1. Brazylia
2. Włochy
3. USA
4. Kuba
5. Chiny
6. Serbia
7. Japonia
8. Rosja
9. Polska
10. Korea
seniorki 06.06.2008 11:12:47

- Staram się żyć każdym dniem, cieszyć się tym, co przynosi. Myśleć o tym, co dobre, a nie złe. Bo tak jest łatwiej. Nie przejmować się tym, co było, ani tym co mnie jeszcze czeka. Wiadomo, że to nie jest proste. Ale nie wybiegam daleko w przyszłość, najdalej o dzień, dwa. Żyję chwilą. Dużo przeszłam i to mnie nauczyło, że nie warto wszystkiego planować. Życie i tak pisze swój własny scenariusz...
To, że Agata Mróz w przyszłości zawodowo zajmie się sportem, wiadomo było już wówczas, gdy była małą dziewczynką. - Moi rodzice byli związani ze sportem. Tata grał w kosza, mama w siatkę. Moje życie było przesiąknięte sportem. Nawet mimowolnie byłam z nim związana. Rozmowy w domu często dotyczyły sportu, jeszcze jak byłam mała. Pamiętam treningi taty. Opowieści z meczów – wspomina. Podkreśla też, że dla osób takich jak ona, z mniejszego miasta, sport był sposobem na zabijanie czasu.
- W Tarnowie rozrywką było np. chodzenie na mecze. Innych atrakcji brakowało. Koszykówka była wtedy na dobrym poziomie, mój chrzestny trenował koszykarzy, ja też sama grywałam. Można powiedzieć, że wychowałam się „na sali”. Koszykarką nie została pomimo dobrych predyspozycji fizycznych i tradycji rodzinnych. – Chyba przerażało mnie jednak to, że to bardzo kontaktowy sport. Poza tym koleżanka zaciągnęła mnie na pierwszy trening siatkarski i tak się to zaczęło. Spodobało mi się i chciałam dalej grać.
Talent Agaty rozwijał się bardzo szybko. Zauważona została jako 15 latka. Zaproponowano jej naukę w sosnowieckim SMS-sie, zdobywała medale na imprezach rangi mistrzowskiej. Wszystko układało się dobrze. Aż do momentu, kiedy skończyła 17 lat i dowiedziała się, że jest poważnie chora. Dla młodej dziewczyny, która niebawem miała zdawać maturę, jechać na mistrzostwa świata juniorek, próbować swoich sił w dorosłej siatkówce, to był szok. - Trudno było mi się z tym pogodzić. Nie wiedziałam, na czym ta choroba polega. Miałam swoje plany na przyszłość, które nagle musiałam zmienić. Wszystko świetnie się układało, aż tu nagle poczułam się tak, jakbym dostała cios nożem w plecy. Nie miałam jeszcze 18 lat, kiedy to się zaczęło. Brałam udział w przygotowaniach, trenowałam przez kilka miesięcy, ale po ukończeniu trzeciej klasy musiałam odejść z SMS-u. Z dnia na dzień trzeba było zmienić szkolę. Nie wiedziałam, co będzie dalej... Na szczęście życie tak się potoczyło, że dostałam drugą szansę, udało mi się.
Pozostało rozstrzygnąć, co dalej robić ze swoim życiem. Żyć spokojnie i dbać o zdrowie, czy dalej uprawiać sport? - Tata bardzo mnie namawiał, mówił, żebym spróbowała. Nieważne na jakim poziomie miałabym grać. Choćby tak dla siebie, dla własnej satysfakcji, nie myśląc o tym, jak to się potoczy później. Zresztą uważałam wtedy, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, byłam sceptycznie nastawiona – opowiada.
Początki
Agata Mróz swoje pierwsze kroki na siatkarskich parkietach stawiała pod okiem pani Małgorzaty Podstawskiej w klubie Tarnovia. - Zaczęłam w wieku 13 lat. Do tej pory mam kontakt z tamtym klubem, trenerką, która teraz jest moją koleżanką. Ona sama grała kiedyś z moją mamą w jednej drużynie, a później zajęła się trenowaniem młodzieży. Kiedy jestem w Tarnowie, to ją odwiedzam. Spotykam się z dziewczynami, które tam obecnie grają, czasami nawet prowadzę z nimi trening. Staram się podtrzymywać kontakt i być na bieżąco – wspomina.
Dwa lata później trafiła do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Sosnowcu. Jak do tego doszło?
- Do tej pory są rozgrywane turnieje makroregionu. Nie wiem jak to teraz wygląda, bo kiedy ja grałam było przecież więcej województw i zasady były inne niż teraz. Mój region, Małopolska, zbierał najlepsze zawodniczki z okolicy. Najpierw poprzez mniejsze turnieje, z których najlepszy klub jechał na Turniej Nadziei Olimpijskich. Właśnie z tamtego turnieju wybrano kilka dziewczyn, na zgrupowanie i obóz. Po takiej selekcji została nas dziesiątka. Później było nas już tylko osiem.
Odkąd pamięta, była ustawiana na środku bloku.
- Od razu, jak przyszłam do SMS-u trenerzy ustawili mnie na środku, pewnie ze względu na wzrost. Powiedzieli, że tu będę najlepsza, a ja tego nie kwestionowałam (śmiech). Zresztą, byłam młoda i nie przyszło mi nawet do głowy, żeby w ogóle na ten temat dyskutować. Chociaż był moment, zaraz po powrocie, że grałam na lewym skrzydle.
Z Tarnowa do Sosnowca
Agata Mróz nie wahała się ani minuty po otrzymaniu propozycji przeniesienia się do Sosnowca i rozpoczęcia nauki w tamtejszym liceum. - Chciałam się wyrwać z mojego miasta. Tarnów to mała miejscowość, niewielkie perspektywy. Musiałam spróbować. Gdybym nie pojechała, jestem pewna, że później już bym nigdy nie grała. Może najwyżej na poziomie amatorskim, nie wyżej. Gorzej było
z przekonaniem mamy, wspomina Agata: - Ja byłam pewna. Powiedziałam: mamo, jadę…i pojechałam. Chociaż ona nie była zachwycona, ale później razem z tatą bardzo mnie wspierali.
Agata nie ukrywa, że początki wcale nie należały do najłatwiejszych.
- Bywało ciężko. Miałam dopiero 15 lat, 200 km od domu, rodziców, byłam zupełnie sama. Wiadomo, rodzice pomagali, a szkoła zapewniała nam wszystko. Mieszkanie w internacie, wyżywienie. Niczego nie brakowało.
Przyzwyczaiła się do warunków panujących w Sosnowcu, a że chęci do nauki i motywacji do gry jej nie brakowało, stopniowo zaczęły pojawiać się pierwsze sukcesy.
– Kiedy tam przyszłam, nie umiałam grać w siatkówkę. Idąc do SMS-u znałam jakieś podstawy, ale to wszystko. Trenując pod okiem Andrzeja Pecia, a w reprezentacji kadetek i juniorek pod wodzą trenera Krzyżanowskiego, Agata nauczyła się wszystkiego, co teraz potrafi.
- Tam zaczęłam swoje pierwsze ciężkie, zawodowe treningi. Tam dowiedziałam się, czym tak naprawdę jest siatkówka.
Pod względem sportowym był to dla Agaty dobry czas. - Byłam tam trzy lata. Dużo osiągnęłyśmy jako kadetki. Kiedy zaczęłam grać w podstawowej szóstce, to później już nie schodziłam wcale z boiska. Można powiedzieć, że byłam jednym z filarów drużyny, później zostałam kapitanem. Przyszło mistrzostwo Europy kadetek, czwarte miejsce na mistrzostwach świata. To tam się nauczyłam tak naprawdę grać. To z tą szkołą wiążą się pierwsze wyjazdy zagraniczne, pierwszy lot samolotem, pierwszy ważny turniej. Dużo pozytywnych emocji.
Później przyszły dla Agaty gorsze dni, jednak pobyt w Sosnowcu zawsze będzie wspominała, jako jeden z lepszych okresów w karierze.
Pierwszy z powrotów. Kierunek Ostrowiec i Bielsko – Biała.
Kiedy Agata ze względów zdrowotnych kończyła swoją karierę, nie spodziewała się, że jeszcze wróci na boisko. Trzy lata poza sportem sprawiły, że nie wierzyła już, że jest to możliwe. O tym, że stało się inaczej być może zadecydował upór taty, który zawsze wierzył w swoją córkę. Może mały przypadek, który sprawił, że Mróz pojechała do Ostrowca, w którym ponownie zetknęła się z siatkówką. Trudno powiedzieć. Agata nie wierzy w przeznaczenie, nie uważa, że nasz los zapisany jest gdzieś w gwiazdach. Nie zastanawiała się, dlaczego tak właśnie się stało. Najważniejsza była po prostu siatkówka. - Zaczęłam grać w Ostrowcu Świętokrzyskim, w klubie drugoligowym. Dlaczego? Bo tam występowała moja siostra. Ja do niej często przyjeżdżałam. Na weekendy, w odwiedziny, żeby nie siedzieć w domu. Pamiętam, że w czasie wakacji moja siostra była na jakimś obozie organizowanym przez klub. I ja wtedy zaczęłam tak raz dziennie przychodzić na treningi, odbijać. Miałam już lepsze wyniki, ale nie sądziłam, że mogę kiedyś wrócić do sportu. Wciąż drzemiące w Agacie możliwości szybko dostrzegli tamtejsi trenerzy: Mariusz Rokita i Wojtek Gawron. Uznali, że taka zawodniczka jak Mróz, przydałaby się w zespole. - Trenerzy zaproponowali mi, żebym zaczęła grać. Normalne treningi, dwa, trzy razy w tygodniu. Po rozmowie z lekarzem, który powiedział, że na takich zasadach nie ma przeciwwskazań, postanowiłam spróbować. To było miłe. Wiadomo, że niby liczy się zdrowie, ale jeśli podejmujesz się gry, to masz grać i nikt nie patrzy na resztę. Wkrótce potem pojawiły się propozycje, abym zagrała w innym klubie, ja wybrałam Bielsko. W życiu Agaty znowu wszystko powoli zaczęło się układać. Jak się okazało, rok 2003 był w życiu naszej bohaterki, zarówno tym prywatnym, jak i sportowym, rokiem przełomowym.
– W Bielsku czułam się świetnie, podobało mi się samo miasto, atmosfera wokół siatkówki jest tam bardzo dobra. Ludzie przychylnie patrzą na tę dyscyplinę, która jest tam od lat. Rozpoznawano mnie na ulicy, było tak kameralnie, miło. Tym bardziej, że ja nie lubię dużych miast, zamieszania, ciągłego ruchu. Z tym klubem zdobyłam swoje pierwsze mistrzostwo Polski, Puchar Polski. W następnym sezonie (2004/2005 przyp. red) występowałyśmy w Lidze Mistrzyń, zostałam tam wybrana najlepszą blokującą i prywatnie to był mój wielki sukces. Niestety wtedy w lidze nic nie udało się ugrać, więc pozostał niedosyt.
Reprezentantka Polski
Z satysfakcją, ale wciąż lekką nutką zadziwienia w głosie wspomina: - Nie zagrałam meczu w pierwszej lidze a zostałam powołana do gry w kadrze. Dopiero jak wróciłam z Turcji zagrałam sezon w pierwszej lidze! – mówi. – To był dla mnie ogromny sukces, wielkie wyróżnienie, ale także nie mniejsze zaskoczenie. Dopiero po powrocie z mistrzostw Europy, ze złotym medalem w ręku, Agata rozegrała swój pierwszy sezon w najwyższej klasie rozgrywek. - Tak się to dziwnie ułożyło - uśmiecha się.
Można uznać, iż powołanie do kadry biało – czerwonych było troszkę nietypowe. Jak się później okazało – decyzja selekcjonerów, Krzyżanowskiego oraz Niemczyka, okazały się strzałem w dziesiątkę.
Dwukrotna złota medalistka mistrzostw Europy
Występy Polek na mistrzostwach to zupełnie osobny rozdział. Dla Agaty zwłaszcza ten debiutancki był szczególny - Pierwsze powołanie otrzymałam od Zbigniewa Krzyżanowskiego. On mnie znał jeszcze z czasów kadetek i juniorek, wiedział, na co mnie stać. Powołał mnie zaraz po tym, jak się dowiedział, że wróciłam do sportu. Przyjechał parę razy na mecz, chciał też, żebym grała w Bielsku. I tak po sezonie 2002/2003 zaczęła się moja przygoda z kadrą. Pojawiły się również małe wątpliwości. Zanim Agata przyjechała na swoje pierwsze zgrupowanie, z prowadzenia drużyny narodowej zrezygnował Zbigniew Krzyżanowski. Stanowisko objął Andrzej Niemczyk, a Mróz nie była pewna, czy nowy trener ponowi propozycję swojego poprzednika. - Krzyżanowski zrezygnował, Niemczyk przejął kadrę, a ja go wcale nie znałam. On natomiast nie wiedział, kim ja w ogóle jestem. Ale zadzwonił do mnie, albo ktoś ze sztabu szkoleniowego, nawet teraz dokładnie nie pamiętam jak to było – opowiada ze śmiechem. - Zapytano mnie czy chcę przyjechać, a ja pomyślałam że muszę spróbować, inaczej będę żałować. Zawsze przecież może mnie po trzech dniach wyrzucić i kazać jechać do domu. Zdecydowałam się, i z czasem zaczęłam grać w podstawowym składzie, pojechałam do Turcji. Po takich kłopotach zdrowotnych wydaje się to niemożliwe, a jednak... – życiowy sukces...
Turcja. Wyprawa po złoto.
Zapytana o to, co jej najbardziej utkwiło w pamięci z tych mistrzostw, Agacie trudno było wybrać jedno konkretne wydarzenie. Cały czas podkreślała natomiast, że to zawsze będzie jej największy sukces - Co mi najbardziej utkwiło z tych mistrzostw? Trudno coś wybrać, bo wiele się w tamtym czasie działo. O, może to, jak przechodziłam wspólnie z Anią Podolec trzygodzinny test antydopingowy? Tamte mistrzostwa to mój największy sukces. Przywiozłam złoto z Ankary. Wróciłam po długiej chorobie, nigdy nie przypuszczałam, że w sporcie mogę coś jeszcze osiągnąć. Zaczęłam grać, nagle znalazłam się na mistrzostwach i co najważniejsze grałam w nich i wygrywałam. Szybko się to potoczyło. Mój ogromny sukces nie tylko sportowy, ale też osobisty. Przecież grałam w II lidze, nie spodziewałam się powołania, nie sądziłam, że trener na mnie postawi. Postawi na zawodniczkę, której nie zna... Co jeszcze? Na pewno pierwszy mecz. Na wspomnienie spotkania Bułgaria – Włochy ponownie się ożywia.: – Jezu, no faktycznie. Nie mogłyśmy być na hali w czasie ich meczu, bo nam trener zabronił. Więc w trakcie spotkania byłyśmy na jakiejś bocznej salce, rozgrzewałyśmy się, czekałyśmy na swój mecz. I tak się złożyło, że ludzie z telewizji mieli tam rozłożony swój sprzęt. I w tym był taki mały telewizorek, dosłownie chyba 20/20 centymetrów. My jak tylko go zobaczyłyśmy to zaraz do niego podbiegłyśmy. Część patrzy jaki wynik, część w ogóle nie chce nic wiedzieć. Nagle koniec meczu, my się cieszymy, potem zmiana decyzji, jesteśmy załamane, skrajne emocje, w zasadzie zero rozgrzewki. Ja stałam z boku i tylko mówiłam do siebie: Boże, żeby wygrały, żeby przegrały, żeby się wreszcie skończyło. Tysiąc myśli na sekundę. Na szczęście mecz potoczył się tak jak się potoczył, na naszą korzyć. Tak po prostu miało być (uśmiech). Przypomnijmy, że paradoksalnie, gdyby wynik tego pojedynku zakończył się wygraną siatkarek z Włoch, Polki wróciłyby do kraju bez medalu i nie mielibyśmy naszych „Złotek”.
No a finał? – Zaraz, z kim my grałyśmy? (śmiech). Z Turcją... Pamiętam olbrzymi tumult, gwizdy, hałas, ludzi, którzy jedli, palili papierosy, był straszny zaduch, okropnie gorąco. Ale my „szłyśmy” wtedy na tak wysokiej adrenalinie, że to było poza nami. Nie myślałyśmy o tym, co wokół, liczył się tylko mecz, nic nie mogło nas chyba wtedy zatrzymać... – wspomina.
„Tydzień, który nas odmienił”
Wynik osiągnięty przez trenera Niemczyka i jego dziewczyny był zaskoczeniem nie tylko dla miłośników tej dyscypliny sportu w kraju, ale także w szeregach samych zawodniczek. Jedynym człowiekiem, który sprawiał wrażenie pewnego siebie i spokojnego o końcowy rezultat, był chyba tylko sam trener Andrzej Niemczyk. Słowa Agaty potwierdzają te przypuszczenia.
- Nie spodziewałyśmy się. Nie myślałyśmy, że możemy wygrać. Tym bardziej, że te wszystkie turnieje przed mistrzostwami nam nie wychodziły. Nasza gra nie była spójna, nie grałyśmy po prostu dobrze, nie czułyśmy tego. A tu nagle w Turcji złapałyśmy szczyt formy. Zaczęłyśmy wygrywać. Nasza wiara w siebie rosła z dnia na dzień. Zrozumiałyśmy, że potrafimy, uwierzyłyśmy, że można grać jeszcze lepiej. Kiedy turniej się zaczął, my w jego trakcie zmieniłyśmy swój sposób rozumowania. Ale powiem szczerze, że jechałyśmy na te mistrzostwa z myślą, żeby się po prostu nie skompromitować i pokazać dobrą grę, to co umiemy. Ten tydzień nas odmienił. Trener cały czas nas wspierał – mówi. - Był cały czas pozytywnie nastawiony. Dużo bardziej, niż my same. W czasie turnieju wspierał nas, mobilizował – opowiada Agata. - Przed oczywiście było inaczej, potrafił nas „zjechać” na treningu tak, że długo potem pamiętałyśmy. Tak, że mogłyśmy tylko ze wstydem patrzeć w ziemię. Było ciężko, ćwiczenia intensywne, ale tak musiało być po prostu.
W trakcie mistrzostw stał się takim naszym „kolegą”, pomagał, wierzył. Po każdym meczu zbieraliśmy się razem, szliśmy do restauracji, śmialiśmy się, cieszyliśmy wygraną. Żadnych problemów. Radość z naszego wspólnego sukcesu – wspomina.
Chorwacki sen o kolejnym mistrzowskim tytule
- Tych mistrzostw z tymi poprzednimi nie da się porównać w żaden sposób. Dwie zupełnie inne imprezy. Na pewno było dużo ciężej ten tytuł obronić, niż go wcześniej zdobyć. Poza tym, wydaje mi się, że mistrzostwa w Chorwacji stały na wyższym poziomie. Tym bardziej, że my jako mistrzynie Europy, znalazłyśmy się w centrum uwagi. Każdy zespół specjalnie się mobilizował przed meczem z nami. Każdy chciał nas pokonać. My same czułyśmy większą presję, stres.
W każde spotkanie angażowałyśmy 100% sił. Ale po raz kolejny forma przyszła w tej najważniejszej chwili - cieszy się środkowa naszych Złotek.
A potem było już tylko święto…
… i radość z potwierdzenia swojej dominacji na Starym Kontynencie. Powrót do domu i niezwykle ciepłe przyjęcie kibiców. - Niezapomniane przeżycie. Byłyśmy później u prezydenta, premiera, to było niezwykle miłe. A ten moment przylotu, zaraz na Okęciu – nie do opisania. Nie spodziewałyśmy się tych ludzi na lotnisku, nie wiedziałyśmy, jak nasz sukces odbierają ludzie w Polsce. Owszem, były sms-y od przyjaciół, telefon od rodziców, w którym nam opowiadali, co się dzieje. Ale my tego sobie nie uświadamiałyśmy. Nie miałyśmy pojęcia, że tak nas „pełno” w telewizji, w gazetach, że jest masa transmisji. Po prostu szok. Wychodzisz z odprawy bagażowej, a tu tłum śpiewających, wiwatujących ludzi. Czułam się wspaniale. Kolejne dni były bardzo zakręcone. Tu musiałyśmy być, tam trzeba było się pokazać, tu zaproszenie od prezydenta, tam od kogoś innego, wywiad, sesje. Dopiero w tym tygodniu, powoli zaczął nas opuszczać cały stres, całe napięcie związane z zawodami. Po takim intensywnym tygodniu byłyśmy kompletnie wypompowane. Nie miałyśmy siły na nic. Jedyna potrzeba, jaką wtedy masz to: spać, leżeć, jeść. Ale miałyśmy się wtedy czym chwalić, więc wszystko było nam łatwiej znieść (uśmiech).
Żeńska siatkówka w Polsce
Wielu ze szczerością w głosie przyznaje, że przed wrześniowymi mistrzostwami Europy w Turcji w 2003 roku, nie za dużo wiedziało na temat polskich siatkarek i naszej żeńskiej reprezentacji. Od zawsze kibicowano siatkarzom, na nich skupiało się zainteresowanie kibiców, związku i mediów. Od nich oczekiwano dobrej gry i jeszcze lepszych wyników. Niespodziewanie jednak to właśnie siatkarki, a nie siatkarze osiągnęli największy sukces w historii polskiej siatkówce od wielu, wielu lat. Przed 28 września 2003 roku Agata Mróz i jej koleżanki były jednymi z wielu siatkarek w naszym kraju, pozostawały anonimowe i mało znane. Po 28 września nie tylko zmieniło się ich własne życie, a ich kariery nabrały tempa. Sukces wpłynął na rozwój całej dyscypliny w żeńskim wydaniu. Dla Agaty to najważniejsze konsekwencje wynikające z osiągniętego przez nie wyniku. - My się spodziewałyśmy, że taki sukces jak zdobycie złotego medalu ME nie może przejść bez echa. Coś się musiało zacząć dziać w tej żeńskiej siatkówce.
U nas, wewnątrz kadry, wcale nie zaszły jakieś diametralne zmiany. Ale wokół tak. Było wiele zmian „na plus”. Siatkówka w naszym wykonaniu została w końcu zauważona. Więcej pojawiło się przede wszystkim transmisji w telewizji i z całą pewnością o wiele więcej młodych dziewczyn zachciało uprawiać ten sport, poszło w stronę siatkówki. Pojawiło się ogromne zainteresowanie. Moja koleżanka, która na co dzień trenuje młode siatkarki powiedziała mi, że przyszło nagle do niej dwadzieścia dziewczynek, które chcą grać. I to nie tylko dzieci, rodzice również, którzy zrozumieli, że dla ich dzieciaków to może być alternatywa, jakieś rozwiązanie. Przecież wiadomo, ile się teraz mówi o tym, jaka jest dzisiejsza młodzież. Świat zrobił się dużo bardziej brutalny, niż kiedyś, a siatkówka pokazuje, sport w ogóle, że można osiągnąć sukces poprzez ciężką pracę, wyrzeczenia, poświęcenie. Nie jest powiedziane, że ci młodzi ludzie „muszą zejść na złą drogę”. Mogą wybierać. Dla mnie to był najważniejszy efekt naszego sukcesu. Te 12, 13 letnie dzieci chciały pójść w nasze ślady – dodaje z zadowoleniem.
Gwiazda? Jaka gwiazda?
Dla tych dziewczynek Agata stała się wzorem. Wielu zaczęło mówić o niej jak o gwieździe, nadziei polskiej siatkówki. Sama Agata podkreśla jednak zdecydowanie, że te opinie są mocno przesadzone. - Staram się być normalną osobą, taką, jaką byłam zanim się to wszystko zaczęło. Nie czuję się gwiazdą. Jest mnóstwo sportowców, którzy osiągnęli dużo, dużo więcej niż ja i to oni zasługują na to, żeby o nich pisać, mówić. Nie zmienia to natomiast faktu, że Agata stała się popularna, a o tym, że tak właśnie jest, miała okazję przekonać się nie raz. – No tak, to jest miłe, jak ludzie cię rozpoznają. Zawsze miło odbiera się takie dowody sympatii, gratulacje. Ale są też przecież ludzie, którzy krytykują. Oczywiście słucham tego, co mówią. Ale często jest tak, że na temat mojej gry, czy naszej gry wypowiadają się osoby nie znające się wcale na tej dyscyplinie sportu. Co nie przeszkadza im komentować i oceniać. Wiadome jest to, że człowiek, sportowiec, nie może być w optymalnej formie przez cały rok. To nie jest tak jak w matematyce: nauczę się wzoru, a potem będę go cały czas stosować i wynik będzie taki sam. Wiem, że muszę ćwiczyć, ciągle trenować, nie daj Boże przytrafi się jakaś kontuzja, niespodziewany ból, przecież w życiu różnie bywa, i wtedy wszystkie plany się sypią. Dlatego ludzie, którzy to rozumieją i wspierają nas, są zawsze dobrze przeze mnie odbierani. Osobiście cieszę się, że ludzie z Tarnowa mi kibicują, cieszą się moim sukcesem. Do tej pory tak jest, to się nigdy nie zmieniało. Zaczepiają mnie na ulicy, nawet teraz, jak byłam w domu na święta. Kibice mnie rozpoznawali, rozmawiali ze mną. To miłe, że nie zapominają. A z drugiej strony jest też tak, że mi np. nie wypada iść do pubu i wypić piwo. Tak to już jest – mówi podwójna mistrzyni Europy.
Daleka Hiszpania
Jak do tej pory Agata Mróz w swojej zawodowej karierze na tym najwyższym sportowym poziomie grała zaledwie w dwóch klubach - w Bielsku oraz hiszpańskiej Murcii.
- Propozycja gry w Teneryfie pojawiła się już po drugim moim sezonie występów w Bielsku. Obowiązywał mnie kontrakt, więc zostałam. Po tym sezonie (2005/2006) pojawiły się już problemy ze zdrowiem, ale uznałam, że skoro jest jakaś propozycja zmiany klubu, to powinnam spróbować, bo to przecież moje marzenie, gra w zagranicznym zespole. Złożono mi kilka ofert, ale ja rozważałam te, które nie będą zbytnio eksploatować mojego organizmu, gdzie tej gry będzie mniej. Dlatego wybrałam Murcię. Wiadomo, są stawiano przed nami wysokie cele, a sponsor chciałby wygrać wszystko i najlepiej po 3:0, a w setach do dziesięciu, ale w porównaniu do innych lig tej gry jest mniej. Nie mogę sobie pozwolić na intensywny sezon, ciągłe podróże, ogromny stres, dużą ilość spotkań.
Z takimi wynikami badań, jakie mam, nie powinnam np. w ogóle latać samolotem. Ale dzięki Murcii moje marzenie się spełnia, poznaję jak wygląda ta inna kultura siatkarska, jak żyją ludzie, jaka jest ich mentalność. Zawsze tego chciałam.
O samej Hiszpanii wypowiada się raczej w samych superlatywach, chociaż czasami denerwuje ją sposób podchodzenia do swoich obowiązków przez Hiszpanów. – Ludzie są inni. Inna mentalność. Hiszpanie na wszystko mają czas, niczym się nie przejmują, nic im nie przeszkadza, luźno podchodzą do tego, co robią. To oczywiście w wielu przypadkach jest ogromny plus i mi się podoba, ale nie zawsze – komentuje.
- W przeciwieństwie do Polski, gdzie wszystko musi być zaplanowane, dopięte na ostatni guzik. Inaczej się zachowują na drogach, inaczej jeżdżą. Ale do każdych warunków trzeba się przyzwyczaić. Ja lubię np. mieć wszystko zaplanowane, taki mam charakter, a tutaj np. zbiórkę przed wyjazdem na jakiś mecz mamy z samego rana a wyjeżdżamy o 9.00. siedzimy w autokarze i czekamy. Ale chyba już się przyzwyczaiłam – dodaje.
A jak wygląda zwykły dzień Agaty? - Codziennie mamy dwa treningi, niedzielę mam wolną. Bywa tak, że spędzam ją w podróży, bo akurat wracamy z jakiegoś spotkania wyjazdowego. Jest np. tak; rano siłownia, potem trening, powrót do domu i wieczorem następny trening. Ćwiczymy 2 razy po 2,5 godziny. Napięty plan dnia.
Poza parkietem
Agata lubi jeździć samochodem.
- Ostatnio pojechałyśmy z Gosią Glinką na plażę Cartagena, to jest jakieś 50 km od Murcii. Bardzo fajne miasteczko z pięknym portem. Śliczne, malownicze miejsce.
Poza tym mam bardzo blisko do morza. Jak mam wolną niedzielę, jadę na plażę, dużo spaceruję, ostatnio nawet już się opalałam. W weekendy sklepy są zamknięte, nie można pojechać i pochodzić po sklepach. Na zwiedzanie Hiszpanii też niestety nie ma zupełnie czasu. Marzy mi się, żeby zobaczyć Barcelonę, ale niestety to nierealne. Bo to jest kawał drogi stąd, jakieś osiem godzin jazdy. Taki wyjazd nie ma sensu. A też jak się pojawiają dwa wolne dni, po ciężkim miesiącu, ciężkich treningach to zwyczajnie nic się nie chce robić. Zostaje mi relaks nad morzem, obiad w miłej knajpce. Ale pamiętam, że kiedy pierwszy raz wsiadłam do samochodu to czułam się tak, jakbym się do tego urodziła (śmiech). Zresztą egzamin na prawo jazdy zdałam za pierwszym razem. Trzy dni później pojechałam 200 km do rodziców. Jakieś dwa tygodnie później może, pojechałam nad morze, po tych naszych polskich drogach (śmiech). 800 km, w aucie spędziłam 13 godzin. Nie bałam się, lubię to po prostu. Nie jeżdżę teraz zbyt szybko. Patrząc na to jak niebezpiecznie jeżdżą inni, wolę zwolnić, nie ryzykować. Tym bardziej jak jadę z kimś. Sama prowadzę w inny sposób. Teraz czuję się bez auta – i komórki - jak bez ręki. Człowiek się szybko przyzwyczaja. To jakieś uzależnienie (śmiech).
Agata jest także od pewnego czasu mimowolną miłośniczką komputerów i internetu. Zwłaszcza w ostatnim roku, kiedy przez kilka miesięcy jest poza domem i z daleka od bliskich, to komputer okazuje się dla niej prawdziwym oknem na świat. - Tutaj w Hiszpanii dużo czytam i mnóstwo czasu spędzam przy komputerze, serfując godzinami po internecie. Rozmawiam ze znajomymi, sprawdzam, co się dzieje w kraju. Tego typu rzeczy. Przede wszystkim staram się nie myśleć o tym, że jestem tutaj sama. Jacek musiał zostać w Polsce. Przyjeżdża do mnie raz w miesiącu.
Jeśli chodzi o filmy i telewizję to nic ostatnio nie oglądam. Nie mam w domu polskiej telewizji. Jeśli już to chodzę do Gosi Glinki i tam razem oglądamy. A i tak nie miałyśmy szczęścia ostatnio, bo trafiłyśmy na koszmarnie głupi film, którego tytułu nawet nie potrafię podać, coś z wodą w tytule (śmiech).
Bardziej prywatnie
....Jest bardzo miłą i otwartą osobą. Pomimo licznych komplikacji i zawirowań, jakie ją spotkały, stara się pozytywnie podchodzić do życia i z nadzieją patrzeć w przyszłość. O sobie mówi niechętnie. Zgodnie z zasadą, że najtrudniej jest opisać i ocenić samego siebie.
- Na pewno jestem osobą otwartą, czasami aż za bardzo ufam ludziom. Mam do nich zaufanie, ale też jak się raz do kogoś zrażę, to potem naprawdę ciężko mi zdanie o tej osobie zmienić. O porażkach staram się nie pamiętać, nie rozpamiętuje ich, ale one uczą. Generalnie staram się patrzeć pozytywnie na świat. Jak każdy mam chwile załamania, gorsze dni. Denerwuje mnie to, że jak się już czymś przejmuję, martwię, to tak bardzo. Nie ma nic pośrodku.
Jestem domatorką, lubię spędzać czas we własnym domu, w ciszy, spokoju. Nigdy nie byłam typem „imprezowiczki”, poza tym i tak nie miałabym na to czasu, nawet gdybym chciała. Wad mam masę (śmiech) jak każdy. Nie potrafię się kłócić, nienawidzę tego robić, a czasem o swoje trzeba walczyć. Czasem chciałabym głośno krzyknąć, powiedzieć „nie”, a nie potrafię. Kumuluje w sobie emocje.
Wymarzone wakacje?
- Chciałabym kiedyś pojechać do Australii. Ale jak już mówiłam, uwielbiam też morze i tam lubię wypoczywać. Mogłabym godzinami spacerować po plaży, siedzieć na piasku, opalać się. To sprawia mi przyjemność. Morze mnie uspokaja, wycisza. Rok temu byłam w Chorwacji, pojechaliśmy ze znajomymi, taki spontaniczny wyjazd, spakowaliśmy się szybko, wsiedliśmy w samochód i już. Nie mieliśmy ani hotelu, ani jakiegoś planu podróży. Kompletnie w ciemno. Ale było pięknie. Wiem, że jeśli będę mogła to chcę jeszcze raz pojechać w te rejony.
Plany na przyszłość
- Staram się żyć każdym dniem, cieszyć się tym, co przynosi. Myśleć o tym, co dobre, a nie złe. Bo tak jest łatwiej. Nie przejmować się tym, co było, ani tym co mnie jeszcze czeka. Wiadomo, że to nie jest proste. Ostatnio miałam gorszy czas, przez te komplikacje ze zdrowiem. Że znowu coś się dzieje, że coś jest nie tak. Ale nie wybiegam daleko w przyszłość, najdalej o dzień, dwa. Żyję chwilą. Dużo przeszłam i to mnie nauczyło, że nie warto wszystkiego planować. Życie i tak pisze swój własny scenariusz.
Agata podobnie jak każdy z nas ma chwile, kiedy najchętniej wyjechałaby na bezludną wyspę. – Teraz mam taki czas. Wsiadłabym w samolot, który na taką wyspę by mnie zabrał. Gdzieś, gdzie nie ma problemów, w takie miejsce, gdzie o niczym się nie myśli. Jest tylko cisza i spokój.
Nie może się też doczekać powrotu do domu. Im szybciej ten termin się zbliża, staje się bardziej niecierpliwa. - Lubię wracać do domu, jeździć do rodziców, tęsknie za nimi bardzo. Tylko też jest tak, że ja się już odzwyczaiłam od mieszkania w domu. Jestem tam dwa dni i już mnie nosi. Ale lubię być z rodziną, zwłaszcza, że jestem z nimi rzadko, więc to „bycie razem” doceniam bardziej. Bo ze względu na to co się z tobą dzieje, jakieś wzloty, upadki, choroba, oni zawsze są. To zbliża do siebie. Czuję się z nim bardzo związana, przyjaźnimy się. Jestem z nimi bezpieczna.
Co dalej?
Na to pytanie Agata jeszcze nie zna odpowiedzi. - Nie wiem, co się wydarzy. Na razie nie mam planów związanych z tym, co będę robić po powrocie do kraju. Muszę przerwać karierę, wychodzę za mąż, wiem, że na pewno będę mieszkać w Warszawie. Ale nic konkretnego powiedzieć nie mogę. Pierwsze miesiące na pewno podporządkuję mojemu zdrowiu, leczeniu. Chcę odpocząć, zregenerować siły. Bo tak jak jest teraz dalej być nie może. Martwię się tym, co się dzieje, myślę o tym, czy choroba się rozwinie, jak to się ułoży, ale nie ma co gdybać teraz. Zobaczymy jak się to ułoży wszystko. Ten miesiąc będzie bardzo ważny.
(kwiecień 2007)
*******************************************
4 czerwca 2008
Ostatni rok dla Agaty Mróz-OLszewskiej był walką o powrót do normalnego życia.
10 czerwca 2007 roku w kościele księży Filipinów w Tarnowie odbył się ślub Agaty Mróz i Jacka Olszewskiego.
4 kwietnia 2008 roku na świat przyszła córka Agaty i Jacka - Lilianna.
Pogarszający się stan zdrowia sprawił, że Agata zmuszona była poddać się przeszczepowi szpiku kostnego. Operację przeprowadzono w nocy z 21 na 22 maja we wrocławskiej Klinice Transplantologii Szpiku.
Organizm Agaty nie przyjął przeszczepu.
Siatkarka zmarła we wrocławskim szpitalu 4 czerwca 2008.
Śpij spokojnie... Agatko
Nigdy nie sądziłam, że kiedyś przyjdzie mi napisać podobne słowa. Nigdy nie pomyślałabym, że będę musiała pożegnać się z Agatą właśnie w taki sposób. Że w ogóle do tego dojdzie. Po raz kolejny okazało się jednak, że niczego nie można zaplanować. Wczoraj jeden z lekarzy zajmujących się Agatą powiedział, że o życie pacjenta zawsze walczy się do końca, tylko czasami, „coś jest od nas szybsze” i nie da się tego zatrzymać. Tak jak w pytaniu lekarki z filmu „Miasto Aniołów”, kiedy tuż po śmierci pacjenta, ze złością i buntem w głosie pyta „z kim my właściwie walczymy?”
Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Wiemy tylko, że miało być inaczej.
Wiem, że „słowa są daremne”, czasem brzmią banalnie, nic nie zmienią i nigdy w pełni nie oddadzą tego, co teraz czuję. Tego, co czujemy wszyscy. Ale tak jak już napisałam, każdy z nas, w ten czy inny sposób chce się z Agatą… pożegnać.
Zastanawiam się teraz, kiedy po raz ostatni widziałam Agatę, kiedy ostatni raz rozmawiałyśmy, o czym mówiłyśmy. Myślę o naszej pierwszej rozmowie, pierwszym spotkaniu. Minął zaledwie rok a mam wrażenie, że było to tak dawno. Tyle się od tego czasu wydarzyło.
Mogę jedynie potwierdzić, że Agata była dokładnie taka, jak ją wszyscy wspominają. Niezwykle ciepła, otwarta, bezpośrednia dziewczyna. Pełna życia i wiary, kobieta, która nigdy się nie poddaje i nie owija w bawełnę. – Jak chcesz to pytaj, zawsze możesz zadzwonić i pogadać - mówiła. Pamiętam, z jaką szczerością opowiadała o niezbyt „ładnych” szatniach przy wrocławskiej hali przy ul. Krupniczej i jak się z tego wtedy śmiałyśmy.
Wszyscy mamy swój obraz Agaty. Ja mam ich wiele, ale przywołam tylko dwa. Ten z siatkarskich parkietów, kiedy w finale mistrzostw Europy w Zagrzebiu blokuje którąś z siatkarek z Włoch. (Nazwiska w tej chwili nie pamiętam, przepraszam). Podskakuje przybija „piątkę” z koleżankami i trenerami. Uśmiecha się. Pewnie już czuje, że razem z koleżankami zdobędzie swój drugi złoty mistrzowski medal. A potem, ze łzami w oczach, już na podium śpiewa „Mazurka Dąbrowskiego”. I to różowe-czerwone pasemko w jej długich blond włosach.
Przypominają mi się też nasze rozmowy, kiedy nie mogła już grać i komentowała dla naszego serwisu ubiegłoroczne Grand Prix. I jak czasami ze śmiechem powtarzała. – To była totalna kaszana, ale może nie pisz dokładnie.
Jest też ten drugi obraz, z grudnia ubiegłego roku. Tuż przed licytacją specjalnego kalendarza, „Dla Agaty”, stworzonego dzięki znaczącej pomocy Fundacji 777, pani Joanny Albińskiej i fotografa Piotra Dłubaka. Agata siedzi na kanapie w swoim domu w Warszawie, swoje długie nogi próbuje jakoś ułożyć na poduszkach, ale właściwie ma z tym spory kłopot, bo są za długie… Przełącza kolejne kanały w telewizji standardowo żaląc się, „że jak zwykle nic tam nie ma”. Jacek, jak przystało na dobrego męża, gotuje obiad. I gdzieś pomiędzy, w swoim stylu opowiada o ostatnim pobycie w szpitalu. Mówi o tym, co będzie, a nie o tym, co boli. Idą Święta Bożego Narodzenia, może uda się jej być wtedy w domu? Przyjadą rodzice z Tarnowa. Jest dużo bledsza niż jeszcze parę tygodni temu, na rękach widać ślady po wkłuciach igieł. Ale to nie ma znaczenia. Agata jest w ciąży i zastanawia się, czy urodzi się chłopczyk, czy może dziewczynka. I jakie otrzyma imię. Może Liliana? - Przecież to takie śliczne imię – mówi. Z radością opowiada mi o kolejnych akcjach zbiórki krwi, o wyjeździe Jacka na koncert do Tarnowa, na którym sama ze względu na zły stan zdrowia nie mogła być. – Widzę, że to wszystko ma sens. Wiem, że dzięki temu, że ludzie mnie znają, mogę pomóc tym bardziej. Niezwykle szczere wyznanie. Prawdziwe tak jak wszystko to, co robiła i mówiła Agata.
Nigdy nie unikała ludzi. Zawsze przy nich była. Nawet w ostatnich dniach, kiedy już nie czuła się najlepiej, mówiła, że dzieciakom z kliniki przyda się lepszy sprzęt. Że trzeba pomóc konkretnym osobom, kupując im jakże drogi zestaw leków. Sama chciała wziąć w tym udział. Bo Agata zawsze wierzyła, że się uda. Tak jak na boisku, była pewna siebie, waleczna. Nie odpuszczała a swoją determinacją i chęcią życia poruszyła nawet tych, którzy wcześniej naszego „Złotka” nie znali a o chorobie nie wiedzieli nic. Sprawiła, że masowo zaczęliśmy oddawać krew. Każdy z nas zainteresował się problemem chorych na białaczkę, dowiadywaliśmy się na czym polega ta choroba, jak się ją leczy i czym tak naprawdę jest przeszczep szpiku kostnego. Z myślą o niej zrobiliśmy ten pierwszy krok. Teraz musimy pamiętać, że Agata zawsze apelowała o to, żeby był to dopiero początek.
Nie mogę powiedzieć, że znałam Agatę Mróz bardzo dobrze. Nie było mi to dane. Mogę natomiast powiedzieć, że miałam zaszczyt ją poznać i przez ostatni rok obserwować jak dzielnie, wbrew wszystkiemu walczy z chorobą. Chyba nie zdawałam sobie sprawy z jak wielką osobą mam do czynienia. I nie chodzi tu oczywiście o wzrost. Agata bardzo sprytnie zamydliła nam wszystkim oczy. Zawsze mówiła, nawet gdy było źle, że jest w porządku. Że ból minie a potem będzie już dobrze. Teraz też marzę tylko o tym, żeby powiedziała to jeszcze raz. I dlatego szok z powodu jej śmierci jest tak ogromny. Bo już nic, nigdy do mnie nie powie.
Wciąż nie wierzę w to, co się stało. Nie wierzę, że nie zabiorę jej na obiecany spacer po Wrocławiu, który w czerwcu wygląda jakoś piękniej niż zwykle. Nie pokażę ogrodu botanicznego, nie zabiorę na spacer po rynku i nie każę jej, jak to zwykle robią miejscowi, szukać ukrytych w mieście krasnali. Nie powiem tego, co zawsze chciałam powiedzieć a odkładałam na później. Byłam pewna, że będzie na to jeszcze czas…
Długo zastanawiałam się nad tytułem. Żaden nie był odpowiedni. Żaden nie oddawał tego, jak się czuję i kim dla mnie była Agata Mróz.
Agata to wzór. Już teraz stała się symbolem. Agata jest, Agata będzie zawsze moją bohaterką. I nigdy nie zaakceptuję w tym słowa „była".
Do zobaczenia Agatko, śpij spokojnie
*Hanna Niełacna, Reprezentacja.net (5 czerwca 2008)
--------------------
*Niniejszy tekst w wersji rozszerzonej, uzupełniony o materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów
źródło: Reprezentacja.net
opracowanie: Hanna Niełacna
Do wiadomości napisano 30 komentarzy