Siatkarskie geny
- Mój tata - Janusz Ignaczak - uprawiał zawodowo ten sport i był siatkarzem, który grał w zespole ligowym. Z różnymi co prawda sukcesami, ale grał. Po zakończonej karierze sportowej zajął się trenowaniem młodzieży. Jako mały brzdąc miałem już pierwsze kontakty z piłką i dyscypliną, jaką jest siatkówka. Później, kiedy tato został trenerem i dostał grupę młodzieżową, chodziłem na treningi razem z nim i gdzieś tam podglądałem, jak to się robi.
Mając takie siatkarskie geny nie było mowy o tym, żeby Krzysiek zajął się czymś innym. Siatkówka jest po prostu wpisana w jego życie. Początkowo uczęszczał na treningi do grupy prowadzonej przez swojego ojca. Byli to zazwyczaj chłopcy nieco starsi od niego, ale młody „Igła” doskonale dawał sobie radę. Ze swoimi rówieśnikami zaczął trenować później, kiedy w klubie utworzono grupę równą mu rocznikowo.
- Taka poważniejsza siatkówka rozpoczęła się z grupą Kazimierza Kwiatka, ponieważ chłopcy, którzy byli u mojego taty, byli ode mnie rocznikowo dwa lata starsi. Ja byłem trochę uprzywilejowany w ten sposób, że byłem synem trenera i dlatego mogłem jako młodszy adept siatkówki zacząć trenować ze starszą grupą.
|
CV: Krzysztof Ignaczak
Data urodzenia: 15.05.1978 r.
Pseudonim: Igła
Numer na koszulce: 16
Pozycja: libero
Znak zodiaku: byk
Stan cywilny: żonaty (żona Iwona)
Dzieci: syn Sebastian
Wzrost: 187 cm
Waga: 86 kg
Zasięg w bloku: 315 cm
Zasięg w ataku: 335 cm
Kluby:
- Chełmiec Wałbrzych,
- Kazimierz Płomień Sosnowiec,
- Galaxia Częstochowa (2000-2003),
- Skra Bełchatów (2003-2007)
- Resovia Rzeszów (od 2007)
Sukcesy:
- Mistrz Europy Juniorów - Izrael 1996
- Mistrz Świata Juniorów - Bahrajn 1997
- 3. miejsce mistrzostw Europy kadetów – Barcelona 1995
- wicemistrz Polski z AZS Częstochowa (2001, 2002, 2003);
- 3. miejsce w turnieju Top Teams Cup Men (2002)
- zdobywca Pucharu Polski (2006, 2007)
- Mistrz Polski ze Skrą Bełchatów (2005, 2006, 2007)
|
Od początku widać było, że chłopak ma talent. Wprost palił się do gry. Na swoje pierwsze, poważne zawody pojechał z drużyną swojego ojca. Zespół dowodzony przez Janusza Ignaczaka zdobył wtedy mistrzostwo Polski juniorów starszych.
- Pojechałem jako zawodnik zmianowy - wspomina Krzysztof. - Tato wpuszczał mnie na boisko w ważnych momentach, na przyjęcie zagrywki i obronę piłki w polu. Bo takie właśnie miałem zadania w tej drużynie.
Igła bardzo szybko trafił do rodzimego klubu Chełmiec Wałbrzych. To właśnie tam ogrywał się i zdobywał doświadczenie.
-To był klub, który raz spadał raz wchodził do ligi – tłumaczy. - To właśnie tam ta moja kariera zaczęła nabierać większego rozpędu. Miałem okazję grać w lidze o jeden szczebel wyżej niż gdybym znajdował się w SMS’ie i dlatego postanowiłem, że nie pójdę do Szkoły Mistrzostwa Sportowego, zostanę i będę próbował ogrywać się z ludźmi, którzy grają w wyższej hierarchii rozgrywkowej.
Czy z perspektywy czasu wydaje mu się, że postąpił słusznie? - Myślę, że nie popełniłem błędu – mówi. - Chociaż błędem nie byłoby również pójście do tej szkoły. Nabrałem jednak dzięki temu bardzo dużo doświadczenia, którego dostarczyła mi gra w drużynie Chełmca.
W „kuźni talentów”
Na ligowych parkietach PLS-u zagościł na dobre podpisując kontrakt z ówczesną Galaxią Częstochowa. Drużyna spod Jasnej Góry, zwana przez wielu „kuźnią siatkarskich talentów”, miała wpływ na dalszy rozwój jego kariery. Sam Krzysiek z uśmiechem wspomina czas spędzony w tamtej drużynie.
- W Częstochowie była wspaniała atmosfera, którą budowali sami zawodnicy – wspomina - To pozwalało nam na odnoszenie sukcesów i te lata dały mi naprawdę bardzo dużo doświadczenia. Do tej pory bardzo miło to wszystko wspominam.
W czasie swojego pobytu w Częstochowie Igła trzykrotnie sięgnął z Galaxią po tytuł wicemistrzów Polski, a w 2002 roku wraz z drużyną wywalczył III miejsce w turnieju Top Teams Cup Men.
- Częstochowa to zawsze była kuźnia talentów, to klub akademicki i tradycje szkolenia młodzieży, juniorów nadal pozostają w tym klubie – wyjaśnia. - I mimo tego, że od jakiś kilku lat nie mogą sięgnąć po medal z najcenniejszego kruszcu to jest to nadal zespół z tradycjami, który liczy się nie tylko na polskich parkietach, ale i w Europie. Polityka klubu trochę się zmieniła, sięgają po zawodników zagranicznych, ale młodzież nadal może się przebijać i te młode talenty ciągle stamtąd wypływają.
Po wygaśnięciu trzyletniego kontraktu z Galaxią, kolejny podpisał z bełchatowską Skrą. Jednak sercem nadal pozostał w Częstochowie. Osiedlił się tam, gdyż, jak sam mówi „zapadła mi ona w sercu, jako miasto”.
Spod Jasnej Góry do Bełchatowa
Dlaczego zdecydował się na „rozwód” z częstochowskim klubem i podpisanie umowy z działaczami z Bełchatowa?
- Kiedy podpisywałem kontrakt, zmieniano personalnie skład, próbowano budować troszeczkę inny zespół – mówi - Sięgnięto po młodych zawodników jak Michał Bąkiewicz, Michał Ruciak i między innymi po moją osobę. Mieliśmy stworzyć siłę Bełchatowa. Ja podpisałem pierwszy kontrakt na trzy lata i nie żałuję tego do tej pory, ponieważ tak, jak chciałem, tak rozwinęła się moja kariera sportowa. Klub, z którym się związałem odnosił coraz to większe sukcesy.
Pierwszy rok w barwach Skry nie zakończył się jednak tak, jak tego oczekiwano. Siatkarze z Bełchatowa szli przez rozgrywki PLS jak burza, ale w ostatecznym rozrachunku zajęli dopiero czwarte miejsce.
Po zakończeniu sezonu posypały się propozycje. Jedną z nich była propozycja z Olsztyna, którą Krzysztof rozważał bardzo długo.
- Propozycja, jaką mi złożyli działacze z Olsztyna była naprawdę bardzo konkretna i mogę nawet powiedzieć, że finansowo dużo lepsza od propozycji z Bełchatowa – zdradzał Igła. - Ale ja związałem się już z drużyną z Bełchatowa. Związki, które panowały między nami, zawodnikami były tak dobre, że postanowiliśmy wszyscy razem pozostać w jednej grupie i spróbować powalczyć o tytuł mistrza.
- Przy małych korektach personalnych, pracując wspólnie z działaczami, udało nam się w kolejnych latach sięgnąć po podwójną koronę – zdobyliśmy mistrzostwo i Puchar Polski – uśmiecha się na samo wspomnienie Krzysiek.
Można zaryzykować stwierdzenie, że ze Skrą Igła na ligowych parkietach zdobył już wszystko, co było do zdobycia. Czy pora na nowe wyzwania? Na pytanie „czy nie chciałby podjąć ryzyka gry z mniej utytułowaną drużyną, która ma aspirację, żeby walczyć o medal”, jeszcze rok temu odpowiadał:
- Na pewno nie powiem nie, chociaż nie mogę teraz odpowiedzieć na to pytanie. Jeżeli zespół byłby z ciekawymi perspektywami... – ale zaraz potem dodaje, że - pierwszeństwo w rozmowach zawsze będzie miał klub z Bełchatowa. Bardzo dużo zawdzięczam i działaczom i całemu środowisku bełchatowskiemu, dlatego to oni będą mieli pierwszeństwo w rozmowach na temat przyszłego kontraktu i mojej osoby.
Nowy rozdział – Rzeszów
Pod koniec sezonu 2006/2007 wydawało się, że wszystko jest na najlepszej drodze, by Krzysztof Ignaczak przedłużył kontrakt ze Skrą Bełchatów. Potwierdzeniem tego był kolejny tytuł mistrza Polski, który bełchatowski klub zdobył z reprezentacyjnym libero w składzie. Życie przygotowało jednak inny scenariusz. – Negocjacje ze Skrą trwały, jednak kontrakt nie został przedłużony. Nie znaleźliśmy wspólnej nici porozumienia – wyjaśnia popularny „Igła”. Przyznaje jednak, że czas spędzony w Bełchatowie to jeden z najlepszych okresów jego dotychczasowej kariery. – Grając w Częstochowie trafiłem akurat na okres hegemonii Pawła Papke i jego drużynowych kolegów. Dopiero w Bełchatowie udało mi się sięgnąć po najwyższe laury – podsumowuje Ignaczak. – Cieszę się, że miałem duży udział w budowaniu od podstaw potęgi, jaką jest niepokonana Skra. Myślę, że jest jakaś moja zasługa w tym, że ten klub znajduje się akurat w tym miejscu swojego rozwoju.
Krzysztof Ignaczak (fot. reprezentacja.net)
Rozbrat z ekipą mistrza Polski był momentem, kiedy Krzysztof Ignaczak rozważał różne kierunki dalszego rozwoju swojej kariery. – Dość długo czekałam na to, żeby wyjechać i grać za granicą. Nie pojawiła się jednak żadna konkretna oferta, natomiast przyszła propozycja z Rzeszowa. Nie widziałem powodów, by z niej nie skorzystać – uśmiecha się Krzysiek. Przechodząc do Resovii Ignaczak miał być po raz kolejny jednym z tych, którym przyjdzie zbudować potęgę tego zespołu. Utytułowany zawodnik miał stać się filarem nowej siły w polskiej lidze. – Miałem świadomość, że jest to nowy dopiero budowany zespół z wieloma niewiadomymi, a odpowiedzi na nie miał przynieść dopiero pierwszy wspólny sezon – przyznaje „Igła”. Niestety, ów pierwszy sezon w barwach Resovii nie był zbyt udany dla Krzysztofa. Drużynę od początku nękały kontuzje, które uniemożliwiały im grę na takim poziomie, jak zapowiadano przed rozpoczęciem rozgrywek. – Myśleliśmy o tym, żeby dostać się do strefy medalowej MP, awansować do czwórki – przyznaje libero rzeszowskiej drużyny. – Sporo było zawirowań w naszym składzie, łącznie z odejściem trenera Jana Sucha, który musiał zrezygnować ze względów zdrowotnych z prowadzenia drużyny. Mimo tego daliśmy z siebie wszystko i uważam, że sezon ten możemy zaliczyć do udanych. Byliśmy blisko wyeliminowania Olsztyna z walki o medale czy Modeny z Final Four, jednak kontuzje pokrzyżowały nasze plany. Ostatecznie Asseco Resovia Rzeszów zakończyła zmagania w polskiej lidze na piątym miejscu.
W tym sezonie włodarze klubu pomyśleli o wzmocnieniach i stworzyli w Rzeszowie mocny zespół, który przed rozpoczęciem rozgrywek uważany był za głównego pretendenta do zdetronizowania Skry. – Media i siatkarscy działacze napompowali bardzo ten balonik przed rozpoczęciem tegorocznych rozgrywek, bo wtedy jest ciekawiej. My natomiast pamiętamy, że skład zmienił się u nas diametralnie i potrzebujemy czasu, by się dotrzeć – przyznaje Ignaczak. – . A wtedy, kto wie, może powalczymy nawet ze Skrą o mistrzostwo. Takie na pewno byłoby nasze życzenie – przyznaje Igła z uśmiechem. Póki co jednak zaznacza, że przed nimi jeszcze daleka droga. Na razie skupiają się przede wszystkim na swojej grze i starają się wyeliminować błędy, by później stanąć do walki z najlepszymi.
Grając w Rzeszowie Krzysztof Ignaczak ma okazję współpracować z żywą legendą wśród trenerów, Ljubomirem Travicą. Nasz reprezentacyjny libero nie ukrywa, że jest to dla obu stron współpraca bardzo owocna. – Mamy pełne zaufanie do naszego szkoleniowca. Jest to wielki autorytet i niezaprzeczalnie doskonały fachowiec. Ma niesamowity warsztat trenerski i to na pewno jest dodatkowym plusem, który niejeden mecz może przechylić na naszą korzyść – komplementuje swojego trenera „Igła”.
Z orzełkiem na piersi
W reprezentacji Polski zaistniał w 1995 roku na mistrzostwach Europy kadetów w Barcelonie. Jak sam wspomina, były to mistrzostwa na wariackich papierach.
- Ekipę na mistrzostwa Europy kadetów, stworzono w dosyć krótkim czasie – wspomina. - Przyszedł komunikat, że trzeba wystawić reprezentację z rocznika ’78, akurat wtedy byli to kadeci. Mieliśmy krótki okres przygotowań do mistrzostw, ale bardzo fajną grupę ludzi, z którą doskonale się rozumieliśmy. Do tego dochodziła jeszcze osoba trenera Mazura, który miał przede wszystkim dużą charyzmę i umiejętności trenerskie. W krótkim okresie czasu przekazał nam dosyć dużą wiedzę, wystarczającą na to, żeby akurat na tamte czasy zająć trzecie miejsce. Niestety nie byliśmy w stanie pokonać ówczesnych potęg siatkarskich, jakimi były Rosja i Włochy. Nie umieliśmy nawiązać z nimi równorzędnej walki. Ale daliśmy pierwszy sygnał do boju dla wszystkich grup juniorskich, bo był to pierwszy medal zdobyty po wielu sezonach, jeden z najcenniejszych w mojej kolekcji.
Krzysztof Ignaczak (fot. Reprezentacja.net)
Do kraju wrócił z brązowym medalem i nowymi doświadczeniami, które przydały się krótko potem. Bowiem już rok później „Igła”, już jako junior, wraz z kolegami z reprezentacji przywiózł do kraju złoto mistrzostw Europy.
- To były fantastyczne lata, ale poparte ciężką pracą. W okresie juniorskim za trenera Mazura naprawdę ciężko pracowaliśmy – opowiada. - Przykładano się do każdego elementu od przygotowania fizycznego, poprzez psychiczne do technicznego. To było spędzanie praktycznie każdych wakacji na obozach, mozolna praca jaką jest budowanie formy sportowej, ale jak widać opłaciło się.
Opłaciło się i to podwójnie, gdyż rok po złocie z Izraela, z mistrzostw świata w Bahrajnie Igła wrócił z kolejnym złotym krążkiem.
-To są niesamowite chwile, kiedy się zdobywa i osiąga takie sukcesy. Poparte ciężką pracą przysparzają człowiekowi podwójnej radości z tego, co się osiągnęło. Do końca życia będziemy siadać i wspominać przy kominkach te lata, jak było ciężko na obozach, jakie różne śmieszne sytuacje nam się przytrafiały, a do tego będziemy pokazywać dzieciom medale, które zostaną na pewno gdzieś w historii odnotowane.
Wydawać by się mogło, że nie było mocnych na złotych chłopaków Ireneusza Mazura, którzy rok później, już jako reprezentacja Polski seniorów polecieli na mistrzostwa świata do Japonii.
-To był rzut na głęboką wodę – kwituje tamten okres Krzysiek. - Nasze początki z wielką siatkówką. Zagrałem bardzo słabo, dla mnie to była naprawdę gorzka pigułka do przełknięcia. To była moja pierwsza wielka impreza związana z pierwszą reprezentacją i uważam z dzisiejszej perspektywy, że nie byłem gotowy. Nie chodzi mi o umiejętności, ale o psychikę. Nie potrafiłem dźwignąć tego ciężaru i te zawody w moim wykonaniu nie były najlepsze.
- Było to dla nas wielkie przeżycie, dla nas jako osób, które z siatkówki juniorskiej nagle weszły do tej wielkiej siatkówki. To było coś wielkiego, że po jednej stronie siatki stoi ktoś, kogo oglądałeś do tej pory w telewizji i zachwycałeś się jego grą, jedząc frytki i maczając je w keczupie. A tutaj w tak krótkim okresie czasu nagle stajesz naprzeciwko tego człowieka z krwi i kości i musisz go pokonać, walczyć z nim. Czujesz duży respekt, i gdzieś pojawia się ta blokada. To troszkę paraliżowało. Taka negatywna adrenalina, której po prostu było chyba zbyt dużo. Ale to jest związane z brakiem doświadczenia, brakiem ogrania na arenach międzynarodowych.
Z japońskiego mundialu Polacy wrócili na tarczy zapewne chcąc o kompletnie nieudanej imprezie jak najszybciej zapomnieć. Ale, jak mówi Igła „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. To była dobra szkoła, na pewno zdobyłem kolejne doświadczenia, które później potrafiłem przetransformować na grę w reprezentacji”.
Słaby występ Ignaczaka w Japonii przyczynił się do tego, że przez następne kilka lat próżno było szukać jego nazwiska wśród innych kadrowiczów.
-Wiedziałem, że może nie był to mój czas. Trenowałem ostro. Starałem się grać jak najlepiej w zespole klubowym, podnosić swoje kwalifikacje i umiejętności – wspomina - Do tego doszły mecze międzynarodowe w europejskich pucharach, liga, ileś tam kolejnych rozegranych spotkań, więc ta moja forma sportowa, jak i doświadczenie rosły. W końcu kolejny trener reprezentacji dał mi szansę, którą wykorzystałem.
Krzysztof Ignaczak na MS 2002 w Argentynie (fot. FIVB)
Powrót do reprezentacji nastąpił niespodziewanie. Tuż przed mistrzostwami świata w Argentynie kontuzji doznał Rafał Musielak, grający na pozycji libero. Ówczesny selekcjoner kadry, Waldemar Wspaniały, w ostatniej chwili powołał w jego miejsce Ignaczaka.
-To było takie szczęście w nieszczęściu, że akurat Rafał w tym momencie był kontuzjowany, i że trener Wspaniały zdecydował się zabrać właśnie mnie na te mistrzostwa – opowiada. - Zostałem powołany do reprezentacji w trybie awaryjnym i mogę tylko powiedzieć, że niezmiernie się z tego cieszę. Całe MŚ w Argentynie to był jeden z lepszych turniejów, jakie zagrałem w swojej karierze. Chciałem udowodnić swoją przydatność dla reprezentacji i podziękować trenerowi Wspaniałemu za zaufanie i szansę, którą mi dał. Wydaje mi się, że w pełni się za to odwdzięczyłem.
Powołanie Krzyśka okazało się „strzałem w dziesiątkę”, który na dobre otworzył mu drzwi do reprezentacyjnej kariery.
Ateny 2004
„Tak jest! Jak ja widzę drodzy państwo broniącego w akrobatyczny sposób Krzysztofa Ignaczaka, a w drugim uderzeniu podkładającego dłoń Pawła Zagumnego między piłkę a nawierzchnię MONDO FLEX - to ja jestem optymistą!” – słowa nieodżałowanego Zdzisława Ambroziaka zapewne tkwią w pamięci każdego z nas, kto patrzy na poczynania Igły na boisku.
Po argentyńskich mistrzostwach świata Krzysiek stał się etatowym libero naszej reprezentacji. Ambitny, waleczny, nigdy się nie poddaje i zawsze walczy do końca. Jak nikt inny potrafi zmotywować swoich kolegów do walki. To również dzięki niemu można było, tak, jak śp. Zdzisław Ambroziak, być optymistą patrząc w przyszłość polskiej siatkówki.
Tymczasem czekaliśmy i czekaliśmy, ale wciąż nie było nam dane doczekać się niczego więcej, poza piątymi miejscami na wszystkich większych imprezach. Przełomowymi miały być Igrzyska Olimpijskie w Atenach.
-Tak do końca sami nie wiedzieliśmy, na co nas stać. Wiedzieliśmy, że drzemie w nas bardzo duży potencjał. Wiedzieliśmy, że każdy z nas posiada naprawdę wysokie umiejętności indywidualne, ale nie umieliśmy wydobyć z siebie w tych najważniejszym momentach tej całej kwintesencji - tłumaczy Igła. - Było tak, że zawsze dochodziliśmy do tego pewnego etapu i w tym najważniejszym momencie gdzieś coś pękało, czegoś brakowało, żeby przeskoczyć o ten jeden mały stopień, bo tak naprawdę cały czas byliśmy zespołem, który plasował się na piątym miejscu i cały czas brakowało tego małego kroku do przodu, żeby wskoczyć do tej walki o medale.
Niestety, tak było też i tym razem. Nie udało się awansować to strefy medalowej: - Na IO trafiliśmy akurat na świetnie dysponowanych Brazylijczyków. Stawiliśmy im bardzo duży opór, a oni bardzo obawiali się tego meczu przeciwko nam – opowiada. - Byliśmy, można powiedzieć zespołem - niespodzianką, który bardzo dobrze prezentował się na tych igrzyskach, ale niestety wyeliminowali nas wtedy z dalszej gry i tak zakończył się nasz turniej.
Ignaczak na igrzyskach w Atenach (fot. FIVB)
Mimo porażki „Igła” przywiózł z Grecji miłe wspomnienia i nowe doświadczenia. - Mieszkasz w wiosce olimpijskiej z ludźmi, którzy są mistrzami świata, mistrzami olimpijskimi – mówi. - Siedzisz koło nich na stołówce, jadasz z nimi, panuje atmosfera przyjaźni i tak naprawdę na każdym meczu spotykasz kogoś, kto gdzieś tam walczy w jakiejś innej dyscyplinie i zdobywa sukcesy. Nabierasz przeświadczenia, że to są ludzie z krwi i kości i są całkiem normalni. Dla mnie to było coś niesamowitego. Ta atmosfera wokół całej imprezy jest niesamowita i samo życie w wiosce olimpijskiej to jest coś, co trudno jest opisać własnymi słowami.
Era Lozano
Kiedy w 2005 reprezentację Polski objął Raul Lozano, Ignaczak rozpoczął sezon od powrotu do roli... przyjmującego.
- Tak się złożyło – śmieje się Igła. - Po sześciu latach nieobecności w linii ataku zostałem, można powiedzieć, wystawiony do reprezentacyjnego składu na ataku. Graliśmy dwa bardzo ważne spotkania z Grekami, które bardzo chcieliśmy wygrać. Na szczęście to się udało, z czego jestem niezmiernie zadowolony, bo mimo iż nie grałem jakoś fenomenalnie, udało nam się wygrać. Miałem ogromną tremę. Pierwszy atak, jaki wykonałem w ogóle mi nie wyszedł i myślałem wtedy, że się schowam pod ziemię. Ale później było już z minuty na minutę coraz lepiej. Myślę, że kibice nie mają mi tego za złe (śmiech), bo mecze w ogólnym rezultacie zostały wygrane.
Po powrocie na swoją nominalną pozycję, libero, Krzysiek „dograł” do końca Ligę Światową i wraz z kolegami przygotowywał się do mistrzostw Europy. Niestety, w najmniej odpowiednim momencie, „Igła” pozwolił sobie na mało sportowe zachowanie i przez „olsztyńską aferę” – jak nazwali cały incydent dziennikarze – pozbawił się możliwości walki o tytuł mistrza Starego Kontynentu.
-Człowiek w życiu popełnia błędy i to był jeden z wielu błędów, które popełniłem. Mam nadzieję, że popełnię ich w życiu jak najmniej, choć na pewno jakieś jeszcze będą. Ale to nauczyło mnie wiele, poniosłem konsekwencje swojego zachowania i wyciągnąłem z tego wnioski. Dziś, patrząc na to z perspektywy czasu, na pewno postąpiłbym inaczej niż wtedy.
Karencja na grę w reprezentacji Polski skończyła się wraz z końcem 2005 roku. I była szansa, że w kolejnym sezonie ponownie zobaczymy Ignaczaka walczącego z orzełkiem na piersi.
-Trener Lozano jasno określił nam wtedy, w jakim miejscu się znajdujemy – tłumaczy. - Jest to człowiek, który w prosty sposób określa relacje, jakie panują między zawodnikiem a trenerem i między drużyną a zawodnikiem. My przeprosiliśmy za swój błąd, ponieważ czuliśmy się winni, czuliśmy, że nie powinniśmy byli tego zrobić. Trener powiedział, że mamy szansę znaleźć się w reprezentacji na następny rok i staraliśmy się odpokutować swoją winę jak najlepszą grą w lidze.
Krzysztof Ignaczak (fot. reprezentacja.net)
Raul Lozano, tak jak obiecał, w kolejnym sezonie reprezentacyjnym dał Krzyśkowi szansę powrotu do reprezentacji. A Ignaczak, podobnie jak koledzy, ciężką pracą wykonaną w klubie i na zgrupowaniach reprezentacji zasłużył sobie na ten powrót.
- Raul Lozano przychodząc jako trener określił, że nie będzie lekko, że ta praca na pewno będzie ciężka – wspomina Igła. - I my doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Ale na pewno okres długiej, mozolnej pracy powoduje, że gdzieś tam w świadomości człowieka przychodzi taki moment, kiedy ma dosyć. Trzeba ten okres po prostu przetrzymać.
A naprawdę było, co przetrzymać. Memoriał Wagnera, Liga Światowa, sparingi, tygodnie spędzone na zgrupowaniach i hektolitry potu wylewane na treningach. Wszystko po to, żeby jak najlepiej przygotować się do mistrzostw świata. Poza zmęczeniem i znużeniem Krzysiek musiał również walczyć o bilet na siatkarski mundial. Ale rywalizacja z Piotrem Gackiem miała miejsce tylko na parkiecie. Na treningach reprezentacji obaj pomagali sobie, wspólnie się rozciągali, panowały między nimi wręcz przyjacielskie układy.
-Rywalizacja pozaboiskowa byłaby bardzo niezdrowa – opowiadał jeszcze przed tym, jak poznaliśmy decyzję trenera Piotr Gacek. - Rywalizujemy ze sobą tylko na treningu, a poza boiskiem mieszkamy nawet razem w pokoju. Dlatego tutaj nie ma żadnej niezdrowej rywalizacji. Jesteśmy przyjaciółmi, mieszkamy blisko siebie w Częstochowie, rywalizacja między nami występuje tylko na parkiecie.
Lepszym, według trenera Lozano, okazał się Gacek. – Dlaczego? – zastanawia się Igła. - O to trzeba zapytać trenera. Trener powiedział, że w aktualnej dyspozycji, czyli na dzień, w którym podejmował decyzję, Piotrek znajdował się w lepszej formie fizycznej ode mnie i zadecydował, że dla dobra reprezentacji lepiej będzie, jak na mistrzostwa świata poleci Piotrek, a nie ja.
Krzyśkowi zostało więc wspomaganie kolegów sprzed telewizora i przeżywanie wszystkiego w nie mniejszym stopniu, niż gdyby sam tam był i grał.
-To bardzo dziwne uczucie. Oglądając ich, czułem w sercu żal, że mnie nie ma tam z nimi, że nie jestem w stanie uczestniczyć w tych zawodach. Starałem się z całego serca kibicować im jak najgoręcej, bo to jest nasza drużyna, moja drużyna, z którą spędziłem wiele czasu. Osobiście wolę być na parkiecie niż oglądać mecze swoich kolegów w telewizji, bo człowiek się wtedy mniej denerwuje (śmiech).
Pomimo tego, że był tak daleko, starał się wspierać kolegów. Dzwonili do siebie, sms - owali. „Igła” chciał, żeby czuli, że mają w nim wsparcie.
-Starałem się ich mocno wspierać, żeby zdobyli ten medal. Wiedziałem, że to będzie dobre nie tylko dla nas i naszej reprezentacji, ale i dla całej siatkówki w Polsce – tłumaczy. - Bo wiadomo, że będzie się to wiązało z większym zainteresowaniem sponsorów czy kibiców piłką siatkową. Chłopcy zrobili bardzo dużo nie tylko dla siebie i dla naszego kraju, ale także dla dyscypliny.
Kolejna szansa
Reprezentanci Polski wrócili z Japonii w glorii zwycięstwa, tymczasem Krzysztof Ignaczak nie mógł być pewny swojego dalszego losu w kadrze pod wodzą Raula Lozano. Argentyńczyk znany był bowiem z tego, że gdy raz z kogoś zrezygnował, trzymał się swojej decyzji. – Gdy nie zostałam powołany, miałem naprawdę różne myśli, także takie, że może czas zakończyć reprezentacyjną karierę – wyznaje Krzysiek Ignaczak. – Zdecydowałam jednak, że tak łatwo nie oddam pola i postaram się przekonać trenera Lozano do mojej osoby. Dodatkowym czynnikiem mobilizującym mnie do walki o pozostanie w reprezentacji była możliwość współpracy z najlepszymi zawodnikami w Polsce. Jak się później okazało, podjąłem słuszną decyzję, bo trener Lozano dał mi szansę, zaufał mi po raz kolejny i mam nadzieję, że tego zaufania nie zawiodłem.
Raul Lozano rzeczywiście dał Ignaczakowi szansę, jednak musiał on na nią nieco poczekać. Najpierw wystąpił w kilku spotkaniach Ligi Światowej w 2007 roku, ale w finałowych rozgrywkach w katowickim Spodku „Igły” zabrakło. – Bardzo chciałem wystąpić w turnieju finałowym w Spodku, niestety trener zadecydował inaczej, a ja szanuję decyzję trenera – mówi Ignaczak.
Kolejną imprezą były kompletnie nieudane dla polskiej reprezentacji Mistrzostwa Europy w Moskwie. Te zawody Krzysiek również przeżył jedynie jako kibic, bo Raul Lozano nie widział go w składzie polskiej kadry. – Każdą porażkę przeżywałem z chłopakami – zdradza reprezentacyjny libero. – Doskonale wiedziałem, co czują koledzy, jakie uczucia nimi targają. Zdawałem sobie sprawę, że dają z siebie wszystko, ale chyba w tej chwili nie są w swojej najwyższej dyspozycji.
Wyjazd w nagrodę
Wyjazd na igrzyska olimpijskie to marzenie każdego sportowca. Dla Krzysztofa Ignaczaka ziściło się ono po raz drugi. – Powołanie do kadry olimpijskiej to spełnienie tylko jednego z marzeń – mówi zawodnik. – Drugim było zdobycie medalu. Tego niestety nie byliśmy w stanie dokonać. Wyjazd do Pekinu był dla mnie nagrodą za cierpliwość i sportową walkę o miejsce w reprezentacji.
Mimo że „Igła” nie był debiutantem w roli olimpijczyka, wrażenia były nie mniejsze niż za pierwszym razem. – Dla każdego sportowca udział w takiej imprezie jest niesamowitym przeżyciem. Tego się nie da opisać. Pewne jest, że każde igrzyska są inne i każdy je inaczej pamięta.
Zanim jednak przyszedł czas olimpijskich zmagań, Polacy zagrali w turnieju Final Six Ligi Światowej w Brazylii. Tego występu „biało – czerwoni” do udanych zaliczyć nie mogą – po dwóch porażkach zakończyli swoją przygodę w tym turnieju. W Polsce wybuchła panika, że siatkarze nie są należycie przygotowani do igrzysk olimpijskich. – My byliśmy troszeczkę zaniepokojeni, ale nie pełni obaw i dalecy od paniki czy zwątpienia w Raula Lozano – wspomina „Igła”. – Wiedzieliśmy, że gramy dobrze, ale czegoś nam jeszcze brakuje. Mieliśmy świadomość, że potrzeba nam jeszcze kilku solidnych treningów, by grać lepiej.
Z Brazylii Polacy polecieli do Hangzghou, gdzie w spokoju, odcięci od medialnego szumu szlifowali formę do imprezy, na którą czekali cztery długie lata.
Myśląc: Pekin…
Wszyscy z niepokojem czekali na występy „biało-czerwonych”. Podczas gdy siatkarki rozczarowywały, nasza męska reprezentacja budziła coraz większe nadzieje. Podopieczni Raula Lozano kroczyli od zwycięstwa do zwycięstwa, a gdy pokonali Rosję odżyły wspomnienia ze „srebrnych” mistrzostw świata w Japonii. Brutalnie zgasił je ćwierćfinał z Włochami, który Polacy przegrali o włos i tym samym zamknęli sobie drogę do strefy medalowej. – Na pewno było kilka bardzo ładnych spotkań w naszym wykonaniu podczas tych zawodów i myślę, że kiedyś, po zakończeniu kariery, z przyjemnością obejrzę je jeszcze raz – mówi Ignaczak pytany o wspomnienia z IO.
Jednocześnie nie ukrywa, że nie są to zawody, z których byłby dumny. – Dla mnie osobiście nasz wynik na IO to porażka – przyznaje. – Starzeję się i nie wiem, czy będę w odpowiedniej formie, by wystąpić na kolejnych igrzyskach za cztery lata. Nie wiem również, czy selekcjoner kadry będzie mnie widział w jej składzie. Dla wielu z nas była to ostatnia szansa na olimpijski medal. Byłoby to fajne zwieńczenie kariery. Uważam, że było nas stać na wiele więcej, tymczasem czegoś zabrakło i wylądowaliśmy poza gronem zespołów bijących się o medale.
Pekin 2008. Obrona Ignaczaka w meczu z Niemcami (fot. FIVB)
Reprezentacyjny libero zamiast medalu przywiózł z Pekinu inną pamiątkę – kontuzję kolana, która wykluczyła go z gry w meczach barażowych do ME. Okazało się, że oprócz Ignaczaka w spotkaniach tych zabraknie innych kluczowych zawodników polskiej reprezentacji takich jak Zagumny, Wlazły czy Winiarski. Trener Raul Lozano zarzucił swoim podopiecznym, że przedkładają urlopy nad dobro reprezentacji. Wywiązała się medialna dyskusja, w której jednak głosu nie zabrał Krzysztof Ignaczak. – Nie chciałbym tego komentować, bo wychodzę z założenia, że tłumaczy się winny – mówi libero polskiej kadry. – Sprawa jest dla mnie zamknięta. Jeżeli trener Lozano uważa, że poddanie się zabiegowi artroskopii kolana jest urlopem, to nie mamy o czym rozmawiać.
Był to już ostatni etap współpracy z argentyńskim szkoleniowcem, który meczami barażowymi do ME pożegnał się z polską reprezentacją i kibicami. – Lozano to szkoleniowiec dużej klasy, który wiele nauczył polskich siatkarzy – podsumowuje czteroletnią współpracę z Argentyńczykiem Krzysztof Ignaczak. – Pod jego wodzą bardzo się przybliżyliśmy do czołówki. To były owocne cztery lata, ale Raul jest już przeszłością. Teraz nowe wyzwania przed nowym szkoleniowcem. Mam nadzieję, że następca trenera Lozano także tchnie w nas coś nowego i będziemy mogli wskoczyć jeszcze o stopień wyżej.
Nie kończę kariery!
Wielu reprezentantów Polski przebąkuje, że zamierzają zrobić sobie urlop od występów w kadrze. Do tej grupy nie zalicza się jednak Krzysztof Ignaczak. – Jeśli trener reprezentacji będzie chciał skorzystać z moich usług, jestem gotów – deklaruje. – Na pewno od mojego zdrowia zależeć będzie, czy będę brał udział w całych przygotowaniach kadry, czy tylko w części. Ale na razie, dopóki zdrowia mi wystarcza, nie zamierzam kończyć kariery.
Jakie są obecnie sportowe marzenia Krzyśka Ignaczaka? - Mam takie, które się do tej pory jeszcze nie spełniło – zdradza. - Zawsze marzyłem o tym, żeby zagrać w Sisley Treviso. Ale jeszcze wszystko przede mną – śmieje się „Igła” i po chwili już poważnie dodaje: – W tej chwili moje marzenia są bardziej związane z klubem – zdradza. – Grać jak najlepiej, dostać się do strefy medalowej i po tych kilku latach przerwy znowu stanąć na najwyższym stopniu podium.
Facet od czarnej roboty
Patrząc dziś na to, jak poczyna sobie w obronie, czy przyjęciu od razu nasuwają się myśli, że Ignaczak jest stworzony do pozycji, jaką jest libero. Ale, jak ze śmiechem mówi sam Krzysiek, to pozycja libero została wymyślona dla niego.
-Wydaje się, że Pan Acosta stworzył tą pozycję dla ludzi o takich predyspozycjach jak ja – opowiada. - To pozwoliło mi zaistnieć przede wszystkim w reprezentacji, bo jako przyjmujący mógłbym być jednym z wielu ligowych, nie wyróżniających się zawodników i nie wiadomo, czy grałbym w takim zespole, jakim jest Skra Bełchatów. Być może byłbym w jakimś dużo słabszym, może nawet drugoligowym klubie.
Mimo sukcesów, jakie odnosi na tej pozycji, wciąż „ciągnie wilka do lasu”. - Jeśli kiedyś atakowałeś, to gdzieś tam w duchu zawsze Cię będzie ciągnęło do tego ataku – wyjaśnia i zaraz potem dodaje - No ale realizuję się na treningach (śmiech). Można powiedzieć, że gdzieś tam, jeśli można to na rozgrzewce sobie człowiek podskoczy i zaatakuje. Tylko tyle z tego zostało, bo jeśli jest się libero, to trzeba koncentrować się na swojej pracy i na treningach, ćwiczyć element obrony i przyjęcia.
Krzysztof Ignaczak (fot. reprezentacja.net)
Z lekkim smutkiem przyznaje, że pozycja, na której gra, nie zawsze jest doceniana przez ludzi, którzy nie są mocno związani z siatkówką. Wszystko przez to, że dobry libero, jest na boisku niemal niewidoczny, a w blasku fleszy zazwyczaj znajdują się atakujący, którzy po każdej udanej akcji skupiają na sobie uwagę kibiców i dziennikarzy.
-To jest taka trochę niewdzięczna, czarna robota, bo wbrew pozorom jest to dosyć odpowiedzialna funkcja w zespole – opowiada Krzysiek. - Spoczywa na tobie ciężar zarówno ustawienia zespołu w obronie, jak i przyjęcia zagrywki. A przyjęcie zagrywki, jak wiadomo, jest to pierwszy kontakt z piłką, a od tego praktycznie wszystko się zaczyna. A wiadomo przecież, że dla większości kibiców widowiskowość i spektakularność piłki siatkowej polega na zbijaniu i atakowaniu piłek.
Prywatnie...
...szczęśliwy mąż i ojciec. Swoją żonę poznał w szkole, ale nie od razu między nimi zaiskrzyło. Pod koniec szkoły średniej Iwona wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie zdawała maturę i kontynuowała swoją edukację.
- Po powrocie ze Stanów tak jakoś żeśmy się „spiknęli” – wspomina Krzysiek. - Spotkaliśmy się jeszcze potem kilka razy, gdzieś tam umówiliśmy się na śledzika. Znaliśmy się dosyć długo wcześniej, ale zaiskrzyło między nami właściwie po tym jak wróciła z za oceanu.
Syn Sebastian ma 4,5 roku. - Jest bardzo podobny do mnie i to zarówno pod względem wizualnym, jak i pod względem charakteru – przyznaje Igła. - Jest trochę uparty, ma swoje zdanie na każdy temat i ciężko jest go przekonać do czegokolwiek – to chyba najprostsza charakterystyka Sebastiana.
Na pytanie, czy rozpoznaje tatę w telewizji, Krzysiek woła z oburzeniem - No jak!? No pewnie!! – po czym dodaje z dumą. - On już wszystkich rozpoznaje. To jest bardzo inteligentne dziecko. Jest mądrym, ułożonym chłopcem.
- Staram się wywiązywać z roli ojca jak najlepiej. Ciężko mi jest być perfekcyjnym ojcem, ponieważ dużo czasu mnie nie ma – mówi. - Mam nadzieję, że moja żona nie ma do mnie jakiś zarzutów jako do ojca, no nie wiem, kochanie, masz jakieś zastrzeżenia (śmiech)? – odwraca się, żeby zapytać żonę. - Żona mówi, że do publicznej wiadomości nie ma żadnych zastrzeżeń (śmiech).
Każdą wolną chwilę Igła poświęca na zabawy z synem. - Staram się mu w ten sposób wynagradzać ten czas, kiedy mnie nie ma. Spędzam z nim każdą wolną chwilę na zabawach, rozwijaniu jego zainteresowań.
Krzysiek Ignaczak z synem (fot. Zbiory prywatne Krzysztofa Ignaczaka)
W chwilach tylko dla siebie Krzysiek czyta Johna Grishama i ogląda filmy. – Al Pacino, Robert De Niro, czy z czarnoskórych aktorów Samuel L. Jackson - to są moi ulubieni aktorzy, z którymi lubię oglądać filmy, grają świetne role.
Prywatnie, poza boiskiem marzy o tym, żeby wybudować sobie dom, w jakimś cichym i spokojnym miejscu - I na starość mieć tyle pieniędzy, żeby nie musieć pracować (śmiech).
Naprawdę jaki jestem, nie wie nikt...
-Tak chciałoby się powiedzieć. Ale tak naprawdę jest całkowicie odwrotnie. Na prośbę o scharakteryzowanie samego siebie Krzysiek tylko kręci głową. - Myślę, że to pytanie trzeba byłoby skierować do mojej małżonki i do moich najbliższych znajomych. Nie potrafię poddać się samoocenie, no niestety.
Co więc sądzą o nim inni?
- To jest bardzo ambitny facet – stwierdza od razu Dawid Murek. - Do każdego treningu podchodzi zawsze z pełnym zaangażowaniem. Wydaje mi się, że to jest bardzo dobry materiał na zawodnika na pozycję, na której gra. Ma chyba wszystkie walory, jakie są potrzebne rasowemu libero. Szybko potrafi znaleźć się zarówno w towarzystwie, jak i na boisku i bardzo dobrze mu to wychodzi. Na boisku dużo gada. Przyzwyczailiśmy się już do tego „gadania”, chociaż niektórym jeszcze trochę to przeszkadza. Ale on właśnie taki jest, że musi coś z siebie wyrzucić.
- Krzysiek to jeden z najlepszych libero w Polsce – odpowiada Alojzy Świderek, drugi trener naszej kadry. - Trochę nie wyszła mu ta rywalizacja z Piotrkiem przed MŚ, ale jest to na pewno jeden z zawodników, który jest podporą reprezentacji na tej pozycji i mam nadzieję, że nadal będzie. Chcieliśmy jednak zmienić pewne przyzwyczajenia, które ma. Chodzi przede wszystkim o to, żeby w czasie gry nie próbował myśleć za innych, a skupiał się na tych rzeczach, które on ma robić na swojej pozycji. Żeby organizował grę w obronie i przyjęciu. To są jego dwa największe zadania. A pozostałe, że tak powiem składniki gry, są w rękach i głowach innych zawodników. I wydaje mi się, że nam się to udało.
W przyszłości...
- Chciałbym grać jak najdłużej, dopóki zdrowie pozwoli, dopóki włodarze klubu będą chcieli korzystać z moich usług – deklaruje Igła. - Ale wiem, że okres końca tej mojej kariery na pewno kiedyś nadejdzie i chciałbym tą wiedzę, którą sam zdobywam, umieć przekazać młodym adeptom sportowym. Może zostanę trenerem młodzieży, może po zakończeniu kariery uda się otworzyć jakąś własną działalność gospodarczą, rozwinąć jakąś wielką, niesamowitą firmę, kto wie?
-------------------
*Natalia Starosta - Reprezentacja.net,
aktualizacja Joanna Majtyka - Reprezentacja.net listopad 2008
--------------------
*Niniejszy tekst w rozszerzonej wersji, uzupełniony o dodatkowe materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów.