Nie zawsze było różowo, czasem patrzyłyśmy na siebie wilkiem. Ale wytrzymałyśmy i jeszcze długo ze sobą wytrzymamy - mówi środkowa najlepszej w Europie żeńskiej reprezentacji siatkarskiej Katarzyna Skowrońska.
Trudno sobie wyobrazić drużynę prowadzoną przez Andrzeja Niemczyka bez "Skowronka". Jej skuteczne bloki i mocne serwisy były jednym z kluczy do sukcesu. Pani Katarzynie słowa [...]
Nie zawsze było różowo, czasem patrzyłyśmy na siebie wilkiem. Ale wytrzymałyśmy i jeszcze długo ze sobą wytrzymamy - mówi środkowa najlepszej w Europie żeńskiej reprezentacji siatkarskiej Katarzyna Skowrońska.
Trudno sobie wyobrazić drużynę prowadzoną przez Andrzeja Niemczyka bez "Skowronka". Jej skuteczne bloki i mocne serwisy były jednym z kluczy do sukcesu. Pani Katarzynie słowa uznania należą się tym bardziej, że przez całe mistrzostwa zmagała się z chorobą.
Co to za choroba Panią dopadła?
Miałam zapalenie oskrzeli. Brałam antybiotyki, wychodziłam na boisko i grałam. Trochę się obawiałam, jak to będzie wyglądało podczas badań antydopingowych, ale lekarz mnie zapewniał, że nie mam strachu i złotego medalu na pewno nam nie odbiorą (śmiech).
Z jakim nastawieniem jechałyście na mistrzostwa?
Podchodziliśmy do tego bardzo spokojnie, na dystans. Nie chciałyśmy zapeszać i utwierdzać się w przekonaniu, że jesteśmy najlepsze i jedziemy po złoto. Nie można być przemądrzałym, bo pewność siebie może uśpić.
W Zagrzebiu polska drużyna szła jak burza. Miałyście jakieś momenty załamania?
Były takie momenty, ale nie na samych mistrzostwach. Pojawiały się w trakcie przygotowań. Momentami chciało się powiedzieć: mam już dosyć, chcę już wracać, chcę mieć święty spokój. W końcu przebywałyśmy ze sobą bez przerwy kilka miesięcy.
No właśnie, jak to znosiłyście?
Nie zawsze było różowo. Czasem patrzyłyśmy na siebie wilkiem. Przez pół roku razem na śniadaniu, na treningu, na obiedzie, na treningu, na kolacji, na odnowie biologicznej. Ale na szczęście trener dawał nam nieco odpocząć od siebie. Na zgrupowaniach pozwalał, aby odwiedzały nas rodziny i znajomi. Wytrzymałyśmy teraz, to i jeszcze długo ze sobą wytrzymamy.
Gdyby nie błędna decyzja sędziego, dramatyczny półfinał z Rosjankami skończyłby się wcześniej.
Nie mogłam w to uwierzyć. Najpierw cieszyłyśmy się ze zwycięstwa, a potem nagle z radości podskakiwały Rosjanki. Spojrzałam na sędziego błagalnym wzrokiem w nadziei, że może coś zmieni, ale tak się nie stało. Wierzyłam jednak, że wszystko skończy się po naszej myśli. I tak też było. Ten półfinał był bardzo wyczerpujący. Po takim meczu czuje się każdy mięsień. Byłyśmy zmęczone, ale świadomość, że na pewno mamy medal, uspokoiła nas i pozwoliła na luźniejszą grę w finale.
Co było najprzyjemniejsze podczas tych mistrzostw?
Najlepiej zapamiętałam ostatnią piłkę, wręczenie medalu i wędrującą do góry polską flagę przy dźwiękach Mazurka Dąbrowskiego. Obroniłyśmy mistrzostwo Europy, ale w pewnym sensie zdobyłyśmy od nowa. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, jednak na następne trofea przyjdzie czas. Na razie cieszymy się z tego medalu.
Mistrzostwa zaczęły się bardzo smutną wiadomością o śmierci Arka Gołasia.
Nie ma co ukrywać, że początkowo cały zespół się rozkleił. Raz, że nagle zabrakło Arka, a dwa - że ten wypadek uświadomił nam, jak kruche jest ludzkie życie. Najpierw nas to osłabiło, a potem zadziałało bardzo mobilizująco. Podobnie było dwa lata temu. Wtedy motywująco wpłynęła na nas kontuzja Asi Mirek. Zawzięłyśmy się i powiedziałyśmy, że przywieziemy ten medal Asi. Tak samo było teraz. Przywiozłyśmy medal dla Arka.
Z Katarzyną Skowrońską rozmawia Adrian Dąbek
źródło: Gazeta Wyborcza
opracowanie: Karolina Kosek