Selekcjoner reprezentacji Polski kobiet, Ireneusz Kłos, stoi przed nie lada wyzwaniem. Musi godnie zastąpić swego poprzednika, Andrzeja Niemczyka. A sprawa to wcale niełatwa, jednak Kłos się nie poddaje.

Dziś wczesnym rankiem „Złotka” grały z Kenią, o której trener Ireneusz Kłos w wywiadzie tylko dla „Sportu” powiedział, że „nie wiemy, co prezentują te egzotyczne jeśli chodzi o siatkówkę kraje (właśnie Kenia i Kostaryka), ale przypuszczam, że będą dostarczały rywalom punkty”. Już wiemy, czy w przypadku Afrykanek to się potwierdziło i czy został zrobiony pierwszy krok do wyjścia z grupy. Wyjście z grupy to plan minimum, a maksimum? Dziewczyny wierzą w medal, trener na pewno też.
Selekcjoner reprezentacji Polski kobiet, Ireneusz Kłos, stoi przed nie lada wyzwaniem. Musi godnie zastąpić swego poprzednika, Andrzeja Niemczyka. A sprawa to wcale niełatwa, jednak Kłos się nie poddaje.
- Przekonał pan już siatkarki do siebie?
-
Wydaje mi się, że pierwsze przełamanie lodów nastąpiło jakieś dwa lata temu, gdy przyszedłem do reprezentacji – mówi
Ireneusz Kłos. –
Oczywiście, nigdy wcześniej dziewczyny nie słyszały o jakimś tam Kłosie. Rozegrałem wtedy mecz pokazowy z wówczas narzeczonym, a teraz mężem Małgorzaty Glinki, Roberto Mogentale. Graliśmy jeden na jeden do 15 punktów. Wtedy widziałem, choć niestety tylko kątem oka, że dziewczyny otwierały buzie ze zdziwienia patrząc na to, że facet w takim wieku jak ja, może jeszcze robić takie numery, oczywiście sportowe. Wysoko pokonałem jednego z najlepszych siatkarzy Serie B i urosłem dość wyraźnie w oczach siatkarek. Chyba wtedy właśnie zdobyłem zaufanie dziewczyn. A teraz? Odcinam kupony od tego co zrobiłem wcześniej.
- To pana pierwsza tak ważna impreza?
-
Jako trenera tak. Oczywiście ważny też był turniej kwalifikacyjny w Warnie do World Grand Prix 2007, ale najważniejsze są mistrzostwa, które odbywają się co cztery lata. Jako zawodnik byłem na trzech MŚ i nie udało mi się nigdy zdobyć medalu. Mam nadzieję, że uda się to z obecną drużyną. Naprawdę mamy olbrzymie szanse.
- Na co naprawdę stać ten zespół? Jest pan chyba jedyną osobą, która realnie może to stwierdzić.
-
Kiedy ludzie zadają mi to pytanie, odpowiadam, że ten zespół, z tymi problemami zdrowotnymi, jakie pojawiły się w ostatnim czasie, stać jedynie na zdobycie od 5. do 12. miejsca. To jest, niestety, fakt. Oczywiście nie mówię, że nie zdobędziemy nic ponadto. Bardzo chciałbym by tak się stało. Chciałbym, aby dziewczyny wreszcie potwierdziły się na arenie światowej. Ale jeśli zdołamy ugrać coś więcej, to będzie olbrzymi sukces.
Jak pan ocenia rywali grupowych?
- Wylosowaliśmy dobrą grupę. Faworytem do zwycięstwa są oczywiście gospodynie. Na swoim terenie będą na pewno groźne, a po ich stronie stanie jeszcze spora liczba kibiców, co nie ułatwi nam zadania. Na pewno groźne będą Koreanki. Tajwan też może sprawić trudności, bo jakkolwiek by było reprezentuje azjatycką siatkówkę. Jeśli chodzi o Kenię i Kostarykę to nie wiemy co prezentują te egzotyczne, jeśli chodzi o siatkówkę, kraje. Przypuszczam, że będą to zespoły, które będą dostarczały innym punkty. Ale nie lekceważymy ich właśnie dlatego, że nie wiemy na co je stać.
*więcej w Sporcieźródło: Sport
opracowanie: Anna Sówka