seniorki 28.03.2008 07:22:51
Ostatecznie stanęło jednak na siatkówce. - Zaczęłam trenować w czwartej klasie szkoły podstawowej, przede wszystkim dlatego, że klasa sportowa w mojej szkole miała właśnie taki profil – dziewczynki grały w siatkówkę, chłopcy w piłkę nożną. Pochodzę z małego miasteczka, w którym była tylko jedna klasa sportowa, nie miałam więc większego wyboru. Poza tym od zawsze wyróżniałam się wśród innych dzieci wzrostem. Pani trener Elżbieta Smatras-Gablankowska przekonała mnie więc, żebym trenowała siatkówkę, a moich rodziców, żeby mi na to pozwolili i tak się to wszystko zaczęło.
Mała Asia miała możliwość zweryfikowania swoich talentów sportowych, gdyż pani trener dbała o ogólny rozwój swoich podopiecznych. - W szkole podstawowej nasza trenerka szkoliła nas nie tylko z ukierunkowaniem na siatkówkę. Brałyśmy też udział w zawodach z koszykówki, gimnastyki, lekkoatletyki, więc była to ogólnorozwojowa edukacja, z czego teraz jestem bardzo zadowolona.
Przełom nastąpił w ostatnich klasach szkoły podstawowej. - Dopiero w siódmej klasie zostałyśmy ukierunkowane konkretnie na siatkówkę. Wtedy brałyśmy udział przede wszystkim w turniejach siatkarskich, ale nie odnosiłyśmy bardzo znaczących sukcesów – raz wygrywałyśmy, raz przegrywałyśmy. Po prostu grałyśmy…
Z trzecioligowego Dalinu do Wisły Kraków
Po ukończeniu szkoły podstawowej Joanna rozpoczęła występy w miejscowym Dalinie Myślenice. Wyróżniającą się siatkarkę szybko zauważyli działacze z Krakowa. W wieku szesnastu lat Mirek podpisała umowę z Wisłą Kraków i przeniosła się do pierwszoligowej drużyny.
– W pierwszym sezonie w Wiśle nie grałam we wszystkich spotkaniach. Na niektóre jeździłam, na inne nie, grając wówczas z młodszą drużyną. Dopiero pod koniec sezonu zaczęłam grać z dziewczynami już tak na poważnie.
Decyzja o zmianie środowiska i opuszczeniu domu rodzinnego nie była jednak łatwa. Zawodniczka musiała zmienić całe swoje dotychczasowe życie, siatkówka była jednak dla niej najważniejsza i dzięki temu udało jej się przetrwać trudne momenty. - Było mi w tym czasie bardzo ciężko. Pochodzę z Myślenic – to nie jest duże miasto. Wprawdzie nie leży ono daleko od Krakowa, raptem 30 kilometrów, ale mając szesnaście lat wyjechałam z domu, od rodziców. Kraków jest dużym miastem, musiałam zatem przestawić się na inny tryb życia, od razu nauczyć się samodzielności. Do wszystkiego można się jednak przyzwyczaić, więc jakoś sobie poradziłam.
Swój drugi sezon w Wiśle Joanna wspomina bardzo dobrze - Na początku kolejnego sezonu miałam duże szczęście. W tym czasie nastąpiły przebudowy w zespole i w wieku siedemnastu lat grałam już w pierwszej lidze w podstawowym składzie. To bardzo pozytywnie odbiło się na mojej dalszej karierze. Wtedy moim trenerem był Ryszard Litwin, który obdarzył mnie sporym kredytem zaufania, pozwalając tak młodej dziewczynie grać. Nie ukrywam, że musiałam pokazać na treningach, że na taki zaszczyt zasługuję. Siedemnastolatka w podstawowym składzie pierwszoligowego zespołu to niecodzienne zjawisko. Tylko zawodniczka o nieprzeciętnych umiejętnościach jak Joanna Mirek była w stanie podołać takiemu wyzwaniu.
W Andrychowie trafiła na ś.p. Huberta Wagnera
Po czterech sezonach spędzonych w mieście królów siatkarka przeniosła się do Dick Blacku Andrychów, gdzie trafiła na legendarnego trenera Wagnera, który był klasą samą w sobie. Stykając się z legendą polskiej siatkówki od razu zdobyła wicemistrzostwo kraju. - Na początku prowadził nas trener Matlak. W połowie sezonu jednak odszedł od nas i wówczas został zatrudniony trener Hubert Wagner. W moim odczuciu był to rewelacyjny fachowiec. Nauczyłam się od niego bardzo wiele i naprawdę chylę przed nim czoła.
Kolejnym klubem Mirek była Stal Mielec. Tam ze środkowej stała się skrzydłową. - W Mielcu grałam dwa lata. Tam trener Murdza przestawił mnie ze środka na skrzydło i zaczęłam swoją karierę jako skrzydłowa z tym, że wówczas grałam jeszcze na prawym skrzydle. Na lewym ataku zaczęłam grać dopiero wtedy, gdy przeszłam z Mielca do Piły (gdzie zresztą zdobyłam dwa złote medale i Puchar Polski).
Siatkarka zdobyła wówczas doświadczenie, dzięki któremu stała się zawodniczką kompletną. Została także zauważona przez działaczy najlepszej ligi świata, co było ogromnym wyróżnieniem.
Krótki epizod w lidze włoskiej
Nasza bohaterka przez pewien czas występowała na parkietach ligi włoskiej. Dla większości graczy możliwość pokazania się w Italii jest spełnieniem marzeń. Mirek jednak nie wspomina tego okresu najlepiej. Moment, który wybrała na grę we Florencji, nie okazał się najszczęśliwszy - W trakcie występów w Pile wyjechałam na cztery miesiące do Włoch. Był to felerny wyjazd, bo w połowie sezonu splajtował nam sponsor, a klub w ogóle został rozwiązany. Udało jej się jednak na czas wrócić do kraju i podpisać umowę z Piłą. - Miałam duże szczęście, że trafiłam w kalendarz naszych ligowych rozgrywek. Zdążyłam jeszcze przyjechać do Polski i podpisać kontrakt. Chyba do 31 stycznia można było zmienić klub i ja dokładnie 31 podpisywałam z powrotem umowę z Piłą. Okres grania we Włoszech to bez wątpienia krótki i nieudany epizod.
Sezony 2004/2005 i 2005/2006 zawodniczka spędziła w Muszyniance Muszyna. Wróciła do gry po kontuzji i widać było, że jest rządna występów. Wracała do bardzo wysokiej dyspozycji, pomagając swojej drużynie zdobywać najwyższe laury. - Po kontuzji trafiłam do Muszynianki. Średnio nam się grało i w efekcie zajęłyśmy ósme miejsce, ale w następnym sezonie zdobyłyśmy tytuł mistrza Polski. To była duża niespodzianka dla wszystkich, bo play offy zaczęłyśmy z piątego miejsca, a skończyłyśmy ten sezon jako mistrz. Dla tego klubu był to największy sukces w historii, oczywiście hucznie świętowany.
Sezon spędzony w Rosji
Kolejny rok Asia spędziła w Rosji. Dlaczego akurat ten kraj? - Nie wybrałam Italii, bo wspomnienia, które pozostały mi po wyjeździe do Florencji, nie były zbyt przyjemne. Byłam przekonana, że nie jest mi dane grać w tym kraju. Dostałam bardzo fajną propozycję z naprawdę silnej ligi rosyjskiej, gdzie mogłam się sporo nauczyć. Rozgrywki w tym kraju stoją na coraz wyższym poziomie i coraz więcej dobrych siatkarek wyjeżdża w tamtym kierunku. Ja osobiście jestem bardzo zadowolona z pobytu w Rosji, dzięki któremu zdobyłam nowe, ciekawe doświadczenia.
Wyjazd do Rosji był dla bardzo rodzinnej osoby, jaką niewątpliwie jest Joanna Mirek, wyjątkowo ciężkim przeżyciem. - Jestem osobą, której ciężko jest wyjeżdżać. Praktycznie całą swoją karierę spędziłam w Polsce. Krótki wyjazd do Włoch, jeden sezon w Rosji, to nie jest dużo. Niektórzy zawodnicy czy zawodniczki wyjeżdżają i już zostają za granicą. Mnie strasznie ciągnie z powrotem do domu, do Polski. Tutaj mam całą rodzinę i nie chcę być daleko od nich, bo naprawdę za nimi tęsknię. Wyjazd do Rosji był dla mnie o tyle ciężki, że pierwszy raz w życiu spędzałam święta poza domem. Tam kalendarz wygląda inaczej, nie pozwala na to, żeby przyjechać do kraju na Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Było to dla mnie trudne przeżycie. Na szczęście byłam tam z mężem, więc podtrzymywaliśmy się nawzajem na duchu. Była ze mną w klubie jeszcze Agata Karczmarzewska - Pura z mężem, więc wszystkie takie uroczystości spędzaliśmy we czwórkę. Jestem z natury bardzo rodzinną osobą, dlatego wolę grać w Polsce i mieć obok siebie swoich bliskich niż wyjeżdżać za granicę i się męczyć.
Sam pobyt w Rosji niczym szczególnym jej nie zaskoczył. - Byłam przygotowana na ten wyjazd, rozmawiałam z Agatą, która już wcześniej grała w klubie Tulica Tułamasz Tuła. Mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Asia nie miała też większych problemów z komunikacją, gdyż nie był to jej pierwszy kontakt z językiem. - Rosyjski miałam w podstawówce, więc tragedii nie było. Ja jestem z tego rocznika, który jeszcze język rosyjski miał obowiązkowo w szkole (śmiech). Jedyną rzeczą, która ją naprawdę zszokowała była bieda panująca w niektórych częściach Rosji. - W trakcie wyjazdów ligowych jeździłyśmy po całej Rosji. Zobaczyłam cały kraj, nie tylko Moskwę, która jest naprawdę pięknym i pełnym przepychu miastem. Zaskoczyła mnie natomiast ta prawdziwa Rosja, z jednej strony wystawna i bogata, z drugiej pełna nędzy i naprawdę strasznej biedy. Są tam takie miejsca, których nie spodziewałabym się zobaczyć. Gdybym ich nie widziała, pewnie bym nie uwierzyła, że w ogóle istnieją.
Słynna rosyjska zima okazała się dla polskiej siatkarki wyjątkowo łaskawa, więc nie odczuła na własnej skórze prawdziwych rosyjskich mrozów. - Miałam to szczęście, że w trakcie mojego pobytu zima była łagodna. Była to mniej więcej taka zima jak w zeszłym roku u nas w Polsce. Duże mrozy trwały może tydzień, ale w zasadzie też nie były to bardzo niskie temperatury, dlatego akurat mnie rosyjska sroga zima oszczędziła.
W samym systemie treningowym jedyną ważną różnicą, jaką zaobserwowała, było podejście do siłowni, która nie była traktowana jako szczególnie ważny element. - Sam system treningowy zależy nie tyle od kraju, ile od trenera, na jakiego się trafi. Jedyna zasadnicza różnica polegała na tym, że w Polsce normalnie w sezonie mamy siłownię. Jest to stały i bardzo ważny element przynajmniej dla mnie. Tam siłownia była swoistym złem koniecznym. Trener na siłownię w ogóle nie przychodził. Każda dziewczyna robiła, co chciała. W moim zespole było bardzo dużo młodych dziewczyn i odnosiłam wrażenie, że nie wszystkie wiedziały, co mają tam w ogóle robić. One uważały, że siłownia nie jest im w zasadzie do niczego potrzebna. Natomiast ja, dzięki temu, że wyniosłam już jakieś doświadczenie z reprezentacji i klubów radziłam sobie sama.
Po powrocie do kraju postanowiła ponownie związać się z Muszynianką Muszyna. - Byłam umówiona z panią trener, że do Rosji jadę tylko na rok i wracam do klubu. Pierwsze rozmowy przeprowadziłam więc właśnie z Muszyną, ponieważ generalnie chciałam wrócić do Muszynianki. Mam stąd blisko do domu, jestem bardzo zadowolona ze współpracy z trenerem, czuje się tutaj dobrze. Bardzo lubię Krynicę, w której mieszkam, Muszynę także. Ludzie darzą nas dużą sympatią. Wracając do Polski wiedziałam, że chcę wrócić właśnie tu.
Dzisiaj jest jedną z czołowych zawodniczek tej drużyny, która ma duże szanse na walkę o najwyższe trofea.
W reprezentacjach młodzieżowych
Zawodniczka bardzo dobrze znana z występów w seniorskiej reprezentacji grała z orzełkiem na piersi już dużo wcześniej. Mimo, iż nie uczęszczała do Szkoły Mistrzostwa Sportowego, udało jej się wywrzeć pozytywne wrażenie na ówczesnych szkoleniowcach. Była właściwie siatkarką znikąd, jednak jej talent był na tyle duży, że dostała szansę występów ze starszymi dziewczynami. Udaje się to jedynie wybitnym jednostkom. - W zgrupowaniach reprezentacji biorę udział od szesnastego roku życia. Jestem takim dziwnym rocznikiem, kiedy nie było reprezentacji mojej grupy wiekowej. Nasz rocznik został jakoś dziwnie pominięty. Dlatego musiałam jeździć ze starszymi dziewczynami. Wraz ze mną grały Jola Kosmol-Studzienna, Ewa Chrostek, więc nie było nas dużo. Uczestniczyłam też w juniorskich zgrupowaniach. Nie odniosłyśmy jednak znaczących sukcesów. Byłyśmy i na mistrzostwach Europy i dwukrotnie na mistrzostwach świata, ale zawsze zajmowałyśmy miejsca poza podium.
Zawodniczka nie pamięta swojego pierwszego meczu w kadrze narodowej, zapamiętała natomiast pierwszy obóz reprezentacyjny, w którym uczestniczyła jako szesnastoletnia dziewczyna. Był to obóz przygotowawczy reprezentacji kadetek w Iławie - Prowadzili go trenerzy Niziński i Binkiewicz. Brała w nim udział szeroka kadra - pięćdziesiąt cztery dziewczyny. Byłam tam jedną z młodszych zawodniczek, i być może dlatego tak bardzo się bałam. Na początku nikogo nie znałam, na szczęście od razu zaprzyjaźniłam się z Jolą Studzienną, zresztą nasza przyjaźń trwa do dziś. Całe życie jeździłyśmy razem na reprezentację, zawsze mieszkałyśmy razem w pokoju.
Pechowy 2003 rok
Tuż przed mistrzostwami Europy, gdy kadrę objął trener Niemczyk, Joanna była w szczytowej formie. Najpierw wywalczyła sobie miejsce w wyjściowej szóstce, później pojechała na mistrzostwa i tam spotkało ją prawdziwe nieszczęście. - Jeśli chodzi o moją karierę sportową, był to dla mnie najgorszy moment, najgorsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać. Pojechałam na zgrupowanie do trenera Niemczyka po rocznej, a może nawet dwuletniej przerwie, kiedy nie jeździłam na zgrupowania do trenera Krzyżanowskiego.
Zawodniczka wahała się, czy przyjąć powołanie czy też nie. Trener Andrzej Niemczyk był jednak bardzo ciekawą postacią. W kraju był właściwie nieznany. Przyjechał z zagranicy i niespodziewanie objął kadrę. - W zasadzie nie wiedziałam, czy chcę wrócić do reprezentacji czy nie. Kiedy dostałam powołanie, postanowiłam spróbować. Przyjechał nowy człowiek, który wrócił dopiero do kraju, warto więc było zobaczyć, czy faktycznie jest takim dobrym szkoleniowcem jak mówiono. Dziś bardzo się cieszę, że podjęłam wtedy taką decyzję, choć musiałam walczyć o miejsce w reprezentacji. Szkoleniowiec stworzył zupełnie nową drużynę, w której nie było miejsca na układy. Grały dziewczyny, które w tym momencie były w najwyższej dyspozycji i pasowały do wizji Niemczyka. Jedną z tych zawodniczek została właśnie Joanna Mirek. - Trener Niemczyk mnie nie znał, nie miał okazji wcześniej mnie widzieć. Musiałam sobie sama wszystko wypracować na miejscu.
Wszystko szło po myśli zawodniczki. Przekonała do siebie trenera, wywalczyła miejsce w podstawowym składzie, miała ogromną szansę pokazać się szerszej publiczności. - Przed kontuzją Joasia była naszą najlepiej punktująca zawodniczką – ocenił trener Niemczyk. To, co przytrafiło jej się na rozgrzewce przed pierwszym spotkaniem, było prawdziwą siatkarską tragedią. Asia zerwała wiązadła krzyżowe i zamiast na boisko trafiła do szpitala. - Wyjazd na mistrzostwa był dla mnie naprawdę pechowy. Byłam zawodniczką szóstkową aż do samych mistrzostw Europy. No i niestety dla mnie mistrzostwa skończyły się na rozgrzewce przed pierwszym meczem. Nie zdążyłam rozegrać ani jednego meczu. Większość spotkań nawet nie tyle oglądałam w telewizji, co słuchałam w radio.
Podopieczne trenera Niemczyka w tym czasie odnosiły historyczny sukces. Po zaledwie kilkumiesięcznych treningach szkoleniowcowi udało się stworzyć kolektyw. Siatkarki szły przez turniej jak burza. Walczyły wówczas o największy w karierze sukces, a ich koleżanka walczyła z bólem. - Gdy dziewczyny rozgrywały pierwsze mecze, ja leżałam w szpitalu w Turcji, później wróciłam do kraju na cztery czy pięć dni i od razu jechałam do Insbrucka do Austrii na operację.
Mecz półfinałowy był prawdziwym horrorem. „Biało-czerwonym” udało się jednak niespodziewanie pokonać Niemki po pięciosetowym pojedynku. W finale pozostało zmierzyć się z Turczynkami. Asia była niepocieszona, nie mogąc pomagać swoim koleżankom w zdobywaniu wymarzonego tytułu. - Transmisji meczu finałowego słuchałam w drodze na operację. Wtedy właśnie dziewczyny wygrywały mecz i zdobywały medal. Pamiętam, że płakałam całą drogę z Myślenic do Insbrucka. Dziewczyny przywiozły mi medal do kraju. Odbierałam go na spotkaniu z prezydentem.
Jej rehabilitacja trwała bardzo długo, bo aż jedenaście miesięcy. W tym czasie była już bliska rezygnacji z uprawiania sportu. - Miałam cały sezon z głowy i miałam kilka chwil załamania. Twierdziłam, że już nie dam rady, że już nie będę grała, bo nie mam siły się rehabilitować. Na początku rehabilitacja szła mi bardzo szybko i sprawnie. Po dwóch miesiącach miałam już 90 stopni zgięcia w kolanie. Wydawało się, że za cztery miesiące będę już grała. Przez kolejne trzy miesiące nie było jednak żadnego postępu. Wszystko stanęło w miejscu. Noga bardzo mnie bolała, nie byłam w stanie ćwiczyć. Moja pierwsza rehabilitacja miała miejsce w Insbrucku. Lekarz wysłał mnie na dwa tygodnie do domu, żebym odpoczęła. Generalnie te 90 stopni przeszłam nawet nie wiem kiedy, będąc po prostu w normalnym trybie codziennego życia. Nie wykonywałam żadnych specjalnych ćwiczeń. Myślę, że duże znaczenie miało to, że wówczas odpoczęłam psychicznie. Później rehabilitacja toczyła się już dobrze, choć nie tak szybko jak na samym początku. Cały czas ćwiczyłam, widać było postępy, ale następowały bardzo wolno. Z perspektywy czasu jestem zadowolona z tego, że trwało to tak długo, bo porządnie wyleczyłam kolano i odpukać… Służy mi do tej pory.
Sztab szkoleniowy z trenerem Niemczykiem na czele nie zapomniał jednak o swojej podopiecznej, nawet wtedy, gdy przebywała poza siatkarskimi parkietami. - Byłoby niesprawiedliwe nie doprowadzenie jej po kontuzji do gry, do dobrej dyspozycji. Trzeba było zrobić dla niej wszystko, co najlepsze. Dziewczyna doznała kontuzji w momencie, kiedy była postacią kluczową w zespole – skromnie ocenia swój wkład w powrót do zdrowia zawodniczki trener Niemczyk. Sama siatkarka jednak do dziś pamięta, co dla niej zrobił. - Trener Niemczyk naprawdę bardzo mi pomógł. Gdy wróciłam po kontuzji, nie nadawałam się jeszcze do grania. On wziął mnie z powrotem do reprezentacji, pomagał przełamywać mi barierę psychiczną. Powiem szczerze, nie wiem czy samej udałoby mi się to osiągnąć. Miałam podczas zgrupowania kadry indywidualne treningi, które pomogły mi przełamać lęk przed skakaniem, przed rzutem, obawy przed tym, że z kolanem znów coś będzie nie tak. Jestem trenerowi za to wdzięczna do dziś.
Mimo iż kontuzji doznała już ładnych kilka lat temu, kolano do dziś o sobie przypomina. - Kolano daje o sobie znać cały czas. Są momenty, kiedy puchnie i boli. Ale nauczyłam się z tym żyć. Wiem, kiedy i jak się zachowuje, zdaję sobie sprawę z tego, że nie wytrzymuje pewnych obciążeń. Ale dziś wiem już, jak właściwie trenować, tak, by nie nabawić się kolejnej kontuzji.
Zagrzeb 2005
Po powrocie do gry ponownie dostała powołanie do drużyny trenera Niemczyka. „Złotka” jechały do Zagrzebia, by bronić tytułu mistrzowskiego. Niewiele osób pokładało w nich nadzieje. Panowało przekonanie, że medal w Ankarze był tylko przypadkiem, że siatkarki nie są w stanie powtórzyć tego wyczynu. Joanna Mirek tym razem nie była zawodniczką podstawowego składu, występowała jako zmienniczka. - W 2005 roku ponownie dostałam powołanie do kadry. Nie grałam już wtedy w podstawowej „szóstce”, ale byłam tą siódmą zawodniczką, która wchodziła w najcięższych sytuacjach. Trener obdarzył mnie dużym zaufaniem, powierzając mi rolę kogoś, kto potrafi wejść w trudnych momentach na boisko i czasem odwrócić losy spotkania. Musiałam nauczyć się takiej roli. Nie jest proste z zawodniczki szóstkowej przestawić się na taką, która stoi i patrzy z boku, wchodząc tylko w ważnych momentach, by zrobić coś dobrego i pożytecznego. Cieszę się jednak, że zdołałam sprostać wymaganiom postawionym mi przez trenera. Jak się okazało ,warto było się starać, bo praca wszystkich dziewczyn zaprocentowała kolejnym medalem.
Mimo iż Joanna Mirek była swoistą debiutantką na tak ważnej imprezie, nie odczuwała dużej presji. – Nie patrzyłam na to w ten sposób. Strasznie cieszyłam się, gdy skończył się pierwszy mecz. Tak podświadomie coś wtedy ze mnie spłynęło. Już wtedy inaczej, luźniej się czułam. Traumatyczne przeżycie, które miało miejsce w Ankarze pozostawiło ślad w jej psychice do dziś. - Bardzo bałam się pierwszej rozgrzewki. Zresztą do dzisiaj zostało mi to, że na przedmeczowej rozgrzewce nigdy nie atakuję jako ostatnia. To kolano skręciłam sobie w ten sposób, że już zespół holenderski był na zagrywce, podobnie nasze wszystkie dziewczyny. Ja stwierdziłam, że ostatni raz zaatakuję. Iza wystawiła mi piłkę, byłam ostatnią zawodniczką, która atakowała i wówczas doznałam tej kontuzji kolana. Na zagrywkę zawsze przechodzę jako pierwsza.
Na mistrzostwach Europy w Chorwacji były dwa momenty, które pamięta do dziś. Spotkanie przeciwko Rumuni i półfinałowy mecz z Rosją. - Najtrudniejszym spotkaniem dla naszego zespołu był półfinałowy mecz z Rosją, który wygrałyśmy 3:2. Zarówno nasza drużyna jak i zespół rosyjski miał wówczas zastrzeżenia do pracy sędziów. Było to bez wątpienia najbardziej emocjonujące spotkanie. Pozostał mi w pamięci też mecz, kiedy grałyśmy z Rumunią. Pamiętam, że wówczas zaserwowałam jedenaście razy z rzędu.
Moment, w którym siatkarka odbierała złoty medal mistrzostw Europy, był dla niej niesamowitym przeżyciem, swoistym zwieńczeniem ciężkiej pracy i wszystkich potów wylanych na treningach. – Marzeniem każdego sportowca jest móc stanąć na podium. Po to trenujemy cały sezon i dlatego w takich chwilach od razu łzy cisną się do oczu. Słuchać hymnu i patrzeć jak flaga idzie do góry, to naprawdę piękne uczucie. Cała ciężka praca, którą wykonujemy przez cały rok, służy temu, by przeżyć taki moment.
Gdy zdawało się, że „Złotka” są na fali, że teraz będą wygrywać już wszystko, przyszła chwila załamania. Najpierw nieudany turniej Wielkich Mistrzyń, później nie najlepszy sezon 2006, kiedy reprezentantki Polski przegrały wszystko, co było do przegrania, a pracę stracił trener Niemczyk. - Pojechałyśmy na ten turniej i nie byłyśmy w wielkiej formie. Po prostu nie wyszła nam ta impreza. Rok 2006 podobnie jak większość moich reprezentacyjnych koleżanek wolałabym wymazać z pamięci. Nie warto już teraz do tego wracać.
W kadrze Marco Bonitty
Gdy kadrę przejął trener Marco Bonitta, siatkarka przebywała w Rosji. Samo wydarzenie nie wywarło nie niej wielkiego wrażenia. - Nigdy wcześniej nie miałam możliwości współpracy z trenerem Bonittą. Znałam go stąd, że był trenerem reprezentacji Włoch. Słyszałam o nim, że jest bardzo ostry i trzyma w zespole zupełnie inną dyscyplinę niż ta, do której byłyśmy przyzwyczajone do tej pory. Trener Niemczyk miał inne podejście do spraw dyscypliny w zespole. Wiedziałam, że będzie to całkiem inna reprezentacja. Siedziałam spokojnie w Rosji i czekałam na przebieg wydarzeń.
Same treningi nie były dla niej dużym zaskoczeniem. Trener Bonitta wprowadził tzw. system włoski, z którym siatkarka zetknęła się już w czasie występów we Florencji. - Dojechałam do dziewczyn trochę później, nie byłam na zgrupowaniu od samego początku. Była to już wtedy tylko siłownia i hala, bez innych zajęć np. na stadionie. Jakoś specjalnie nie zaskoczyły mnie te treningi. Oczywiście widać było, że inny człowiek przygotowuje zakres siłowy, a wokół niego jest bardzo dużo ludzi mu towarzyszących. Wcześniej u nas czegoś takiego nie było.
Joanna Mirek zupełnie nie spodziewała się powołania do kadry. Gdy pozostałe reprezentantki rozpoczęły zgrupowanie, ona spokojnie przygotowywała się w klubie do sezonu ligowego. - Przed tegorocznymi mistrzostwami Europy miałam zupełnie inny tryb przygotowań. Nie wiedziałam, że dostanę to powołanie. Przygotowywałam się w klubie do ligi, która miała się rozpocząć dużo później. Swój etap treningów musiałam więc bardzo przyspieszyć. Jadąc na kadrę miałam zacząć grać od razu, dlatego wszystko przebiegło w naprawdę ekspresowym tempie.
Przed samym wyjazdem zawodniczka nabawiła się kontuzji pleców. Nie mogła więc pomóc swoim koleżankom w pełnym wymiarze. - Przez cztery dni byłam wykluczona z ataku. Mogłam tylko wchodzić na przyjęcie. Nie była to na szczęście bardzo poważna kontuzja. Pod koniec mistrzostw już spokojnie mogłam grać.
„Biało-czerwone” szły przez cały turniej jak burza i były nie do zatrzymania. Dopiero w półfinale Serbki napsuły im sporo krwi. Reprezentantki Polski przegrały mecz półfinałowy, a także walkę o brązowy medal z Rosją. Oba spotkania siatkarki mogły wygrać. Zabrakło im jednak postawienia przysłowiowej kropki nad „i”. - Bardzo ciężko mi powiedzieć, co wtedy zawiodło. Wiedziałam, że mecz z Serbią będzie bardzo ciężki. Z tego względu, że bardzo dobrze zagrałyśmy z nimi w grupie, byłyśmy chyba trochę zbyt pewne, że z nimi wygramy. One przed tym meczem bardzo się zmobilizowały. Coś z nas wtedy uszło i nie udało nam się wygrać dwóch ostatnich spotkań. Ja do tej pory bardzo tego żałuję, bo miałyśmy duże szanse by znaleźć się w strefie medalowej, mieć kolejny medal mistrzostw Europy. A tak, przeleciał nam koło nosa. Takie jest jednak życie sportowca. Nie zawsze się wygrywa, ktoś musi przegrywać. Nam akurat te mistrzostwa nie wyszły do końca tak jak powinny.
To już jednak przeszłość, teraz Mirek ma duże szanse na powołanie na turniej kwalifikacyjny do igrzysk olimpijskich i same igrzyska. Jedynym warunkiem jest osiągnięcie przez nią optymalnej formy. - Jej obecność w kadrze jest na pewno kwestią wytrenowania i osiągnięcia odpowiednio wysokiej formy. To, co aktualnie prezentuje, nie jest jeszcze pełnią jej możliwości. Ona musi jeszcze ciężej trenować. Aśka jest typem siatkarki, który potrzebuje ostrego treningu– ocenia były szkoleniowiec reprezentacji Polski – Andrzej Niemczyk.
Prywatnie
Za swój największy sportowy sukces uważa medal mistrzostw Europy. Prywatnie najbardziej cieszy się z tego, że ma szczęśliwą rodzinę. Poza tym, że aktualnie kończy studia, ostatnio odkryła w sobie nową pasję. - Bardzo mi się podobają motory, choć nie mogę na nich jeździć w czasie sezonu, nad czym bardzo ubolewam. Mamy z mężem w domu Hondę VTX 1800. To jest duży motor, który prowadzi mój mąż. Ja mam zamiar sprawić sobie w przyszłości trochę mniejszy, ale jeszcze nie wiem jaki.
Jakie są największe marzenia dwukrotnej złotej medalistki mistrzostw Europy? - Moim największym marzeniem jest medal olimpijski. Mam nadzieję, że uda mi się je zrealizować. W życiu codziennym chciałabym być po prostu szczęśliwa. Chciałabym skończyć studia i żyć tak jak żyję teraz, bo jestem bardzo zadowolona ze swojego życia.
Joanna Mirek od ośmiu lat jest mężatką. Swojego męża poznała przez kolegę z podstawówki – Fryderyka. - Z mężem Maćkiem poznaliśmy się w restauracji przez znajomych. On powoli poznawał, jak wygląda moje życie i je zaakceptował, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Wiem, że nie jest to łatwe. Jesteśmy małżeństwem już osiem lat i wiecznie mnie nie ma w domu. Do tego na pewno trzeba się przyzwyczaić.
Jak postrzegają ją inni? Dla koleżanek jest sympatyczną, uczynną, pełną poczucia humoru dziewczyną. Jako zawodniczka wyróżnia się wolą walki i pewnością siebie.- Na boisku dysponuje niesamowitą energią: pokrzykuje, pobudza nas do walki – charakteryzuje swoją koleżankę z drużyny Sylwia Pycia. Joanna Mirek jest osobą bardzo ambitną. Trener Niemczyk mówi o niej: Ma swoje cele w życiu i konsekwentnie je realizuje. Jest dojrzała, ma poukładane w głowie. Ma poważne plany i cele do osiągnięcia.
Sama o sobie mówi, że nie jest spokojnym człowiekiem. Należy raczej do osób energicznych. - Jestem osobą bardzo żywiołową. Emocjonalnie reaguję na różnego rodzaju sytuacje. Jestem dosyć głośna na boisku, bardzo angażuję się w to, co robię. Jeśli już coś robię, to staram się robić to całym sercem, na sto procent swoich możliwości. Poza boiskiem na pewno już nie jestem taka hałaśliwa, aczkolwiek zupełnie cichą i spokojną osobą na pewno nie jestem. To nie leży w mojej naturze. Gdy nie wiem jak nad czymś zapanować i coś bardzo mocno mnie denerwuje, wypłakuję się mojemu mężowi, opowiadam mu wszystko bardzo szczegółowo.
Nie ulega wątpliwości, że Joanna Mirek jest siatkarką perspektywiczną. Jest nie tylko jedną z najlepiej punktujących zawodniczek w historii reprezentacji siatkarek, ale przede wszystkim jest osobą waleczną, która mimo przeciwności losu jest w stanie podnieść się i wrócić do gry. Dużo już za nią, ale też dużo jeszcze przed. Niezależnie od tego czy pojedzie na Igrzyska Olimpijskie, już zapisała się na kartach siatkarskiej historii jako podwójna złota medalistka mistrzostw Europy.
Autor:
Renata Respondek, Reprezentacja.net, (marzec 2008)
--------------------
źródło: reprezentacja.net
autor: Renata Respondek
Do wiadomości napisano 5 komentarzy
Znasz Macromedia Flash?
To ogłoszenie dla Ciebie!