seniorzy 18.01.2007 20:30:38
Kariera tego zawodnika rozwija się w sposób oszałamiający. Ma dopiero 23 lata, a już uważany jest za jednego z najlepszych siatkarzy na świecie. Na swoim koncie posiada tytuły m.in. mistrza Polski, zdobywcy Pucharu Polskim oraz... mistrza świata juniorów i ten najważniejszy – wicemistrza świata w kategorii seniorów. Podczas japońskich mistrzostw globu w 2006 roku, razem z Gibą i Matey’em Kazijskim nominowany został do tytułu MVP. Po tych kilku zdaniach już chyba każdy kibic wie, o kim mowa. O atakującym reprezentacji Polski– Mariuszu Wlazłym.
|
Mariusz Wlazły
Data urodzenia: 4 sierpień 1983 Pseudonim: Szampon Pozycja: atakujący Wzrost: 195 cm Waga: 80 kg Zasięg w bloku: 345 cm Zasięg w ataku: 365 cm
Sukcesy:
|
Siatkarz z przypadku
„Grać zacząłem przez przypadek - wspomina Mariusz. - W zasadzie to dzięki koledze. To było w piątej klasie podczas szkolnych zawodów pływackich. Miałem wtedy jedenaście lat. Przyszedłem na trening siatkówki po kolegę, żeby iść z nim na basen. Zostałem, trochę pograłem i tak mi się to spodobało, że gram w siatkówkę do dzisiaj.
" Oprócz pływania grałem także w piłkę nożną, ale siatkówkę uprawiałem zdecydowanie z największą przyjemnością. Z tego powodu wybrałem właśnie tę dyscyplinę i poszedłem tym torem. Na początku przeszkodzą były warunki fizyczne. Nie byłem wysokim chłopcem, miałem tylko 175 cm wzrostu. Urosłem dopiero mając 16 lat, kiedy byłem w drugiej klasie szkoły średniej.”
Klubem, w którym przyszły mistrz świata juniorów rozpoczynał swoją przygodę z siatkówką, był WKS Wieluń. Pierwszym poważnym osiągnięciem sportowym popularnego Szampona było zdobycie piątego miejsca podczas mistrzostw Polski w kategorii młodzików. W Wieluniu grał jeszcze przez pewien czas w seniorskiej siatkówce, w trzeciej lidze. W 2001 roku przeszedł do drugoligowego klubu SPS Samas ze Zduńskiej Woli, z którym w tym samym sezonie udało mu się awansować do serii B siatkarzy. Sezon 2002/2003 Mariusz rozpoczął, zatem już jako zawodnik beniaminka serii B.
„SPS Zduńska Wola był moim pierwszym zawodowym klubem. Zawodowym, bo tam zacząłem zarabiać jakiekolwiek pieniądze. Trenerem był wtedy niestety już nieżyjący Wiktor Dłubała” – mówi Mariusz.
Mistrz Świata juniorów
W reprezentacji juniorów debiutował w 2002 roku. Wtedy to znalazł się w kadrze Grzegorza Rysia na Mistrzostwa Starego Kontynentu. - Pierwszy występ w narodowych barwach - trzecia klasa szkoły średniej - wspomina Mariusz - Graliśmy wtedy z Norwegią mecz towarzyski podczas zgrupowania przed mistrzostwami Europy.
Rok później, jeszcze jako zawodnik SPS Automark, Wlazły pojechał na mistrzostwa świata juniorów do stolicy Iranu – Teheranu.
Początek turnieju nie był dla Mariusza udany. Przez długi czas oglądał poczynania swoich kolegów z perspektywy ławki rezerwowych - na boisku pojawiał się epizodycznie. Przełomowym momentem w karierze młodego atakującego był półfinałowy mecz z Bułgarią, w którym pojawił się ma parkiecie po pierwszym przegranym przez naszą drużynę secie. Wprowadzenie Mariusza na boisko okazało się trafieniem w „dziesiątkę”. Popularny Szampon zdobył aż 19 punktów dla swojej drużyny i tym samym przyczynił się do końcowego sukcesu zespołu. W finałowym meczu z Brazylią było też nienajgorzej - Mariusz zdobył aż 15 punktów.
„Pojechaliśmy i... zdobyliśmy złoty medal – z uśmiecham na ustach opowiada Mariusz. - To był mój pierwszy tak ogromny sukces. Największym naszym atutem na tamtych mistrzostwach był fakt, że graliśmy całą drużyną. Gdy jeden z zawodników nie miał dnia, wchodził zmiennik i on grał. W następnym meczu ten zmiennik wychodził w podstawowej szóstce. Jemu nie szło, więc na parkiecie pojawiał się siatkarz zmieniany w poprzednim spotkaniu. I było tak na każdej pozycji. Nie dało się wskazać pierwszej, podstawowej ‘szóstki’. Grało dwunastu ludzi, raz grali lepiej, raz gorzej. Istniał jedynie zarys podstawowego składu. Filarem zespołu był Michał Winiarski, on rzadko był zmieniany. To on prowadził ekipę do medalu.
- W meczu finałowym wyszedłem w szóstce, bo zagrałem dobrze półfinał z Bułgarami. A z Bułgarami grałem tylko jako zmiennik, gdyż z kolei słabo zagrałem w ćwierćfinale – kontynuuje nasz atakujący. Podkreśla też, że miał znakomitych konkurentów na swojej pozycji. - O miejsce w szóstce rywalizowałem z Marcelem Gromadowski i Adrianem Patuchą. Teraz, z perspektywy czasu, można powiedzieć, że robię największą karierę. Jednak wtedy ciężko było załapać się do ‘dwunastki’, żeby pojechać na mistrzostwa. Musiałem naprawdę ciężko pracować i wylać dużo potu na treningach, żeby trener Ryś wziął pod uwagę moją osobę.”
Najważniejsze lata w Bełchatowie
Wywalczenie złotego medalu na mistrzostwach Świata w Iranie sprawiło, że młodym siatkarzem zainteresowały się kluby serii A, a wśród nich Skra Bełchatów.
„Do Skry miałem trafić jeszcze przed sezonem. Niestety był konflikt klubów. Później klub ze Zduńskiej Woli stwierdził, że nie będą mi robić przeszkód i przeszedłem do Bełchatowa w połowie sezonu ”- opowiada Mariusz. Młody atakujący pojawił się w Bełchatowie dość niespodziewanie w połowie sezonu ligowego 2003/2004.
- Na początku ciężko było się przestawić. Przez pierwsze miesiące nie mogłem odnaleźć się w ekstraklasie. Później powoli robiło się łatwiej. Z czasem nabierałem doświadczenia, uczyłem się od kolegów z zespołu. Z roku na rok było lepiej, a mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej – dodaje siatkarz. W klubie z Bełchatowa miał szansę pracować z jednym z najlepszych polskich trenerów – Ireneuszem Mazurem. Jak sam mówi, Skra to jego pierwszy i jak dotychczas jedyny profesjonalny klub. Zdobył z nim dwa razy z rzędu mistrzostwo i Puchar Polski – w sezonach 04/05 i 05/06.
To w Bełchatowie zaczął zarabiać na siatkówce. Dyscyplina ta stała się po części jego zawodem, jak sam podkreśla. - Siatkówka to nasz zawód, więc gramy za pieniądze. Czym gramy lepiej, tym zarabiamy większe pieniądze. Trzeba traktować to jako normalną pracę. Z tego się żyje. A czy gramy dla pieniędzy, czy dla przyjemności, to już każdego indywidualna sprawa. W pewnym momencie przychodzi taki czas, że sprawy finansowe zaczynają brać górę. Wiecznie się grać nie będzie, więc trzeba sobie jakoś zabezpieczyć przyszłość. Ale w moim przypadku jeszcze gram dla przyjemności. Na szczęście! – śmieje się Mariusz.
Już pod koniec sezonu 05/06 mówiło się, że Wlazły odejdzie ze Skry. Otrzymał kilka intratnych ofert, między innymi z najsilniejszej ligi świata – włoskiej Serii A. Postanowił jednak pozostać jeszcze co najmniej rok w Polsce. Jednym z powodów był na pewno fakt, że z klubem z Bełchatowa do końca sezonu 06/07 wiąże go kontrakt. Ale Mariusz chce jeszcze nabierać doświadczenia w Polskiej Lidze Siatkówki, jak podkreśla: „Nie śpieszy mi się do Włoch”. - Zastanawiam się nad pewnymi rzeczami i ciężko teraz podejmować jakiekolwiek decyzje. Na razie mam sezon, więc trzeba skupiać się na innych rzeczach i nie wiem co zrobię po jego zakończeniu. W tym roku miałem jeszcze ważny kontrakt, więc byłem związany w Bełchatowem i ciężko byłoby mi odejść. A co zrobię po tym sezonie? To jest rozmowa na kwiecień, maj...
Nasz reprezentacyjny atakujący nie wyklucza możliwości, że nadal pozostanie w polskiej lidze. Docenia nasze krajowe parkiety. Twierdzi, że dzięki nowym, bogatym sponsorom i klasowym zawodnikom, PLS rośnie w siłę. - Liga polska staje się coraz silniejsza. Przychodzi do nas wielu klasowych zawodników z zagranicy, co podnosi jej poziom. Poza tym my sami także podnosimy poziom naszej krajowej ligi, osiągając reprezentacyjne sukcesy. Każda drużyna chce ugrać jak najwyższe trofeum i buduje zespół właśnie z myślą o tym. Jednak do ligi włoskiej jeszcze trochę nam brakuje. Seria A to nadal potęga. Gra tam bardzo wiele gwiazd siatkówki. Praktycznie wszyscy Brazylijczycy, Włosi, Serbowie. A grać przeciwko takim zawodnikom jak Ivan Miljkovic czy Andrija Gerić to naprawdę wyzwanie i do każdego meczu trzeba się maksymalnie przygotowywać i koncentrować.
Reprezentacja seniorska
Powołanie do seniorskiej reprezentacji Mariusz otrzymał w 2004 roku, kiedy trenerem kadry był Stanisław Gościniak. Sezon reprezentacyjny nie trwał dla niego jednak zbyt długo. Kontuzja barku wyeliminowała go z przygotowań olimpijskich. Wrócił do Bełchatowa, gdzie po wyleczeniu urazu przygotowywał się wraz ze Skrą do nowego sezonu.
„Pierwsze powołanie do kadry seniorskiej dostałem w roku olimpijskim. Ale przez kontuzję barku nie mogłem uczestniczyć w przygotowaniach, wobec czego ta kadra nie wyglądała tak, jak miała wyglądać. Wolałem zadbać o bark, żeby później nie mieć problemów. Zrezygnowałem na dwa miesiące z treningów. Potem była olimpiada, a ja przygotowywałem się do sezonu z klubem.”
- W następnym sezonie grałem już normalnie – kontynuuje opowieść popularny Szampon. - Trener Lozano widział mnie w roli pierwszego atakującego, zaufał mi, a ja szybko odnalazłem się w tej reprezentacji. Graliśmy m.in. Ligę Światową, szło nam świetnie, aż do turnieju finałowego. W końcu przyszedł pamiętny mecz z Serbią i Czarnogórą. Jednak, mimo wszystko, ta porażka nie zrobiła na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Rozegrałem już kilka meczów, gdzie wygrywając 2:0, przegraliśmy 3:2. Drugą sprawą było to, że mogliśmy wygrać bardzo dużo pieniędzy. Pomiędzy trzecim a drugim miejscem było 300 tys. dolarów różnicy. A czy szkoda? Z perspektywy czasu raczej nie żałuję. Mogło być lepiej, ale było tak, jak było – opowiada.
- Potem były mistrzostwa Europy. Tu również mało nam brakowało do medalu, jak na każdej imprezie. Wszystko rozbiegało się o parę piłek, które gdybyśmy wygrali, bylibyśmy w strefie medalowej. Ja nie twierdzę, że te mistrzostwa były dla nas nieudane lub udane. Każdy może to inaczej postrzegać. Dla mnie były to pierwsze mistrzostwa i cieszę się z piątego miejsca.
W 2006 roku biało-czerwonym nie udało się zakwalifikować do finałowej szóstki Ligi Światowej. Małymi punktami przegrali z reprezentacją Serbii i nie wyszli z grupy eliminacyjnej. Jednak powetowali sobie to w japońskich finałach mistrzostw świata. Reprezentacja Polski zdobyła tam srebrny medal, a Mariusz znalazł się w trójce zawodników nominowanych do nagrody MVP mistrzostw. Nie zdobył jednak tego tytułu i ostatecznie musiał uznać wyższość Giby.
- Bardzo się cieszę ze srebrnego medalu, chociaż wiem, że u niektórych niedosyt pozostał. Cieszę się nie tylko z medalu, ale też z faktu, że dzięki temu sukcesowi Polacy zaczęli interesować się siatkówką. Spotkałem wielu ludzi, którzy gratulowali mi i mówili, że dzięki nam oglądają teraz każdy mecz. Dla tych ludzi ogromną wartość ma to, że po kilkudziesięciu latach polska drużyna wreszcie coś osiągnęła. Fajnie, że na mistrzostwach świata i że jest to tytuł wicemistrza. Czy moglibyśmy zdobyć mistrzostwo, czy nie, trudno powiedzieć. Brazylijczycy zagrali kapitalnie, wręcz kosmicznie. Nie mieliśmy nic do powiedzenia. Zagrali bardzo szybko i bardzo skutecznie. Patrząc na mistrzostwa teraz, na sucho, każdy z nas cieszy się, że mógł w nich uczestniczyć, bo przed nimi słychać było, że nie wiadomo w jakim celu tam jedziemy, czy też, ze znowu przegramy z Rosją w najważniejszym spotkaniu. I stało się tak jak przewidywała większość. Mecz z Rosją był dla nas przełomowy. Układał się dosyć dziwnie, zaskoczyli nas. Nie mogliśmy poradzić sobie w ataku. Mi udawało się te piłki jakoś kończyć, ale nie radziły sobie środki i drugie skrzydło. Po dwóch setach zabrakło mi siły i chyba jeszcze umiejętności. Zszedłem z boiska, zastąpił mnie Grzesiek Szymański. Na lewy atak wszedł Piotrek Gruszka. Oba skrzydła zaczęły grać, włączyły się środki i każdy z nas w tym meczu, nawet jeżeli nie grał, dawał z siebie wszystko, abyśmy go wygrali. No i powiodło się. A przegrywając to spotkanie, nawet wygrana z Serbami nic nam nie dawała. Także znowu przegralibyśmy wszystko przez mecz z Rosją.
Wlazły, jak sam wspomniał, w spotkaniu przeciw Rosjanom miał słabsze momenty. W trzeciej partii zmienił go Grzegorz Szymański. - Wychodzę z założenia, że jeżeli ja gram słabo, a ktoś gra lepiej, to niech gra ten ktoś. Tu nie liczy się indywidualny interes, bo siatkówka jest grą zespołową. Indywidualnie to można skakać w dal, o tyczce, albo biegać. A tu jeden człowiek nie może nic zrobić, jest potrzebna cała drużyna. Jeśli coś nie funkcjonuje, to trzeba to ogniwo zmienić, aby coś zaskoczyło i te wszystkie trybiki zaczęły działać. Jeśli ja nie mam dnia, niech gra ktoś inny. Mogę się wtedy tylko na siebie denerwować, że mi nie idzie. A co ciekawe, stojąc w kwadracie dla rezerwowych można się wiele nauczyć.
Po powrocie do Polski naszych siatkarzy spotkała bardzo miła niespodzianka. Na powitanie na lotnisko przyszło ponad tysiąc kibiców. Na placu Zamkowym, gdzie biało-czerwoni spotkali się z fanami, było ich kilka tysięcy. Jednak Szampon nie uczestniczył w tym spotkaniu. Nie był także na spotkaniach z prezydentem i premierem. Bardzo ceni sobie spokój i jak sam mówi, wolał odpocząć.
„Po powrocie do Polski była nadal ogromna radość. Byliśmy bardzo zadowoleni z tak genialnego przyjęcia kibiców. Nie mogłem jednak uczestniczyć w uroczystościach związanych ze świętowaniem tytułu w stolicy, bo musiałem odpocząć i skupić się na moim zdrowiu, aby do sezonu przygotować się przede wszystkim mentalnie. Zrezygnowałem z np. wizyty u prezydenta i spotkania z kibicami na placu Zamkowym. Mając niecałe dwa dni wolnego i perspektywę rozpoczęcia ligi, to jest to czas dla mnie bardzo ważny.”
„Mam dopiero 23 lata, a być w tym wieku wicemistrzem świata w sporcie zespołowym to naprawdę ogromne osiągnięcie. Jestem nadal bardzo szczęśliwy, a muszę przyznać, że stojąc na podium, nie wierzyłem, że ten medal wisi u mnie na szyi.”
Nie stresuję się nigdy
„Nigdy nie odczuwam presji – mówi Mariusz Wlazły. - Staram się nie stresować, bo to nie pomaga, a szkodzi. Zrozumiałe jest, że na najważniejsze w meczu piłki człowiek się szczególnie koncentruje, żeby je akurat skończyć. Ale nie można mylić tego ze stresem, bo to jest jednak zupełnie inne odczucie. Nie boję się ryzykować w najważniejszych momentach meczu. Jakbym się bał, to bym nie grał.
Rywale znają styl gry Mariusza. Wiedzą, że jest on najpotężniejszą strzelbą, czy to w zespole ligowym, czy w reprezentacji. Dlatego w większości przypadków, kiedy Wlazły dostaje piłkę od rozgrywającego, czeka już na niego podwójny lub potrójny blok.
- Jestem przyzwyczajony, że atakuję na podwójnym, czy potrójnym bloku. Teraz w siatkówce liczy się także taktyka. Każdy zawodnik jest bardzo dokładnie rozpisywany i rozpracowywany. Oglądając mecze z moim udziałem, bez specjalnej analizy widać, że zdobywam wiele punktów. Dlatego każdy stara się mnie zatrzymać. Nie stresuje mnie to jednak, ale wymaga większego zaangażowania. Bo z pojedynczym blokiem można jakoś sobie poradzić, ale z podwójnym trzeba trochę pokombinować, czy uderzyć, czy może zwolnić rękę, aby zdobyć punkt.
- Ja się nigdy z nikim nie porównuję. Każdy z nas gra inaczej, więc porównywać można jedynie skuteczność w ataku, przyjęciu, czy bloku. Ale nie można porównywać danej osobowości z inną. Porównania mnie z Ivanem (Miljkovićiem, reprezentantem Serbii uznawanym przez wielu za najlepszego atakującego świata – przyp. red) mnie śmieszą, bo ludzie nie wiedzą, co jest grane. On gra, to co umie najlepiej grać. Teraz jest trochę w słabszej formie, co jest wynikiem mistrzostw świata. Ale mimo tej słabszej formy prezentuje bardzo wysoki poziom. Wiele rzeczy można u niego podpatrzeć. Nie powiem, że ich nie potrafię, ale mogę je ulepszać. Nie czuję się od niego słabszy, ale lepszy też nie.
- Nie ma zawodnika, który byłby moim wzorem. Wielu siatkarzy, przeciwko którym grałem ma w sobie pewne rzeczy, które chciałbym przejąć i się ich nauczyć. Od każdego chętnie coś bym „zabrał” i zatrzymał u siebie.
Mariusz prywatnie...
Szampon w życiu prywatnym to bardzo spokojny i skromny człowiek. Nie da się wyczuć w nim nawet odrobiny "gwiazdorstwa". Po wielu sukcesach, które osiągnął, nadal pozostał sobą. W siatkówkę gra dla przyjemności, pieniądze stanowią dla niego tylko dodatkową motywację. Wszystkie wolne chwile, kiedy jest nawet na kilka godzin w domu, spędza z małżonką Pauliną i odpoczywa. Słowo „odpoczynek” kilkakrotnie przewija się w jego wypowiedziach.
- Jak spędzam czas wolny? Odpoczywam! – śmieje się Mariusz. - A poważnie mówiąc... To zależy, bo czasu wolnego za dużo nie mamy. Głównie przeleżę większość wolnych chwil, bo po ciężkiej pracy nie chce nam się nic robić. Jeżeli mam chwilę tylko i wyłącznie dla siebie, to kładę się do łóżka i odpoczywam. Jeżeli tego czasu wolnego jest więcej, tzn. na przykład dwa dni, to wtedy jadę do siebie do domu i tam odpoczywam.
- Marzą mi się jakieś wakacje, ale... nie mam czasu nawet ich zaplanować – kontynuuje ze śmiechem Mariusz.
Podczas dekoracji kończącej oficjalnie mistrzostwa świata siatkarzy mogliśmy zaobserwować, że nasz bohater pojawił się w hali z aparatem fotograficznym w ręku. Mało kto wie, że poza siatkówką to właśnie fotografia jest największą pasją Mariusza.
- Interesuję się fotografią. Jak tylko mogę, to biorę aparat do ręki i robię zdjęcia. Ale... na to też nie mam czasu – żartuje Szampon. - Zajmuję się tym mniej więcej od roku. Już dosyć dużo mam tych zdjęć, bo w wolnych chwilach zawsze próbuję coś „ustrzelić”.
Kiedy zadałem mu pytanie, jakim był uczniem, zapanowała chwila milczenia. Mariusz, śmiejąc się, odpowiedział: „Byłem przeciętnym uczniem. Raz bywało lepiej, a raz gorzej, jak to w szkole. Czasem bywało bardzo dobrze, a czasem bardzo źle. Jednak bardzo przyjemnie wspominam te czasy, bo to jest jednak czas beztroski. Nic, poza nauką nie trzeba robić. Nie trzeba myśleć o niczym innym. A życie dorosłe wygląda zupełnie inaczej. Trzeba myśleć o przyszłości i kombinować co zrobić, aby w życiu było lepiej. A w szkole było tak, że szło się rano, wracało się popołudniu, jadło się obiad i szło się na dwór z kolegami pograć w piłkę. Później odrabianie lekcji i spać. I następny dzień taki sam.
- Nie powiedziałbym jednak, że chcę wrócić do szkoły – opowiada dalej. - Nie mówię też, że teraz jest gorzej. Jest inaczej. Na pewno ostatnie lata w szkole były dla mnie dość ciężkie, bo zaczęła się kadra juniorów i często wyjeżdżałem. Pięćdziesiąt procent czasu w szkole mnie nie było, a później ciężko było nadrobić materiał. Teraz, chcąc wrócić do nauki, musiałbym gonić i nadrabiać zaległości. Jednak ten okres naprawdę miło wspominam. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że to jeden z najfajniejszych okresów w życiu...
Szampon, poproszony o krótką samoocenę, odpowiedział: „Ciężko jest samego siebie oceniać. Ja na pewno jestem bardzo uparty, i po części też ambitny. Ale ta ambicja czasami przeszkadza. Są rzeczy, których się nie da wykonać, a człowiek chce. A upór to czasami dobra cecha, bo jak się jest upartym w sporcie, to łatwiej jest dążyć do celu. Z drugiej strony upór w kłótniach nie jest wskazany. A ja niestety jestem w tych obu kwestiach uparty” – tajemniczo uśmiecha się Mariusz.
Wlazły od maja 2006 roku nie jest już kawalerem. Wybranką jego serca jest Paulina, także siatkarka bełchatowskiej Skry. Młodzi bardzo się kochają, a największy problem stanowią dla nich długie rozłąki. Wiedzą jednak, że takie jest życie sportowców i oboje to akceptują. Teraz, kiedy trwa sezon ligowy, ich rozłąki są na szczęście bardzo krótkie.
- Akurat jest tak, że nam się mniej więcej treningi pokrywają. Jeżeli Pauliny nie ma w domu, to mnie wtedy też nie ma. W tym momencie więc nasza rozłąka nie jest długa. Ale wyjeżdżając na reprezentację jest to dosyć ciężki okres dla niej i dla mnie. Być miesiąc poza krajem to dość tragiczne uczucie, ale do przeżycia.
Mariusz Wlazły to człowiek bardzo ambitny. Ale podkreśla, że tylko w tym, co robi na co dzień. Nie chce wybiegać za daleko w przyszłość, nie ma sprecyzowanych planów ani marzeń. Swoje marzenia podzielił na dwie kategorie, ale na obie odpowiedział tak samo:
„Zawodowe: odpocząć! A prywatne... Też odpocząć!” – wybucha śmiechem Mariusz. Dodaje po chwili: „Myślę o Igrzyskach Olimpijskich, ale tam najpierw trzeba się zakwalifikować, a później walczyć o medale. Jest to na pewno moje marzenie, ale dosyć odległe. Teraz trzeba myśleć o sprawach bieżących...”
-------------
** Niniejszy tekst w wersji rozszerzonej, uzupełniony o materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów.
źródło: reprezentacja.net
autor: Adrian Komorowski
Do wiadomości napisano 4 komentarze

-----------------------------
Kwalifikacje do ME seniorów
Olsztyn, Polska
Polska-Czarnogóra
piątek 16 maja 2008
godz. 17:00
Znasz Macromedia Flash?
To ogłoszenie dla Ciebie!