1. Brazylia
2. Włochy
3. USA
4. Kuba
5. Chiny
6. Serbia
7. Japonia
8. Rosja
9. Polska
10. Korea
seniorzy 07.11.2008 08:20:53

Raul Lozano to pierwszy w historii obcokrajowiec, któremu powierzono prowadzenie narodowej kadry Polski. To również najbardziej charyzmatyczny trener męskiej reprezentacji od czasów Huberta Jerzego Wagnera. Jednym z jego pierwszych kroków po przyjeździe było ustanowienie regulaminu, który musiał zaakceptować każdy zawodnik, chcący brać udział w zgrupowaniu kadry. Kiedy wprowadzone przez niego do reprezentacji rygor i dyscyplina zaczęły przynosić pozytywne efekty, zyskał sobie bezgraniczne zaufanie kibiców. – Dobre rezultaty możemy osiągnąć tylko wtedy, gdy będziemy harować z pokorą, wkładać w naszą pracę wiele wysiłku i zostawiać boisko mokre od potu. Musimy pracować znacznie więcej od innych – zwykł mawiać Raul Lozano. Argentyńczyk „nie rzucał słów na wiatr”. Jak obiecał tak zrobił - pod jego skrzydłami polska siatkówka reprezentacyjna zyskała zupełnie nowe oblicze.
|
CV: Raul Lozano
![]() Data urodzenia:
3 września 1956
Miejsce urodzenia: La Plata
Wzrost: 168 cm
Znak zodiaku: panna
Stan cywilny: żonaty
Dzieci: syn Matias
Kariera trenerska:
Kluby
Argentyna:
- Estudientes de la Plata (1974 – 1978)
- Gimnasia y Esprima la Plata (1979 – 1981)
- Obras de Sanitarias (1981 – 1983)
- Ferro Caril Oeste Ok. (1983 – 1987)
Włochy:
- Rex Pordenone (A2) (1987 – 1988)
- Cedisa Salerno (A2) (1988 – 1989)
- Olio Venturi Spoleto (A1) (1990 – 1991)
- Milan Volley (A1) (1991 – 1994)
- Lube Banca Macerata (A1) (1997 – 1998)
- Iveco Palermo (A1) (1998 – 2000)
- Sisley Treviso (A1) (2000 – 2001)
- Iraklis Saloniki (2002 – 2003)
- Lube Banca Macerata (A1) (2003 – 2005)
Reprezentacje:
- Hiszpania (1994 – 1997)
- Hiszpania (1999 – 2001)
- Polska (2005 – 2008)
Sukcesy klubowe:
- wicemistrzostwo Włoch, klubowe mistrzostwo świata, Puchar Zdobywców Pucharów z Milan Volley
- brązowy medal mistrzostw Włoch, 3. miejsce w Pucharze CEV z Lube Banca Marche Macerata
- brązowy medal mistrzostw Włoch, Puchar CEV z Iveco Palermo
- mistrzostwo Włoch, finalista Pucharu Włoch, Superpuchar Włoch, finalista Ligi Mistrzów z Sisley’em Treviso
- wicemistrzostwo Grecji z Iraklisem Saloniki
Sukcesy reprezentacyjne:
Hiszpania:
- II. miejsce na Uniwersjadzie
- VII. miejsce w Lidze Światowej
- V. miejsce na Pucharze Świata
- V. miejsce w Lidze Światowej
- XI miejsce na IO Sydney (2000)
Polska:
- IV. miejsce w Lidze Światowej (2005)
- V. miejsce na Mistrzostwach Europy (2005)
- II. miejsce na Mistrzostwach Świata (2006)
- IV. miejsce w Lidze Światowej (2007)
- XI. miejsce na Mistrzostwach Europy (2007)
- V. miejsce w Lidze Światowej (2008)
- V. miejsce na IO Pekin (2008)
|
„Wielki” człowiek z La Platy
Raul Lozano przyszedł na świat 3. września 1956 roku w jednym z argentyńskich szpitali w La Placie. Argentyńczyk swoją edukację rozpoczął w wieku pięciu lat w szkole podstawowej imienia Joaquina V. Gonzaleza, będącej częścią Narodowego Uniwersytetu. Już w „podstawówce” Lozano wykazywał zamiłowanie do praktycznych przedmiotów związanych z pracą fizyczną. – Co roku odkrywaliśmy coś nowego. Mnie najbardziej podobały się zajęcia ze stolarki, ogrodnictwa i modelarstwa. Do dziś zachowałem pulpit na biurko zrobiony na warsztatach stolarskich, z wyrytymi na nim podpisami wszystkich kolegów z klasy - przyznaje Argentyńczyk.
Młody Lozano nie był typem „naukowca”, oceny w szkole miał przeciętne. Nie można mu było jednak odmówić ambicji, która objawiła się w zupełnie innej dziedzinie - sporcie. Bardziej od ślęczenia nad zeszytami, pociągała go rywalizacja sportowa. Dlatego też najważniejszym wydarzeniem w trakcie „nudnej” nauki w szkole były dla niego zawody międzyklasowe. – W owym okresie bardziej interesowały nas przygotowania drużyny do zawodów lekkoatletycznych, koszykówki czy futbolu niż zadania domowe bądź zagłębianie nauk przyrodniczych.
Gdy tylko zbliżały się rozgrywki szkolne Lozano wraz z dwójką przyjaciół – Alejandrem i Alfredem, poświęcali się głównie przygotowaniom do turnieju. – Chcieliśmy wygrać z innymi klasami – to była sprawa najwyższej wagi. Trudno powiedzieć, ale być może zostaliśmy już wówczas w pewien sposób naznaczeni tym duchem współzawodnictwa.
Po zakończeniu szkoły podstawowej trzynastoletni Lozano kontynuował naukę w liceum, również powiązanym z uniwersytetem w La Placie. Argentyńczyk do najgrzeczniejszych nie należał - wraz z kolegami z klasy zapisali się w historii szkoły figlami, jakie płatali gronu pedagogicznemu. W proteście przeciwko nauczycielce od chemii grupowo nie przychodzili na zajęcia. Innym razem przeprowadzili samochód jednego z profesorów i ukryli go tak, aby ten myślał, że został skradziony. Sposobem na uniknięcie kartkówki było rozkręcenie ławki śrubokrętem. – Zachowywaliśmy się prawie jak nieletni przestępcy. Żadna nauczycielka z nami nie wytrzymywała, niektóre wręcz odmawiały prowadzenia zajęć, a my oczywiście świetnie się bawiliśmy. Pod koniec szkoły średniej, jak sam przyznaje, dorósł i zmienił podejście do życia. – W liceum przeszliśmy z jednego etapu do drugiego: od ciągłej zabawy do odkrywania świata, zaczęliśmy poznawać historię i codzienną rzeczywistość.
Ostatnim etapem edukacji Argentyńczyka były studia inżynierskie na Narodowym Uniwersytecie w La Placie. – Zawsze myślałem o zawodzie inżyniera, jako o czymś stymulującym. Od początku pasjonowało mnie rozkładanie wszelkich sprzętów i składanie ich ponownie tak, aby ani jedna część nie pozostała luzem. Fascynacja inżynierią była wprost proporcjonalna do liczby lat spędzonych przez niego na uniwersytecie. Lozano zgłębiał bowiem tajniki tej dziedziny przez całe osiem lat. - Bodajże z trzynastu zawodników, z którymi podczas studiów trenowałem, tylko ja nie skończyłem inżynierii (śmiech). Wszyscy koledzy mają dziś dyplomy tamtej uczelni.
Czy teraz Lozano będąc ojcem małego Matiasa, nie obawia się, że syn pójdzie w jego ślady? - Każdy w życiu ma do przejścia swoją drogę. Mam nadzieję, że mój syn również przejdzie ją bezpiecznie i że będzie szczęśliwy. W przeciwieństwie do mnie, poszedł w ślady swej matki. Mam na myśli to, że moja żona zawsze była dobrą uczennicą, zarówno w szkole jak i na studiach. Matias w szkole podstawowej był, w odróżnieniu od swojego ojca, najlepszym uczniem (śmiech).
Argentyńczyk był zawsze bardzo związany z rodziną. – Moja rodzina składała się z rodziców, moich dwóch braci: Martina, młodszego ode mnie o rok, i Rafaela, młodszego o 10 lat, oraz z dziadków ze strony mamy.
Młody Raul bardzo dobrze dogadywał się ze swoim ojcem. Jak sam twierdzi, po ojcu odziedziczył twardy charakter. To właśnie ojciec „zaraził” go także pasją do samochodów, broni oraz polowań. – To on nauczył mnie rozkładać broń i czyścić ją pieczołowicie, mówiąc: „Broń jest na całe życie, dlatego musimy o nią dbać, żeby zawsze była w dobrym stanie”.
Piłka ręczna, piłka nożna czy siatkówka?
Jak na obywatela Argentyny przystało, Lozano w dzieciństwie fascynował się piłką nożną, był fanem Estudiantes de la Plata. W szkole, oprócz siatkówki, trenował również piłkę ręczną. Jednak ostatecznie zdecydował, że poświęci się tej pierwszej dyscyplinie. – Byłem zachwycony, mogąc oglądać zawodników, którzy dokonywali cudów na parkiecie i wiedzieli, w co grają. Obserwowałem ich i próbowałem naśladować zagrania, które wywarły na mnie takie wrażenie - wspomina.
Większą część wakacji Lozano spędzał na boisku. - Graliśmy w siatkówkę na zasadach podobnych do gry w tenisa – grało się dwóch na dwóch, oprócz trzech normalnych odbić, piłka mogła raz dotknąć ziemi. Z tego powodu mecz przeważnie trwał bardzo długo. W tamtych czasach w Argentynie panowała moda na taką grę i bardzo mi się to podobało. Niestety chętnych do uprawiania tego sportu było bardzo dużo, z kolei boisk bardzo mało, dlatego zmuszeni byliśmy do gry w normalną siatkówkę – sześciu na sześciu.
Zainteresowanie szybko zamieniło się w pasję. Wraz z przyjaciółmi Raul stworzył drużynę siatkarską. Latem 1970 roku zapisali na swoim koncie pierwszy sukces wygrywając otwarty turniej dla młodzieży poniżej 14 lat. W tym samym czasie Lozano z kolegami z zespołu rozpoczął treningi w klubie Estudiantes de La Plata. Trzy lata później z tą samą ekipą w ramach międzyszkolnych zawodów wywalczył mistrzostwo Argentyny. – Grało się wtedy w czterech atakujących i dwóch rozgrywających. Ja byłem rozgrywającym. Z Estudiantes dwukrotnie zdobył mistrzostwo kraju. Do zwycięskiej drużyny oprócz Lozano należeli m.in. Andres Portugal, Julio Velasco i Jose Blanco.
Dzięki działaczom – wizjonerom Argentyńczyk otrzymał stypendium, aby móc jednocześnie grać w klubie oraz studiować na uniwersytecie. Przez dwa sezony Lozano równolegle brał udział w rozgrywkach pierwszoligowych oraz trenował kobiecą drużynę.
– Wiele było momentów, kiedy czułem, że wiem więcej niż potrafię zagrać na boisku – i wtedy właśnie zaczęła mnie wciągać praca szkoleniowca. Nauczanie sprawiało mi przyjemność, starałem się być jak najlepszym trenerem i zdecydowałem, że lepszy będzie ze mnie trener niż zawodnik.
W 1978 roku podjął decyzję o zakończeniu kariery zawodniczej. – Przestałem grać, aby poświęcić się swojej nowej pasji, którą było nauczanie.
Początek przygody trenerskiej
W latach osiemdziesiątych w Argentynie zaczynały powoli powstawać szkoły sportowe. Siatkówka była jednak wówczas nadal sportem typowo amatorskim. W 1974 roku w szkółce dziewczęcej w miejscowym klubie Estudiantes osiemnastoletni Lozano zainaugurował swoją przygodę szkoleniowca. – Treningi odbywały się w małej sali, pomalowanej na czerwono – biało, z niskim sufitem, która do dziś się nie zmieniła. Szybko przyszły pierwsze małe sukcesy – młody trener wraz ze swoim żeńskim zespołem awansował do trzeciej ligi.
Poza nim możliwość prowadzenia szkółek zaproponowano jego kolegom z drużyny - Jose Luisowi Blanco oraz Juliowi Velasco. – Wówczas było około sześćdziesiąt dziewcząt, które zostały podzielone na dwie grupy. Jeden zespół trenowałem ja, natomiast drugi - Julio. Pracowaliśmy razem przez trzy miesiące. Po tym czasie Julio rozpoczął pracę z męską drużyną młodzieżową, ja natomiast w dalszym ciągu opiekowałem się zespołem kobiecym.
Kolejnym wyzwaniem dla Lozano było trenowanie chłopców w kategoriach wiekowych do 14 i 16 lat.
W 1979 roku po zakończeniu współpracy z Estudiantes przeniósł się do Gimnasia y Esgrima de La Plata. Rok później objął stanowisko głównego trenera w tym klubie. Nie był to jednak najłatwiejszy okres w jego karierze szkoleniowej. Młodzi podopieczni Lozano trenowali albo w ciasnej sali albo w hali bez dachu i na cemencie. Pomimo przeciwności losu udało mu się jednak osiągnąć z zespołem pewne sukcesy.– W tych warunkach wygraliśmy Copa Morgan Federacji Miast (zawody podobne do Pucharu Polski). Praca w Gimnasia y Esgrima de La Plata nie należała jednak do „lekkich, łatwych i przyjemnych”. Do kłopotów natury lokalowej szybko doszły problemy związane z kwestiami materialnymi. Klub miał poważne problemy finansowe. – Za pożyczone pieniądze udało mi się skonstruować specjalny przyrząd do ćwiczeń siłowych, drużyna była na 3. miejscu w lidze, a ja od 11 miesięcy nie dostawałem pensji. Cierpliwość Lozano po pewnym czasie się wyczerpała i ostatecznie sprawa znalazła finał w sądzie pracy.
Po dwuletniej współpracy z Gimnasia Argentyńczyk wyjechał do Buenos Aires, gdzie rozpoczął pracę w miejscowym klubie Obras de Sanitarias. – Wówczas w Argentynie były dwie mocne drużyny. W jednej pracowałem ja, a w drugiej – mój przyjaciel Velasco. W zasadzie graliśmy przeciwko sobie.
W 1983 roku po raz pierwszy zorganizowano klubowe mistrzostwa świata, na które zjechały się do Buenos Aires czołowe zespoły z różnych krajów. Drużyna Lozano zajęła wówczas czwarte miejsce, zaraz za dwoma zespołami brazylijskimi i włoskim Santal Parma. Rok później przyszły szkoleniowiec polskiej kadry wraz ze swoimi podopiecznymi uczestniczył w podobnym turnieju w Parmie, we Włoszech. – Tego typu mistrzostwa były organizowane czterokrotnie. W sumie wziąłem w nich udział trzy razy – dwukrotnie z argentyńskim zespołem i raz z włoskim Milano Volley, z którym stanąłem na najwyższym stopniu podium. Lozano pracując w Obras de Sanitarias uczył m.in. obecnego trenera Skry Bełchatów – Daniela Castellaniego oraz szkoleniowca reprezentacji Argentyny – Jona Uriarte.
Jednym z elementów doskonalenia warsztatu trenerskiego przez Raula Lozano było uczestnictwo w trwających rok (jedno spotkanie tygodniowo) kursach trenerskich, które organizowała argentyńska federacja. – Był to okres, kiedy tego typu kursów międzynarodowych było bardzo dużo. Po mistrzostwach świata w 1982 roku rozpoczął się w Argentynie wielki boom na siatkówkę. Wszyscy zaczęli wyjeżdżać do Europy. W 1983 roku wyjechał Velasco, a ja objąłem po nim klub Ferro Caril Oeste Ok, który prowadziłem przez cztery lata.
Lozano wywalczył z Ferro Caril Oeste Ok mnóstwo tytułów, wygrali 12 z 14 turniejów, w których uczestniczyli. W 1986 roku zdobyli mistrzostwo kraju, a rok później - pierwsze miejsce w klubowych mistrzostwach Ameryki Południowej. Po porażce w finale ligi Argentyńczyk nie przedłużył kontraktu z klubem z Buenos Aires. Postanowił wyjechać do Włoch.
Ciao Lozano
Od 1987 roku Lozano pracował już w Europie. – Po mistrzostwach świata z Argentyny wyjechało prawie 300 zawodników, większość do Europy, przede wszystkim do Włoch. Ośmiu – dziewięciu argentyńskich trenerów również wyemigrowało do Italii. Ja także zapragnąłem trenować zespoły grające na najwyższym światowym poziomie. Chciałem się sprawdzić, spróbować czegoś nowego. Tak naprawdę we Włoszech zaczynałem od zera, ponieważ nikt mnie tam nie znał. Swoją włoską przygodę rozpocząłem od Serie A2.
Pierwszym włoskim klubem, do którego trafił Raul Lozano, był Rex Pordenone. - Byłem sam w kraju, w którym mój jedyny przyjaciel mieszkał w odległości 500 kilometrów, z rodziną kontaktowałem się listownie, a raz w tygodniu dzwoniłem do nich z budki telefonicznej. Wszystko było naprawdę trudne do zniesienia.
Po pierwszym sezonie ligowym spędzonym we Włoszech, wraz z wygaśnięciem kontraktu z Rex Pordenone Lozano związał się z innym zespołem A2 - Cedisa Salerno. W klubie panowała dobra organizacja, ale… – Wszystko załatwiane było „na słowo”, a spółka siatkarska praktycznie nie istniała. Dość szczególnym doświadczeniem było chodzenie po wypłatę do kliniki dla psychicznie chorych, przechodzenie przez patio i siedzenie w poczekalni. Nie wiem, czy wszyscy czuli to samo, ale u mnie wywoływało to współczucie, przygnębienie, a nawet poczucie winy, gdy wdziałem tych ludzi bez przyszłości, zamkniętych w labiryncie własnego umysłu, podczas gdy my przychodziliśmy po kasę. Po współpracy z Cedisa Salerno Lozano postanowił odpocząć od siatkówki.
Rok 1990 spędził w Argentynie. Powrót do ojczyzny wymuszony był zabiegiem ojca, śmiercią babci Queci oraz pracą nad utworzeniem spółki zajmującej się produkcją skórzanych pasków i kurtek. Rodzinne obowiązki na rok oderwały Raula od ukochanej siatkówki.
Szybko jednak powrócił do Włoch i został szkoleniowcem beniaminka Serie A1 - Olio Ventra Spoleto, by rok później związać się na dwa kolejne sezony z Milano Volley. Było to pierwsze zetknięcie Lozano z włoską Serie A1. Złoty medal klubowych mistrzostw świata po zwycięstwie w finale nad Treviso oraz wygranie Pucharu Zdobywców Pucharów to największe sukcesy, jakie Lozano osiągnął z Milanem.
Mimo takich osiągnięć Raul Lozano nie zawahał się, gdy w 1994 roku pojawiła się propozycja z Hiszpanii. Na dwa lata przerwał karierę trenera klubowego, by poprowadzić seniorską reprezentację tego kraju.
Włoskie parkiety nieodmiennie pociągały jednak Argentyńczyka. Dlatego po zakończeniu kontraktu z kadrą Hiszpanii w 1997r. objął funkcję trenera w Lube Banca Marche Macerata. Po dwóch latach spędzonych w Maceracie Lozano na kolejne dwa sezony przeniósł się do ekipy Iveco Palermo. – W Pucharze Włoch wyeliminowaliśmy Maceratę i dotarliśmy do półfinału ligi, w ćwierćfinałach pokonując drużynę Romy. Poza tym wygraliśmy Puchar CEV – wspomina. - W kolejnym sezonie ponownie zagraliśmy w półfinale ligi po wyeliminowaniu bardzo znanej drużyny Sisley Treviso. To właśnie Treviso było kolejnym punktem na siatkarskiej mapie Raula Lozano. W sezonie 2000/2001 wraz z tym zespołem Argentyńczyk zdobył mistrzostwo kraju, a także wywalczył Superpuchar Włoch. Srebrny medal Ligi Mistrzów oraz drugie miejsce w Pucharze Włoch dopełniają listę sukcesów.
– Podczas współpracy z włoskimi klubami skupiałem się na tym, aby najlepsza forma przyszła na play - off. Oczywiście wszystkie spotkania rundy zasadniczej również były ważne, ale przygotowywałem zawodników tak, aby swoje najlepsze mecze rozegrali w fazie play - off.
Po kilku latach spędzonych we Włoszech, Lozano postanowił zmienić otoczenie. Argentyńczyk przeniósł się do Grecji, gdzie prowadził Iraklis Saloniki. Jednak greckie klimaty nie przypadły Raulowi do gustu. – Nie miałem ochoty kontynuować trenerskiej przygody w tym kraju, bynajmniej nie z przyczyn czysto finansowych, lecz z dwóch powodów: niezbyt wysokiego poziomu ligi i poważnych problemów z nieposkromioną przemocą w sporcie.
Po nieudanym sezonie w lidze greckiej w 2002 roku argentyński szkoleniowiec wrócił na „stare śmieci”. Ponownie podjął się prowadzenia Lube Banca Marche Macerata. Pierwszy sezon był bardzo udany – Lube pod przywództwem Lozano dotarła do półfinałów play – off, w których przegrała 0:2 z zespołem z Cueno. Drugi rok nie był już tak dobry. – Zajmowaliśmy pierwsze miejsce w tabeli ligowej i właśnie wygraliśmy 3: 1 w meczu przeciwko Montechiari, gdy poinformowano mnie, że przestałem być trenerem Lube Macerata.
Na tej współpracy Lozano zakończył swoją przygodę ze szkoleniem klubowym.
Jako trener klubowy Argentyńczyk współpracował zarówno z klubami męskimi jak i żeńskimi. – Różnic jest naprawdę bardzo dużo – przyznał Lozano, po czym dodał - Siatkówka żeńska może być grana równie szybko jak męska, ale z pewnością jest mniej siłowa. Jednak ostatnio ta różnica zaczyna się zacierać. Zawsze mówiłem, że siatkówka żeńska jest krok za męską. W Brazylii kobiety grają bardzo podobnie do mężczyzn. Tam trenerzy bardzo często się wymieniają, przechodzą z zespołów męskich do żeńskich i odwrotnie.
Reprezentacja Hiszpanii? Dlaczego nie!
Pod koniec 1994 roku Hiszpański Związek Piłki Siatkowej zaproponował Argentyńczykowi prowadzenie męskiej reprezentacji. Głównym celem, jaki postawiono przed Lozano, było doprowadzenie hiszpańskiego zespołu do Igrzysk Olimpijskich w Atlancie. Już pierwszy rok piastowania przez Raula stanowiska trenera Hiszpanów przyniósł owoce – podopieczni Argentyńczyka zajęli drugie miejsce podczas Uniwersjady w Japonii. – W Lidze Światowej w 1995 roku naprawdę świetnie graliśmy i dwa razy z rzędu pokonaliśmy Brazylijczyków – wspomina późniejszy szkoleniowiec „biało-czerwonych”. Za rządów Lozano kadra Hiszpanii odniosła także pierwsze historyczne zwycięstwo nad Kubańczykami. Rywalizację o awans do Igrzysk Olimpijskich Hiszpanie przegrali jednak z Polską. Na tym zakończyła się pierwsza przygoda Lozano ze szkoleniem zawodników kadry narodowej.
Porażka w walce o przepustkę na Igrzyska Olimpijskie nie zniechęciła Argentyńczyka do prowadzenia reprezentacji. Do kraju leżącego na Półwyspie Iberyjskim Lozano powrócił w 1999 roku. Tym razem celem była kwalifikacja do Igrzysk Olimpijskich w Sydney. – Ów cel udało się nam osiągnąć - w grupie pokonaliśmy Grecję, Chiny i Tunezję, w dodatku wszystkie mecze wygraliśmy 3:0. Graliśmy naprawdę nieźle i podczas olimpijskich zmagań zaprezentowaliśmy dobrą formę, kończąc igrzyska na dziewiątym miejscu. W 2000 roku Lozano jeszcze nie przypuszczał, że za kilka lat przyjdzie mu prowadzić zespół, który w 1996 roku pozbawił Hiszpanię szans na występ na igrzyskach w Atlancie. Koleje losu są jednak nieprzewidywalne i czasami dość zaskakujące. Jesienią 2004 po powrocie do włoskiej Maceraty wysłał dokumenty na ogłoszony przez Polski Związek Piłki Siatkowej konkurs mający wyłonić trenera męskiej reprezentacji.
Witam, jestem Lozano
Pod koniec 2004 roku Polski Związek Piłki Siatkowej rozpoczął poszukiwania nowego trenera kadry seniorów. Pierwszy raz w historii polskiej siatkówki przyszły szkoleniowiec miał być wybrany w wyniku konkursu. Ta nowa forma wyboru trenera budziła tyle samo nadziei, co wątpliwości. Szybko okazało się, że obawy były bezpodstawne. Zainteresowanie konkursem przerosło najśmielsze oczekiwania. Do „pojedynku” przystąpiło dwunastu trenerów, m.in. Grzegorz Wagner, Maciej Jarosz, Mauro Berruto, Boris Kolcins, Zorana Gajic i Raul Lozano. 18 grudnia 2004 roku Wydział Szkolenia PZPS po kilkugodzinnym posiedzeniu podjął jednogłośną decyzję, że następcą Stanisława Gościniaka powinien być obcokrajowiec. Do ostatniego etapu przeszli Kolcins, Gajic i Lozano.
17 stycznia 2005 roku Polski Związek Piłki Siatkowej ogłosił: Mamy nowego trenera! – 16 stycznia otrzymałem oficjalny komunikat, że zostałem wybrany na trenera polskiej reprezentacji! – wspomina Argentyńczyk.
- Przyznam, że byłem zadowolony, że szkoleniowcem Polaków został Raul Lozano. Uważałem, że był to dobry wybór ze względu na jego sposób trenowania i ogólnie podejścia do siatkówki – mówił Alojzy Świderek.
- Przede wszystkim chciałbym podziękować Polskiemu Związkowi Siatkówki, a zwłaszcza prezesowi Mirosławowi Przedpełskiemu, za to, że zostałem wybrany na to stanowisko. Możliwość trenowania polskiej reprezentacji jest dla mnie wielkim zaszczytem. Wasza drużyna narodowa zdobyła wiele tytułów i była dla mnie wzorem do naśladowania, gdy zaczynałem karierę trenerską. To dla mnie szczególne wyróżnienie, gdyż wiele lat temu uczyłem się od reprezentacji Wagnera. Będę się starał wykonywać swoją pracę z największym profesjonalizmem i jednego jestem pewien: czeka nas mnóstwo roboty – powiedział po przylocie do Polski, Argentyńczyk.
Po pierwszej radości przyszedł czas na wytężoną pracę. Ówczesny menadżer „biało – czerwonych”, Witold Roman wspomina, że początki współpracy z Argentyńczykiem nie należały do łatwych. - Obaj musieliśmy się siebie nauczyć, ja - dowiedzieć się, czego trener ode mnie oczekuje, on – zobaczyć, jak radzę sobie organizacyjnie na wszystkich polach. Musieliśmy też sprawdzić, czy jesteśmy w stanie znaleźć wspólny język. Początki były „wyczekujące”. Patrzyliśmy na siebie z lekkim niepokojem. Z jednej strony obawialiśmy się, czy sobie poradzimy, z drugiej, czy nasze wzajemne oczekiwania nie będą zbyt wygórowane. Jednak po pierwszym roku wszystko było już tak dograne, że rozumieliśmy się bez słów. A dzięki systemowi współpracy, jaki wypracowaliśmy, działaliśmy lepiej niż duża część najwyżej notowanych zespołów.
Pierwsze zgrupowanie kadry Polski pod dowództwem Raula Lozano przypadło na początek maja. – W pierwszym okresie nie mieliśmy zbyt dużo czasu na pracę, w dodatku wielu zawodników przyjechało na zgrupowanie z kontuzjami. Sześciogodzinne treningi były bardzo wyczerpujące, prowadziliśmy też mnóstwo rozmów, aby opracować taktyczne systemy gry. Ustaliliśmy, jakie są nasze słabe punkty, porównując się z najlepszymi drużynami z Igrzysk Olimpijskich w Atenach w 2004 roku – wspomina Lozano.
Argentyńczyk zadebiutował w roli trenera Polaków 20 maja 2005 roku w meczu przeciwko Słowacji, z którego jego podopieczni wyszli zwycięsko pokonując rywali 3:0. Dzień później „biało – czerwoni” ponownie zwyciężyli, tym razem 3:2.
Dwumecz w Kędzierzynie – Koźlu nie miał większego znaczenia dla reprezentacji. Wymiernym sprawdzianem dla Lozano miały być rozgrywki Ligi Światowej 2005. Nowy szkoleniowiec polskiej kadry zdał ten egzamin z wyróżnieniem - Polacy zajęli czwartą lokatę i było to najlepsze miejsce, jakie udało im się wywalczyć w całej historii dotychczasowych startów w tym turnieju.
Oprócz turnieju Ligi Światowej Polaków czekały wówczas także eliminacje do mistrzostw świata 2006 oraz mistrzostwa Europy.
- Polacy noszą krzyż tego, co osiągnął Wagner. Pragną powtórki sukcesu, mając się do czego odnosić, bo już kiedyś coś osiągnęli. Jednak patrząc z tej perspektywy, Japonia mogłaby zachować się dokładnie tak samo. Oni też mają historię. Czesi mogą myśleć podobnie. W historii te kraje również dominowały, a przecież gdyby teraz Japończycy powiedzieli, że chcą zdobyć medal, zostaliby wyśmiani – twierdził Lozano.
Spotkania kwalifikacyjne do mistrzostw świata rozegrano w Rzeszowie, tydzień po finałach Ligi Światowej. Mimo że niewiele czasu dzieliło obie imprezy, Polacy odnieśli kolejny sukces. W inauguracyjnym meczu turnieju „biało –czerwoni” w czterech setach pokonali Estończyków. Dzień później zmierzyli się z Bułgarami. Po zwycięstwie 3:1 nad bułgarską drużyną podopieczni Lozano mogli już cieszyć się z awansu do mistrzostw świata 2006. Na zakończenie turnieju, w meczu czysto prestiżowym, Polacy przegrali z Rosjanami 2:3.
Inną ważną imprezą tego roku były mistrzostwa Europy. Jednak jeszcze przed tym turniejem szkoleniowiec wykluczył z kadry trzech zawodników: świetnie spisującego się Łukasza Kadziewicza, podstawowego libero Krzysztofa Ignaczaka oraz drugiego rozgrywającego Andrzeja Stelmacha. Siatkarze nie pojechali do Rzymu z powodu tzw. afery olsztyńskiej, jak nazwano mało sportowe zachowanie polskich kadrowiczów po meczu z Chinami w Olsztynie. W Polsce wybuchła dyskusja nad słusznością takiego postępowania argentyńskiego szkoleniowca. Raul Lozano był jednak nieugięty i mimo różnych nacisków nie zmienił swojej decyzji. Pech chciał, że w ostatnim momencie, ze względu na kontuzję, z kadry wypadł również podstawowy rozgrywający, Paweł Zagumny. Pozbawieni czterech kluczowych zawodników Polacy zajęli w europejskim czempionacie po raz trzeci z rzędu „ulubioną” piątą lokatę. Po tym turnieju Vladimir Grbić powiedział, że Polacy są świetną ekipą, ale brakuje im mentalności zwycięzców. – Może i Grbić miał trochę racji, ale to nie jest tak, że Polacy boją się wygrywać. Uważam, że mentalność zwycięzcy zdobywa się wygrywając, zatem żeby ją mieć, trzeba najpierw zacząć wygrywać – mówił Lozano.
Następnym ważnym turniejem dla reprezentacji Polski miały być mistrzostwa świata 2006 w Japonii.
Wysoki, niebieskooki blondyn
Kolejny sezon reprezentacyjny zaczął się od „wojenki” Lozano z polskimi klubami i PZPS-em o to, ile czasu mają trwać przygotowania do sezonu reprezentacyjnego. Aby móc przygotować się do mistrzostw świata, zażądał późniejszego rozpoczęcia sezonu klubowego, co nie przysporzyło mu przyjaciół wśród działaczy i trenerów klubowych. Ostatecznie jednak Raul postawił na swoim i aż do listopada miał zawodników do swojej dyspozycji, co, jak się potem okazało, zaprocentowało wynikami w Japonii.
W 2006 roku podopieczni Lozano, choć nieźle radzili sobie w rozgrywkach Ligi Światowej, nie zdołali awansować do finałowej czwórki popularnej „światówki”. Walkę o bilet na finały rozgrywek do Moskwy „biało-czerwoni” przegrali z Serbią i Czarnogórą gorszym stosunkiem małych punktów. Nie był to z pewnością dobry prognostyk przed zbliżającym się Mundialem.
26 października szkoleniowiec Polaków ogłosił skład reprezentacji na mistrzowski turniej. Po wynikającej z problemów zdrowotnych rezygnacji z udziału w zgrupowaniu Dawida Murka, kolejną sensacją był brak w składzie Krzysztofa Ignaczaka. Jego miejsce zajął Piotr Gacek. - W ostatnim okresie zawodnicy bardzo ciężko pracowali zarówno na siłowni jak i na hali. W tym czasie wykonali ogrom pracy i jestem bardzo zadowolony z ich postawy i zaangażowania. Jedynego, czego teraz nam brakuje, to rytmu gry, dlatego na ostatni okres przygotowań zaplanowanych jest kilka meczów towarzyskich: dwa oficjalne z Kubańczykami oraz dwa z Niemcami – twierdził Lozano. - Później gramy z Brazylijczykami przy drzwiach zamkniętych, ponieważ taki jest regulamin FIVB - dwa tygodnie przed imprezą nie można grać oficjalnych spotkań. Trzeba zdać sobie sprawę z jednej rzeczy. W trakcie Ligi Światowej graliśmy 12 spotkań w przeciągu 6 tygodni. Na mistrzostwach świata zagramy 11 w przeciągu 16 czy 17 dni. A więc bardzo ważne jest, by być w takiej formie, która pozwoli szybko się odbudować fizycznie po każdym meczu. To jest ta rzecz, na której się skupiliśmy w pracy podczas zgrupowania.
Przed rozpoczęciem zmagań selekcjoner reprezentacji Polski ostrożnie sugerował, jak ocenia możliwości „biało – czerwonych”. - Nie chcę deklarować żadnych konkretnych wyników. Ale piąte - szóste miejsce to jest minimum, które na dziś mogę zagwarantować. Jeżeli uda się ugrać coś więcej, to chwała za to zawodnikom. Pamiętajmy o tym, jakie miejsca zajmowała Polska w ostatnich pięciu mistrzostwach świata. Wtajemniczeni twierdzą, że w gronie reprezentacji już wtedy mówiło się, że Polacy jadą po medal.
17 listopada 2006 roku w Japonii rozpoczęły się długo oczekiwane rozgrywki. Fazę grupową Polacy przeszli jak burza, wygrywając jako jedyna drużyna w całym turnieju wszystkie spotkania bez straty seta. W jednym ze spotkań podopieczni Lozano zmierzyli się z Argentyńczykami. - Jedyna rzecz, której nie zrobię, to nie będę śpiewał hymnu polskiego, bo nie jestem Polakiem i nie znam jego słów. Nie będę też jednak śpiewał hymnu argentyńskiego, gdyż aktualnie bronię barw Polski, a hymn argentyński reprezentuje naszego rywala, w tym momencie mojego przeciwnika. Jestem Argentyńczykiem, ale dziś moimi kolorami narodowymi są biały i czerwony. Tak czy inaczej jestem przekonany, że pod względem uczuciowym, będzie to dla mnie najgorszy mecz mistrzostw – mówił jeszcze przed spotkaniem polski selekcjoner.
W drugiej rundzie na Polaków czekali już silniejsi przeciwnicy. Jednak „biało – czerwoni” i tym razem byli nie do pokonania. Przełomowym wydarzeniem był mecz z Rosjanami. Pierwsze dwa sety to absolutna dominacja Sbornej. Kiedy nasi reprezentanci rozpoczynali trzecią partię, mało kto w Polsce miał jeszcze złudzenia. Jednak w trzecim secie Lozano zagrał vabank, zdjął z boiska Wlazłego i Świderskiego, dwóch podstawowych dotąd graczy, i desygnował do gry Szymańskiego i Gruszkę. Polacy sensacyjnie wygrali trzecią partię i przystępując do kolejnego seta z zupełnie innymi nastrojami, zaczęli zmieniać obraz gry na boisku. Niekryjący swojej niechęci do Polaków, butny i demonstrujący w pierwszej fazie meczu swoją wyższość Semen Połtawski przecierał oczy ze zdumienia. Zmiennicy spełnili swoje zadanie i podopieczni Lozano, nie dość że pozostali niepokonani, to jeszcze wyeliminowali z możliwości walki o medale swoich odwiecznych rywali. Pokonując 3:2 Sborną Polacy otworzyli sobie drogę do finałowej czwórki. - Graliśmy dobrze. Myślałem o tym, co można zmienić, żebyśmy mogli grać lepiej. Całe szczęście w tym momencie znaleźli się ludzie, mówię oczywiście o Gruszce i Szymańskim, którzy potrafili odwrócić losy tego spotkania. Ten mecz oglądałem później cztery czy pięć razy. Nasza gra była bardzo dobra także w pierwszych dwóch setach. Trzymaliśmy rytm gry, byliśmy bardzo uważni i skoncentrowani. Myślę, że poziom naszej gry był bardzo wyrównany podczas całych mistrzostw – oceniał Raul Lozano.
-Jeżeli Polacy będą dalej grali tak jak dotychczas, wygrają te mistrzostwa – stwierdził wątpiący rok wcześniej w polską mentalność zwycięzców Vladimir Grbić.
Emocje spowodowane historycznym zwycięstwem nad Rosjanami nie pozwalały tego wieczoru zasnąć naszym zawodnikom. Przed nimi były jednak kolejne niemniej ważne mecze, dlatego też trener zalecił swoim podopiecznym zażycie tabletek nasennych. W półfinale Polacy zmierzyli się z groźnymi Bułgarami, ale po meczu z Rosją znali już swoją wartość. Zwycięstwem 3:1 zapewnili sobie walkę o złoto. - Czuję się wysokim, niebieskookim blondynem – wyznał po meczu szkoleniowiec kadry Polski.
W finale „biało – czerwoni” stanęli naprzeciw Brazylijczyków. Przeciwnik okazał się jednak zbyt trudny dla podopiecznych Lozano i Polacy zakończyli zmagania na drugim miejscu. Miłą i wzruszającą niespodzianką było pojawienie się na podium całej drużyny wraz ze sztabem szkoleniowym w koszulkach z nr 16 i nazwiskiem Gołaś. – Stojąc na podium, byłem bardzo wzruszony, bo pokazaliśmy całemu światu, że pamiętamy o „Tym Najlepszym z Nas”, który był cały czas z nami – wyznał Argentyńczyk.
Po powrocie do Polski na reprezentację czekała ogromna feta. Kibice zgotowali im przyjęcie godne wicemistrzów świata - skandowali nazwiska zawodników, całego sztabu oraz śp. Arkadiusza Gołasia. Lotnisko „Okęcie” było wypełnione po brzegi przez siatkarskich fanów. Następnego dnia na Placu Zamkowym w Warszawie odbyła się uroczysta prezentacja srebrnej drużyny z Japonii.
- Oczywiście wracając rozmawialiśmy o tym, jak to będzie po powrocie, ale nie doceniliśmy skali tego zjawiska. Nie ukrywam, że byliśmy mile zaskoczeni tym, jakie to przybrało rozmiary.
6 grudnia 2006 roku Lozano wraz z całą drużyną został odznaczony przez Prezydenta RP - Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
11. miejsce…
Na początku stycznia 2007 roku Argentyńczyk otrzymał nagrodę dla najlepszego trenera w plebiscycie Gali Mistrzów Polskiego Sportu TVP.
Ale jeszcze przed rozpoczęciem sezonu nastąpił pierwszy „zgrzyt”. W lutym w mediach pojawił się wywiad z Mariuszem Wlazłym, w którym czołowy atakujący prosił o niewłączanie go do kadry na rozgrywki Ligi Światowej dodając, że jeżeli nie zostałby zwolniony z tego obowiązku, to zrezygnuje z występów w reprezentacji Polski. Dla Lozano, który nie krył nigdy niechęci do mediów i dziennikarzy, rozmowa z zawodnikiem „przez gazety” okazała się przysłowiową „kością niezgody”. Reakcja była natychmiastowa.
-Jako trener nie zaakceptuję tonu groźby czy też »rozmawiania poprzez prasę«. Byłem przygotowany na spotkanie z zawodnikiem zaraz po moim przyjeździe, ale znalazłem pisemną rezygnację z udziału w rozgrywkach Ligi Światowej napisaną przez niego. Ponieważ nie mogę zaakceptować rezygnacji zawodnika na 60 dni, nie powołuję Mariusza Wlazłego w roku 2007 do reprezentacji – tłumaczył w oficjalnym komunikacie opublikowanym przez PZPS.
Po kilkunastu dniach konflikt na linii Wlazły - Lozano został zażegnany, obaj panowie doszli do porozumienia. Niesmak jednak pozostał. Cała sytuacja miała jeszcze jeden negatywny wydźwięk. Decyzja w sprawie Wlazłego podzieliła środowisko siatkarskie i przysporzyła Argentyńczykowi dodatkowych kilku wrogów, zaogniła i tak nienajlepsze relacje na linii trener reprezentacji - kluby PLS i … Skra Bełchatów.
Po zdobyciu wicemistrzostwa świata oczekiwania wobec naszych zawodników znacznie wzrosły. Początek sezonu wydawał się potwierdzać nasze miejsce w światowej czołówce, bo pierwszy raz w historii Polacy wygrali wszystkie mecze fazy grupowej Ligi Światowej. Finały turnieju rozgrywane były w Katowicach, wszyscy liczyli więc na to, że na swoim terenie uda nam się odegrać na Brazylijczykach za porażkę w Japonii. W grupie ćwierćfinałowej podopieczni Lozano pokonali Francję, a później gładko w trzech setach Amerykanów. Jednak Brazylijczycy znowu okazali się dla nas za mocni. W walce o brąz Polacy ulegli reprezentacji USA, zajmując ostatecznie czwartą lokatę. Jak się potem okazało, był to początek „polskiej drogi w dół”.
Docelową imprezą roku 2007 były mistrzostwa Europy, rozgrywane w Moskwie. Od wicemistrzów świata wszyscy oczekiwali medalu.
Kłopoty zaczęły się jednak jeszcze przed wyjazdem na finały europejskiego czempionatu. Mariusz Wlazły mający kłopoty zdrowotne nie uczestniczył w zgrupowaniu i jasne było, że na turniej nie pojedzie. Jego miejsce zająć musiał Grzegorz Szymański, uważany do tej pory za świetnego zmiennika, mogącego zmienić oblicze meczu. Nie wiadomo było jednak, jak zawodnik poradzi sobie z rolą pierwszego atakującego.
Po takim prologu wszyscy zastanawiali się, jak potoczą się dalsze losy wicemistrzów świata na tym turnieju. Mistrzostwa w Rosji okazały się jednak prawdziwą tragedią w trzech aktach. Polacy zmagania rozpoczęli od niespodziewanej porażki z Belgami 1:3. Mimo nie najlepszej gry zdołali awansować do kolejnej rundy turnieju. Jednak w drugiej fazie rozgrywek "biało-czerwoni" nie wygrali już ani jednego spotkania. W Moskwie zaprezentowali się bardzo słabo, zajmując dopiero 11. miejsce! Tak słabego wyniku polska reprezentacja nie zanotowała od dawna. W kraju zapanowały minorowe nastroje.
Igrzyska Olimpijskie – cel numer jeden
Rok 2008 był bardzo pracowity dla naszych kadrowiczów. Z powodu kiepskiego wyniku osiągniętego podczas mistrzostw Europy „biało-czerwonych” czekała długa droga do awansu do mistrzostw Starego Kontynentu 2009. Oprócz tego Polacy musieli walczyć o przepustkę na Igrzyska Olimpijskie. To z całą pewnością nie przysparzało powodów do zadowolenia zarówno zawodnikom jak i kibicom. Atmosfera wokół kadry zaczęła się zagęszczać. Coraz więcej było głosów krytyki pod kierunkiem sztabu szkoleniowego „biało-czerwonych”, a przede wszystkim pod adresem Raula Lozano.
Już na początku roku, w styczniu Polacy ruszyli do walki o olimpijską kwalifikację na kontynentalnym turnieju w tureckim Izmirze. Nie zapowiadał się on jednak pozytywnie, bo znów do reprezentacji nie mógł dołączyć jej główny "bombardier" Mariusz Wlazły. Zrezygnował z gry z powodu kontuzji. Nie był to jednak koniec kłopotów, związanych z pozycją atakującego. Kiedy na dwa dni przed rozpoczęciem rozgrywek, tłumacząc się kontuzją pleców, z wyjazdu do Izmiru zrezygnował Grzegorz Szymański, był to prawdziwy cios dla Lozano. Bez Wlazłego i Szymańskiego występ polskiego zespołu w Turcji stanął pod wielkim znakiem zapytania. Lozano nie krył rozgoryczenia. O ile brak na mistrzostwach Wlazłego, miał swoje uzasadnienie, o tyle, zdaniem Lozano, decyzja podjęta przez Szymańskiego nie miała żadnych podstaw. Argentyńczyk zareagował błyskawicznie - Grzegorz Szymański został na stałe wykluczony z kadry. - Nie dostanie ode mnie już nigdy powołania, bo na to nie zasługuje – uzasadniał swoją decyzję trener reprezentacji Polski - Nie respektuje ducha drużyny, odmówił kadrze pomocy w trudnym momencie. Gdy odczuwa ból, to się poddaje i nie można na niego liczyć.
W Izmirze na ataku zagrał Piotr Gruszka, a Szymański został wykreślony na stałe z listy Lozano. Argentyńczyk w swym postanowieniu został nieprzejednany aż do końca swojej współpracy z kadrą Polski. Sam występ Polaków można określić jako niezadowalający. Podopiecznym Lozano udało się co prawda pokonać Włochów 3:0, ale w pozozstałych dwóch spotkaniach z Holandią i Hiszpanią musieli uznać wyższość rywali. W efekcie końcowym "biało-czerwoni" zajęli szóste miejsce i o "paszport" do Pekinu walczyć mieli podczas turnieju interkontynentalnego w Portugalii.
Kolejnym przystankiem dla polskiej reprezentacji był VI Memoriał im. Huberta Jerzego Wagnera, będący jednocześnie turniejem kwalifikacyjnym do ME 2009. W Olsztynie polska drużyna nie dała szans rywalom i zajęła pierwsze miejsce. Mecze rewanżowe rozegrano w estońskim Tallinie. Tam już nie było tak „różowo”. Awans uzyskali Estończycy, a Polakom przypadło drugie miejsce, po porażce z gospodarzami oraz Czarnogórcami. „Biało – czerwoni” uczestnictwo w przyszłorocznym turnieju zapewnili sobie dopiero we wrześniu po barażowym dwumeczu z Belgami. W pierwszym spotkaniu podopieczni Lozano pokonali przeciwników 3:2. Tydzień później w meczu rewanżowym w Kędzierzynie – Koźlu Polacy ulegli gościom w tie – breaku. Jednak lepszy stosunek „małych” punktów pozwolił polskiej reprezentacji wygrać pojedynek o kwalifikacje. - Najważniejszy jest awans. Cel został zrealizowany, a stylu nie będziemy oceniać. Ważne, że wystąpimy na mistrzostwach Europy i z tego powodu bardzo się cieszymy – mówił po meczu Zbigniew Bartman.
Z kolei awans do Igrzysk Olimpijskich 2008 podopieczni Lozano zapewnili sobie dopiero podczas majowego turnieju w Espinho. - Portoryko jest troszeczkę lepsze od Portugalii. Jednak Portugalczycy grają u siebie i będą też bardzo silni. Wydaje mi się, że ten najważniejszy mecz rozegramy właśnie z Portoryko – mówił przed wyjazdem Argentyńczyk. W Espinho „biało – czerwoni” zajęli pierwsze miejsce, pokonując gospodarzy, Portorykańczyków oraz Indonezyjczyków. - Na pewno czujemy się mocni. Pojechaliśmy na ten turniej, po to, aby awansować i osiągnęliśmy swój cel. Może wyniki tego nie odzwierciedlają, ale było naprawdę ciężko. Jechaliśmy pełni obaw po tym nieszczęsnym turnieju w Tallinie. W naszym zespole zaowocowała koncentracja – oceniał interkontynentalny turniej kwalifikacyjny do IO libero reprezentacji Polski, Krzysztof Ignaczak.
- Ważne, że udało nam się w Espinho. Polska reprezentacja ma przepustkę na olimpiadę. Teraz każdy z nas będzie walczył, aby znaleźć się w samolocie do Pekinu i móc przeżyć przygodę życia – przyznał Łukasz Kadziewicz.
Jeszcze przed igrzyskami olimpijskimi „biało – czerwonych” czekały rozgrywki Ligi Światowej. Zmagania w tym turnieju Polacy rozpoczęli od dość niespodziewanej porażki z Egipcjanami 2:3. Jednak do fazy finałowej awansowali z 1. miejsca w swojej grupie. W Brazylii nasza reprezentacja dwukrotnie poległa, czym przekreśliła swoje szanse na zdobycie jakiegokolwiek medalu. Polacy w Rio de Janeiro nie błyszczeli. Istniały realne obawy o postawę „biało-czerwonych” na igrzyskach.
Medal na Igrzyskach Olimpijskich był celem numer jeden w kontrakcie Lozano. Tymczasem jeszcze przed rozpoczęciem turnieju, w Polsce rozpoczęły się spekulacje na temat następcy Argentyńczyka. Mówiło się o złej atmosferze w kadrze i braku ducha walki. Jednak w Pekinie pierwszy raz, od czasów porażki z Amerykanami w finałach Ligi Światowej 2007 roku, reprezentanci Polski stworzyli jeden zespół. Zmagania olimpijskie polska drużyna rozpoczęła od zwycięstwa 3: 0 nad Niemcami. Dwa dni później ponownie w trzech setach pokonali Egipcjan. Kolejnym przeciwnikiem „biało – czerwonych” byli Serbowie, którzy również zostali „odesłani z kwitkiem”. W fazie grupowej podopieczni Lozano ulegli tylko Brazylijczykom, a każde kolejne zwycięstwo przywracało nadzieję siatkarskim kibicom w Polsce. Podobnie jak na mistrzostwach świata w 2006 roku Polacy pokonali Rosjan 3:2 i wszyscy zaczęli wierzyć, że będziemy świadkami „powtórki z Japonii”. Nadzieje na medal odżyły. W ćwierćfinale reprezentacji Polski przyszło zmierzyć się z Włochami, którzy byli tylko cieniem dawnej siatkarskiej potęgi. Wówczas wydawało się, że to wręcz wymarzony przeciwnik dla naszej ekipy. Jednak w polskiej drużynie coś „pękło”. „Wymarzony” rywal okazał się niewygodnym przeciwnikiem. Kiepska postawa Polaków w dwóch pierwszych setach, późne zmiany, dobra gra włoskiego zespołu przyczyniły się do porażki „biało – czerwonych”. Tie – break zakończył się grą na przewagi, w której ostatecznie zwyciężyli Włosi. Awans do strefy medalowej był na wyciągnięcie ręki, jednak nie udało się postawić przysłowiowej "kropki nad i”. Podopieczni Lozano znaleźli się w gronie drużyn, które zajęły miejsca 5 – 8 i załamani wracali do domu z pekińskiej wyprawy.
- Przegrana w meczu z Włochami była ciężkim momentem w Pekinie, daliśmy z siebie wszystko i nie weszliśmy do półfinału. Myślę, że zawodnicy bardzo dobrze wykonywali swoją pracę. Uzyskaliśmy od naszego zespołu maksymalny potencjał, jaki mogliśmy dostać. To jest zasługa nie tylko drużyny, ale całej ekipy. Jesteśmy spokojni, jeśli chodzi o poziom gry, bo w Pekinie zespół zagrał lepiej niż na MŚ – komentował występ drużyny na igrzyskach Raul Lozano.
Do widzenia Lozano
Już po Igrzyskach Olimpijskich w Atenach w 2004 roku wszyscy wiedzieli, że nie będzie łatwo znaleźć dla reprezentacji Polski następcy Stanisława Gościniaka. Ulubionym zwrotem oddającym stan kadrowy ludzi zajmujących się w naszym kraju siatkówką było „polskie piekiełko”. Jeszcze przed pojawieniem się pomysłu organizacji konkursu na trenera kadry jasne było, że nie ma Polaka, który miałby szansę objąć kadrę i nie nękany przez „nieżyczliwych” w spokoju oddać się pracy. Pomysł oddania reprezentacji, niezwiązanemu z żadną z „opcji politycznych”, trenerowi z zagranicy wydawał się być jedynym sensownym rozwiązaniem. Dlatego od początku pobytu w Polsce Lozano miał nieograniczony kredyt zaufania ze strony kibiców. Oczywiście w środowisku siatkarskim byli też antagoniści, ale póki wokół reprezentacji widać było zmiany na lepsze, nie mieli odwagi głośno wyrażać swojej niechęci do Argentyńczyka. Jednak walcząc o dobro reprezentacji niejednokrotnie interesy Lozano były sprzeczne z interesami klubów. Do tego od początku był niechętny „brataniu się” z działaczami podczas wyjazdów na mecze ligowe. Dlatego też nie zaskarbił sobie sympatii trenerów i władz klubowych. Raulowi nie pomogło również to, że przez cztery lata pobytu w naszym kraju, nie udało mu się opanować na poziomie komunikatywnym języka polskiego. Przez pierwsze dwa lata współpracy Argentyńczyka z reprezentacją Polski, kiedy wszystko szło „ku lepszemu”, wszyscy „stali murem” za Lozano. Potencjalni krytycy ukrywali swoje opinie, aby nie narażać się na ogólne potępienie. Po wywalczeniu wicemistrzostwa świata został „wyniesiony pod niebiosa”. Początek 2007 roku również należał do naprawdę udanych. Niestety od momentu porażki z Amerykanami w finałach Ligi Światowej w reprezentacji coś zaczęło się psuć. To nie był już ten sam zespół, co w listopadzie poprzedniego roku. Dopiero na Igrzyskach Olimpijskich Polacy stworzyli prawdziwą, spójną drużynę. Medal w Pekinie miał w 100% wypełnić kontrakt Lozano.
Jeszcze przed wyjazdem na finały Ligi Światowej Raulowi zaproponowano przedłużenie kontraktu, jednak warunkiem tego miało być zdobycie medalu. To nie spodobało się trenerowi Polaków i takich warunków nie przyjął. Lozano wyjechał z drużyną do Chin, a w kraju rozpoczęła się dyskusja na temat następcy Argentyńczyka. Takie informacje płynące z Polski do Pekinu z pewnością nie pomagały „biało-czerwonym” w utrzymaniu dobrej atmosfery w kadrze. Brak medalu przyczynił się do kolejnych spekulacji o zakończeniu współpracy Lozano z polską kadrą. Sam zainteresowany wykazywał chęć dalszego szkolenia reprezentacji Polski.
- Cały czas powtarzam, że jestem zadowolony z tej pracy. Cieszę się z tego, że miałem możliwość pracowania tutaj przez cztery lata. Poza tym robiłem wszystko, żeby przedłużyć swój pobyt tutaj o kolejne cztery, chciałbym pozostać w tym kraju, bo bardzo mi się tu podoba. Jestem usatysfakcjonowany przede wszystkim współpracą z zawodnikami i całym zespołem.
Zarząd PZPS przyznał, że mimo braku medalu na Igrzyskach decyzję o przedłużeniu kontraktu z Argentyńczykiem podejmie dopiero po dwumeczu z Belgami, gdzie Polacy mieli zdobyć awans do mistrzostw Europy 2009. Komentarzom o następcy Lozano nie było końca. Krytyków argentyńskiego szkoleniowca przybywało z każdym dniem. W mediach pojawiały się informacje o tym, że trener Polaków ma już propozycje pracy w innych krajach: - To nie jest tak, że to ja mam propozycje. Mówiłem, że jest pięć, sześć reprezentacji, które zmieniają trenera i poszukują kogoś na jego miejsce – dementował Argentyńczyk - Powiedziałem również, że nadal chcę pracować z polską kadrą narodową.
W wyniku zamieszania wokół reprezentacji zaczęła się psuć atmosfera wewnątrz drużyny. Niektórzy zawodnicy zaczęli traktować Lozano jako byłego już trenera, co spowodowało, że mecze przeciwko Belgom nie należały do łatwych. Mimo nienajlepszej gry Polacy wywalczyli awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy. Przedłużyło to nadzieje Lozano na ponowne podpisanie kontraktu z PZPS.
16 września 2008 roku Lozano miał stawić się w PZPS na negocjacje w sprawie swojej przyszłości w Polsce. Rano, jeszcze przed rozmowami z Zarządem Związku, Argentyńczyk przeczytał w jednej z gazet, jakoby już poprzedniego dnia w PZPS podjęto decyzję o nie przedłużaniu jego kontraktu. Mimo iż był rozgoryczony tą wiadomością, poszedł z resztkami nadziei na spotkanie z przedstawicielami PZPS. Jednak pogłoski okazały się prawdziwe.
Tego samego dnia Polski Związek Piłki Siatkowej ogłosił, że po rozmowie z Raulem Lozano „uznano, że zaplanowany czteroletni cykl szkoleniowy dobiegł końca i kontrakt nie zostanie przedłużony”.
- W moich wspomnieniach pozostanie wiele dobrych chwil z tych czterech lat spędzonych w Polsce, szczególnie, kiedy myślę o kibicach, siatkarzach i sztabie szkoleniowym. Jestem całkowicie zadowolony z mojego doświadczenia z Polską – powiedział po decyzji PZPS były już szkoleniowiec kadry Polski.
-Jako trenera oceniam go wysoko. Mam tutaj na myśli sposób prowadzenia treningów, szkolenia poszczególnych elementów. Jeśli chodzi o zachowanie podczas meczów, to każdy trener ma swoje zdanie. Czasami mieliśmy bardzo zbliżone poglądy, a czasami bardzo rozbieżne. Kilka razy podsuwałem Raulowi swoje przemyślenia dotyczące gry, jednak w większości przypadków Raul miał przekonanie o swojej nieomylności – podsumował współpracę z Lozano drugi trener polskiej kadry Alojzy Świderek.
Zdaniem Witolda Romana Argentyńczyk wprowadził sporo zmian w systemie szkoleniowym drużyny narodowej. - Przede wszystkim Raul zmienił system funkcjonowania całej reprezentacji. Pokazał, jak w dzisiejszych czasach powinno wyglądać przygotowanie drużyny, sprawy techniczne i prowadzenie zespołu. Dał nam do zrozumienia, że czasem reprezentacja powinna być w pewien sposób oddzielona od świata zewnętrznego. Gdybyśmy na przykład mieli godzić się na wszystkie prośby o wywiady, nie mielibyśmy czasu na treningi.
Ostatni etap pracy Raula Lozano w Polsce nie należał do najbardziej udanych i argentyński szkoleniowiec opuszczał nasz kraj w atmosferze niełaski po nieprzyjemnej wymianie zdań na łamach prasy z niektórymi z reprezentantów.
Trzeba jednak przyznać, że współpraca polskiej kadry z Lozano wiele wniosła do systemu szkolenia w Polsce i przyczyniła się do rozwoju siatkówki w naszym kraju. Pomimo wszystkich potknięć nie należy umniejszać dokonań Argentyńczyka. „Orły Lozano” tak jak „złota drużyna Wagnera” zapisały się na stałe w historii polskiej siatkówki, a argentyński trener zapewnił sobie miejsce w panteonie wybitnych szkoleniowców tuż obok legendarnego Huberta Jerzego Wagnera. Otwieramy nowy rozdział w historii polskiej siatkówki reprezentacyjnej, już bez charyzmatycznego Argentyńczyka na ławce trenerskiej. Czy będzie lepiej? – czas pokaże. Podsumowując wszystko wypada chyba jednak powiedzieć: Muchas gracias Raul!
Autor tekstu:
Monika Spurgiasz - Reprezentacja.net
(Listopad 2008)
--------------------
*Niniejszy tekst w rozszerzonej, uzupełniony o materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów.
źródło: Reprezentacja.net
opracowanie: Monika Spurgiasz
Do wiadomości napisano 18 komentarzy

Kadetki:
Włochy, Zocca
8-12 stycznia 2009r.
----------------------
Kadeci:
Polska, Rewal
6-10 stycznia 2009r.
Skład kadry
Wyniki