Kasia jest jedną z niewielu siatkarek, które godzą wychowywanie dziecka z zawodowym uprawianiem ukochanej dyscypliny. - Nie wiem, czy mi się udaje to wszystko godzić – mówi. - Nie jest to łatwe. Kiedy byłam na turnieju w Halle Filip chorował, miał zapalenie oskrzeli, kiedy obchodził pierwsze urodziny, mama grała mecz. Wiem, że takich chwil jeszcze będzie mnóstwo, jestem na to przygotowana. Ale staram się mu to wszystko wynagrodzić spędzając z nim każdą wolną chwilę, jaką mam, dać mu tyle miłości, ile to jest tylko możliwe.
- Poza synem i siatkówką w tym roku nie mam zbyt wiele czasu na cokolwiek innego – mówi zapytana o to, jak spędza wolny czas. - Od grudnia, odkąd wpadłyśmy w wir ligi, praktycznie nie mamy chwili, żeby zrobić sobie odskocznię, wyjechać gdzieś czy zwyczajnie odpocząć. Ale kiedy mam moment dla siebie lubię poczytać książki, posłuchać muzyki. Dziewczyny się śmieją, że jestem muzycznym maniakiem – dodaje ze śmiechem. - Poza tym lubię spacery z psem, który jest również spełnieniem moich marzeń, bo generalnie bardzo lubię zwierzęta.
Poza Filipem i spacerami z psem pasją Kasi jest również taniec. - Taniec uwielbiam – przyznaje. - Oglądam wszystkie programy o tańcu. Nie mam niestety czasu żeby tańczyć, ale naprawdę bardzo lubię.
Na boisku waleczna, zawsze dopinguje swój zespół do walki. A poza nim? Jaka jest Katarzyna Gajgał?
- Kasia z boiska niewiele różni się od Kasi, która z tego boiska schodzi – przyznaje sama zawodniczka.
- Jestem roztrzepana (śmiech), wesoła, uśmiechnięta. Kiedy przychodzę gdzieś rano to wszyscy mnie słyszą (śmiech) i wiedzą, że już jestem - mówi o sobie. - Na boisku pewnie tego nie widać, bo staram się być skoncentrowana na meczu i robić wszystko jak najlepiej. Staram się być spokojna.
- Kasia jest lubiana osobą. Jest otwarta, można z nią swobodnie porozmawiać na wiele różnych tematów – mówi o Gajgał Rafał Błaszczyk. - Ona nie ma w zwyczaju robić cokolwiek za czyimiś plecami. Jest pozytywnie usposobiona do otoczenia i do ludzi, z którymi współpracuje. Myślę, że to również zadecydowało o tym, że dziewczyny powierzyły jej funkcję kapitana na Uniwersjadzie w Izmirze.
Podobnego zdania jest również Milena Sadurek, która na co dzień występuje z Gajgał w Bielsku – Białej - Kasia jest bardzo sympatyczną osobą. Osobiście nie pamiętam, żeby ona kiedykolwiek miała zły humor, zawsze jest radosna i uśmiechnięta – mówi. - Potrafi się dzielić swoim optymizmem z innymi. Jest takim dobrym duchem zespołu.
Ciepła, otwarta, sympatyczna. Jak ulał pasuje więc do niej pseudonim, jaki w SMS-ie nadały jej koleżanki.
– Wymyślił go trener Leszczyński – opowiada ze śmiechem Kasia. - Miałyśmy trening i musiałam go porządnie zdenerwować, bo stanął i powiedział „Kaśka, z Ciebie to taki Misiek, ty przeciwnikowi krzywdy nie zrobisz!”. Wiele nie było trzeba, dziewczyny podłapały i do dzisiaj została mi ksywa „Misiek”. Lubię ją, jest miła, przyzwyczaiłam się już do niej.
Najbliższe plany „Miśka” ograniczają się do jak najlepszych występów w lidze. Jak sama przyznaje, po cichu marzy o zdobyciu w tym sezonie Pucharu Polski.Poza tym jej największym sportowym marzeniem jest udział w Igrzyskach Olimpijskich. - Każdy sportowiec na pewno chciałby jechać na Igrzyska i ja też chciałabym tam być – mówi - To wszystko zależeć będzie jednak od mojej dyspozycji, bo nie ma co się czarować, trzeba wziąć dziewczyny, które będą aktualnie w najlepszej formie. Nie chodzi przecież o to, żeby tam tylko pojechać, ale żeby się pokazać i coś ugrać.
Prywatnie marzy jedynie o zdrowiu. Dla swoich najbliższych oraz dla siebie, gdyż jak mówi – To w życiu jest najważniejsze.
Autor:
Natalia Starosta, Reprezentacja.net, (luty 2008)
--------------------
źródło: reprezentacja.net
autor: Natalia Starosta
Do wiadomości napisano 10 komentarzy
Znasz Macromedia Flash?
To ogłoszenie dla Ciebie!