Urodzony w Honolulu 30-letni Clayton Stanley to jeden z najmocniej serwujących siatkarzy świata. Na igrzyskach w Atenach miał 17 asów, zajął z reprezentacją USA czwarte miejsce. W środę jego zagrywki pomogły Dynamu Kazań wyeliminować Jastrzębski Węgiel z Ligi Mistrzów.
Pana atomowy serwis to dar boży?
- Powiedziałbym raczej, że dar rodziców, w końcu to oni sprowadzili mnie na świat. Oboje grali w siatkówkę, ojciec był na igrzyskach w Meksyku w 1968 roku. Wielkiej filozofii z tymi serwami nie ma - miałem naturalne predyspozycje, ale pomogły mi przede wszystkim lata intensywnego treningu. Co ciekawe, nie od razu przekonałem się do siatkówki. W szkole średniej dużą frajdę sprawiała mi koszykówka, w college'u grałem w drużynie... piłki wodnej.
Siatkówka ma w USA dziwny status. Reprezentacja należy dziś do najsilniejszych na świecie, ale popularność dyscypliny jest znikoma.
- To rzeczywiście żaden wielki sport w amerykańskiej kulturze. Numerem jeden pozostaje futbol, dalej są koszykówka i baseball. Byliśmy mistrzami olimpijskimi w siatkówce, ale nasz problem polega na tym, że igrzyska odbywają się co cztery lata. Zdobywasz złoto, ludzie pamiętają o tym przez rok, potem szybko zapominają. Siatkówka nie ma też odpowiedniej promocji i hojnych sponsorów, którzy ładowaliby w nią grube miliony dolarów. Na szczęście nie ma to przełożenia na siłę reprezentacji. Do Pekinu jedziemy po medal, najlepiej złoty. Wierzę, że jest to cholernie realne. W Pucharze Świata pokonaliśmy Brazylię, Bułgarię, tylko o włos przegraliśmy z Rosją. Wcześniej ogrywaliśmy wszystkie czołowe drużyny świata: Polskę, Francję, Włochy. Jeśli nie przydarzy się nieoczekiwana wpadka, to w Chinach możemy osiągnąć wielki sukces. Wiemy, że możemy dokonać czegoś wielkiego, więc po prostu musimy tego dokonać.
Wiele zmieniło się na lepsze, od kiedy trenuje was Nowozelandczyk Hugh McCutcheon.
- Jego zasługą jest to, że zebrał grupę ludzi, którzy potrafią ze sobą pracować. Trener ma do nas spore zaufanie, traktuje nas luźno. Drużyna składa się z zawodników będących mniej więcej w tym samym wieku, którzy doskonale się rozumieją. Każdy czuje się za nią na równi odpowiedzialny. To jest nasz największy atut.
* Rozmawiał Marcin Fejkiel - Gazeta Wyborcza ( więcej w Gazecie Wyborczej )źródło: Gazeta Wyborcza
opracowanie: Anna Bajorek