seniorzy 09.02.2007 07:07:07
„Drugi, to jest zawsze pierwszy przegrany, i tylko z takim podejściem można osiągnąć jakiś sukces.” Liczy się tylko zwycięzca - czyli filozofia życia Łukasza Kadziewicza.
|
CV: Łukasz Kadziewicz
Data urodzenia: 20 września 1980 Znak zodiaku: panna Pseudonim: Kadziu Specjalność: środkowy Stan cywilny: żonaty Dzieci: córka Amelia Wzrost: 206 cm Zasięg w bloku: 330 cm Zasięg w ataku: 350 cm
Kluby: AZS Olsztyn (2000 – 2004), Gazprom Surgut (2004/2005), Jastrzębski Węgiel
Sukcesy: wicemistrz świata (2006); olimpijczyk z Aten (2004), wicemistrz Polski z AZS Olsztyn (2004) i Jastrzębskim Węglem (2006)
|
Początki
Nie uznaje słowa „kariera”. To, co robi, uważa za największą przygodę swojego życia ― a tą przygodę zacząłem w Dobrym Mieście w szkole podstawowej ― mówi Łukasz. ― Zacząłem uprawiać ten sport w piątej klasie. Namówił mnie do tego mój pierwszy trener, śp. Ryszard Kuciak. Wcześniej, tak jak każde dziecko, bawił się w policjantów i złodziei, kopał piłkę i gdzieś w skrytości marzył, że zostanie wielkim piłkarzem. - Niestety, albo „stety”, jest siatkówka, z czego się bardzo cieszę. I oby tak zostało jeszcze na długie lata.
Będąc w szkole średniej z rodzinnego Dobrego Miasta przeniósł się do stolicy Warmii i Mazur ― Olsztyna. Tam, zaraz po ukończeniu liceum, stawiał swoje pierwsze kroki w profesjonalnej siatkówce. Olsztyński klub, który w tamtym czasie nie liczył się w walce o medale, ambitnie walczył o utrzymanie się w lidze.
- Wspominam bardzo ciepło czas i atmosferę, jaka panowała wtedy w drużynie ― mówi Łukasz ― poznałem fantastycznych ludzi, z którymi do dzisiaj mam bardzo dobry kontakt. Z Olsztynem zawsze będzie mnie łączyło takie ciepłe uczucie. Fajnie, że rozpocząłem swoją przygodę z siatkówką właśnie w tamtym mieście. Po kilku latach gry i mozolnego wspinania się na kolejne szczeble tabeli Polskiej Ligi Siatkówki, Łukasz wraz z PZU AZS Olsztyn sięgnął po upragniony medal.
W sezonie 2003/04 Akademicy zdobyli srebro Mistrzostw Polski. Kiedy skończyło się świętowanie, wiadomo już było, że ten, jakże udany sezon, był ostatnim spędzonym przez Łukasza w Olsztynie.
Zaraz po pierwszych występach w PLS Łukasz Kadziewicz dostał swoją szansę w reprezentacji Polski. Ryszard Bosek, ówczesny trener reprezentacji, powołał „Kadzia” na mecze Ligi Światowej.
- Jestem chłopakiem, który wychował się na prowincji, więc drzwi wielkiego świata po prostu stanęły przede mną otworem ― wspomina tamten okres Łukasz ― trener Ryszard Bosek zauważył mnie, dostałem od niego szansę ― na pewno do końca życia będę mu za to wdzięczny. Mimo „otwartych drzwi” nie miał zbyt wielu możliwości, żeby zaprezentować światu wszystko, co potrafi. Zbyt duża konkurencja na środku siatki sprawiła, że zazwyczaj był tym trzecim środkowym. Zagrał w zaledwie czterech meczach, we wszystkich wchodząc na poszczególne akcje z ławki rezerwowych.
- Byłem słaby ― przyznaje otwarcie ― miałem dużo braków. W tamtym momencie w reprezentacji grali ludzie z nazwiskami. Był Marcin Nowak, Robert Szczerbaniuk ― to były gwiazdy, był śp. Arek Gołaś, który przewyższał mnie o klasę. Konkurencja była i jest duża.
Rok później próżno było szukać jego nazwiska w szerokim składzie naszej reprezentacji. Nie znalazłszy uznania w oczach trenera kadry w 2002 roku, Mistrzostwa Świata w Argentynie pozostało mu śledzić w telewizji. Nie zniechęciło go to jednak do ciężkiej pracy i już rok później ponownie mogliśmy podziwiać go walczącego w Lidze Światowej. To właśnie w 2003 roku, w meczu przeciwko Rosji, którą podejmowaliśmy w katowickim Spodku, doczekał się swojego „debiutu” w podstawowej szóstce.
- Wiem, że wygraliśmy, wiem, że Radek Rybak zagrał bardzo dobre spotkanie, ale czy ja zagrałem dobrze? Szczerze mówiąc nie pamiętam ― odpowiada zapytany o wspomnienia z tamtego meczu. Pomimo dobrych recenzji, jakie zebrał po tamtym spotkaniu, nadal pozostawał jedynie rezerwowym.
Rok 2004 zapowiadał się podobnie. Było powołanie, było kilka dobrych występów, ale zbyt duża konkurencja na pozycji środkowego bloku sprawiła, że na Memoriale Huberta Wagnera w Olsztynie Łukasza mogliśmy oglądać w... Kadrze B. I pewnie na tej imprezie zakończyłby się dla niego ten sezon reprezentacyjny, gdyby nie nieszczęśliwa kontuzja Damiana Dacewicza, która sprawiła, że Kadziewicz znalazł się wśród zawodników powołanych na Igrzyska Olimpijskie w Atenach.
- Pojechałem na Olimpiadę, chociaż na nią nie powinienem jechać. Powinien jechać Damian, któremu niestety troszeczkę zdrowia zabrakło. To jest świetny człowiek i fantastyczny zawodnik i do tej pory jest mi przykro, tak szczerze, że ja byłem na tej Olimpiadzie, a nie pojechał tak doświadczony zawodnik, jak Damian ― mówi Łukasz. Mimo całkiem niezłej formy naszego reprezentanta, na boisku w Atenach zbyt często się nie pokazywał. Ten wyjazd pozwolił mu jednak zebrać doświadczenia, oswoić się z najlepszymi. - W przygodzie ze sportem bardzo ważne jest to, żeby młody zawodnik nawet pojeździł, nie wchodził na boisko, ale pojeździł, otrzepał się z hotelami, wioską olimpijską, jedzeniem, atmosferą wielkich imprez ― tłumaczy Łukasz ― żeby wiedział, że obok niego będzie stał mistrz olimpijski w różnej dyscyplinie sportu, świetni siatkarze i żeby nie miał otwartej buzi. Żeby z kącików nie ciekła mu ślina.
Doświadczenia
Po ostatnim, zakończonym na medalowej pozycji, sezonie w AZS Olsztyn Łukasz przeniósł się do rosyjskiego Gazpromu Surgut.
- Dostałem ciekawą propozycję z Rosji, z bardzo silnej ligi ― wspomina ― wyjeżdżałem tam w momencie, w którym tylko dwóch obcokrajowców mogło grać w jednej drużynie. Miałem 24 lata, stwierdziłem, że jest to dobry moment, żeby wyjechać, spróbować sił w jednej z najmocniejszych lig na świecie. Bardzo się cieszę i każdemu młodemu chłopakowi polecam taki wyjazd, bo będąc daleko od domu można poznać siebie, jakim się jest naprawdę sportowcem i człowiekiem. Można powiedzieć, że Rosja była dla niego prawdziwą szkołą życia. Z dala od domu, na dalekiej Syberii, gdzie jedynym „przyjacielem” był dla niego Robert Prygiel, kolega z drużyny i współlokator. Kadziewicz jednak szybko zaaklimatyzował się w nowym miejscu. Poznawał zwyczaje miejscowych i ciężko pracował, żeby utrzymać swoją pozycję w drużynie.
- Grałem tam w każdym meczu, starałem się utrzymywać bardzo wysoki poziom ― opowiada. - Gra była skoncentrowana również na mojej osobie, bo wiadomo, jak jest za granicą: jeśli drużyna gra dobrze, to grają bardzo dobrze wszyscy zawodnicy. Jeśli drużyna gra źle, to źle grają obcokrajowcy… To mnie bardzo dużo nauczyło pod względem profesjonalizmu ― zawsze wymagać od siebie najwięcej i nie czekać na to, że po wygranym meczu będziesz pierwszy, który będzie chwalony.
Inne wspomnienia związane z Rosją? –40 stopni na zewnątrz i bardzo dużo śniegu ― odpowiada bez zastanowienia. ― Non stop na mecze przemieszczaliśmy się samolotami, więc Aeroflotem, który nie jest najlepszą kampanią awiacyjną, mam wylatanych na pewno bardzo dużo godzin. Jak dobry pilot. (śmiech) Było na pewno wiele śmiesznych i ciekawych rzeczy, bo Rosja jest specyficznym miejscem.
Podczas pobytu na obczyźnie Kadziewicz spotkał się z zupełnie innym sposobem patrzenia na siatkówkę. ― Tam gra koncentruje się głównie na zagrywce i na bloku. Nie ma aż takich dużych zadań taktycznych. Wydaje mi się, że zawodnicy również są odrobinę słabiej wyszkoleni technicznie, niż na przykład w lidze włoskiej, którą się chwali za technikę i podejście taktyczne.
I właśnie praca nad zagrywką i blokiem zaprocentowały na tyle mocno, że dla nikogo zaskoczeniem nie było ponowne powołanie Łukasza do kadry narodowej w 2005 roku. Przerwana została dotychczasowa passa bycia tym trzecim środkowym. Raul Lozano dał Łukaszowi szansę występów w podstawowym składzie, a ten skrzętnie ją wykorzystał, pokazując się od samego początku z dobrej strony i wyrastając na nową gwiazdę naszej męskiej reprezentacji. Polakom udało się awansować do finałowej czwórki Ligi Światowej, jednak w decydującym starciu zabrakło im odrobiny ogrania i mocnej psychiki. Brak rutyny nie pozwolił im ugrać nic więcej, niż tylko czwarte miejsce. Nie było jednak w Lidze Światowej meczu, w którym Łukasza zabrakłoby w pierwszej szóstce. Chyba dobrze zrobiło mi to, że wyjechałem z Polski, że nie byłem w tym polskim „piekiełku” ― zastanawia się Łukasz. ― Czasami odświeżenie, nawet takie mentalne, jest bardzo ważne. Myślę, że właśnie psychicznie stałem się mocniejszy. Grałem sezon z najlepszymi siatkarzami na świecie, którzy prezentowali bardzo wysoki poziom, po powrocie udało mi się wskoczyć do szóstki i miałem całkiem udany sezon do pewnego momentu.
Ten „moment” przytrafił się dość niespodziewanie dla samego zawodnika, kolegów z drużyny, a przede wszystkim kibiców. Po „aferze olsztyńskiej” ― jak dziennikarze nazwali mało sportowe zachowanie trzech naszych kadrowiczów (w tym Kadziewicza) w trakcie Memoriału Huberta Wagnera ― zostali oni odsunięci od reprezentacji. Karencja na grę w kadrze trwająca do końca roku oznaczała, że cała trójka straciła szansę na wyjazd na Mistrzostwa Europy. - Przykro mi bardzo w stosunku do moich kolegów, bo zawiodłem ich na pewno ― przyznaje „Kadziu”. ― Trenowaliśmy bardzo ciężko i bardzo dużo, a ja akurat miałem grać na tych Mistrzostwach Europy. Nie udało się. Wykazałem się małą dawką profesjonalizmu, ale... było, minęło.
Kadziewicz zamiast jechać na Mistrzostwa wrócił do klubu. A uszczuplona o trzech podstawowych zawodników reprezentacja Polski zajęła na Mistrzostwach po raz kolejny piąte miejsce. Od tamtego „incydentu” minęło już jednak sporo czasu. - Zmieniło się trochę moje podejście do tego, co robię. Wydaje mi się, że jestem ciut bardziej odpowiedzialny, ale tylko troszeczkę ― podkreśla. - Jako osoba nie zmieniłem się tak bardzo. Po meczu nie lubię siedzieć w domu i bardzo często mam ochotę wyjść do restauracji czy do kina ― nie ukrywam tego. Obym nie spotykał na swojej drodze takich ludzi, jak w Olsztynie i obym nie zachowywał się tak, jak się zachowałem, bo to było nie fair w stosunku do mojej rodziny, moich najbliższych. Ale cóż, człowiek uczy się na błędach, szkoda tylko, że na swoich… (śmiech).
Przed rozpoczęciem sezonu reprezentacyjnego Łukasz zmienił barwy klubowe. Z rosyjskiego Gazpromu Surgut wrócił do Polski. Pomimo kilku ofert z klubów zagranicznych zdecydował się na podpisanie kontraktu z Jastrzębskim Węglem. Bardzo chciałem wyjechać do Włoch ― przyznaje.
― Miałem kilka propozycji, chciałem spróbować swoich sił w tamtej lidze. Jednak, powiem szczerze, że troszeczkę się wystraszyłem. Te rozmowy się przeciągały, propozycje finansowe nie były najlepsze, nie ukrywam, że nie chciałem też tracić po tym względem. Ostatecznie zdecydowałem się na podpisanie umowy z Jastrzębskim Węglem, czego absolutnie nie żałuję.
Dzięki temu już drugi rok możemy podziwiać Łukasza na polskich parkietach. Swój pierwszy sezon w nowej drużynie rozpoczął od wicemistrzostwa Polski 2005/06. - Drużyna była zbudowana na mistrzostwo Polski, na wywalczenie jak najwyższego miejsca w europejskich pucharach. Jednak ani jednego, ani drugiego nie byliśmy w stanie zrealizować ― mówi. ― Zawiedliśmy my, zawodnicy. No cóż, taki jest sport. Czterech potentatów ligi walczy o jedno miejsce. Ktoś musi być drugi, trzeci i czwarty. W tamtym roku nasza rola była taka, a nie inna. Obyśmy w tym roku nie musieli się obejść smakiem, po raz kolejny nie trzymając na piersi tego najcenniejszego medalu – kończy Kadziewicz.
Jak będzie w tym sezonie, będziemy mogli przekonać się już niedługo. Jastrzębski Węgiel z Łukaszem w składzie całkiem nieźle radzi sobie w Pucharze CEV, a w PLS ostrzy sobie pazurki na upragnione mistrzostwo Polski. Zespół „Kadzia” chciałby również zrewanżować się kibicom za zeszłoroczny, kompletnie nieudany Puchar Polski. Jastrzębianie liczą, że w tym roku finał będzie już ich.
Profesjonalizm
Rok 2006 Łukasz Kadziewicz będzie mógł zaliczyć do niezwykle udanych w swojej „przygodzie z siatkówką”. Pomimo wcześniejszego nadszarpnięcia zaufania szkoleniowca polskiej kadry, Raula Lozano, dobrą formą i ciężką pracą wykonaną w klubie zapracował sobie na ponowne powołanie do reprezentacji. Jednocześnie był to chyba jeden z najcięższych i najdłuższych sezonów reprezentacyjnych w jego życiu. W związku z rozgrywanymi Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej, rozgrywki Ligi Światowej rozpoczęły się dużo później niż zazwyczaj. A zaplanowanie siatkarskiego mundialu dopiero na listopad zdecydowanie wydłużyło okres przygotowań do tej kluczowej imprezy w sezonie. Memoriał Wagnera, Liga Światowa, wszystkie mecze sparingowe, a także tygodnie spędzone na zgrupowaniach i hektolitry potu wylane na treningach ― to wszystko były tylko malutkie kroczki stawiane w drodze do sukcesu, jaki miał przyjść na mistrzostwach świata. Cieszyła rosnąca z dnia na dzień dobra forma Kadziewicza, który doskonale wkomponował się w zespół stworzony przez Raula Lozano. Niejednokrotnie odgrywał w nim kluczową rolę.
Sam Łukasz pokornie stosował się do regulaminu wprowadzonego przez argentyńskiego szkoleniowca. Zgodnie z nim, nasi siatkarze mieli między innymi zasilać specjalnie utworzoną w tym celu skarbonkę za przewinienia takie, jak spóźnienie na trening czy brak odpowiedniego stroju.
- Powiem szczerze, że ja miałem w tym duży wkład, ale są lepsi ode mnie – przyznaje ze śmiechem Łukasz, po czym, już całkowicie poważnie, dodaje ― to jest polska mentalność, my tego nie rozumiemy, ale właśnie na tym polega profesjonalizm. To są chyba standardy europejskie w każdym klubie czy reprezentacji. W Polsce jest to normą od kilku miesięcy.
Po okresie ciężkiej pracy przyszedł czas zebrać żniwa. Polska drużyna, po 30 latach oczekiwania na miejsce na podium, odniosła wreszcie tak długo oczekiwany sukces, sięgając po srebrny medal mistrzostw świata. Po serii wygranych 3:0 i spektakularnym zwycięstwie nad Rosją, po pokonaniu w półfinale Bułgarów przyszedł mały kryzys. Polski zespół nie mógł w meczu finałowym poradzić sobie z szalejącymi po drugiej stronie siatki Brazylijczykami.
- Oni pokazali nam, jak się gra finały ― podkreśla „Kadziu”. ― My graliśmy świetnie całą imprezę, oni wcale dobrze nie grali. Męczyli się ze słabszymi rywalami, ale pokazali, że są najlepsi na świecie właśnie w takim meczu. Zdmuchnęli nas i brawo dla nich. Oby to zebrane doświadczenie w finałach mistrzostw świata zaprocentowało na kolejnej wielkiej imprezie.
Mimo tak ogromnego sukcesu obserwując Łukasza na podium można było odnieść wrażenie, że jest nie do końca z siebie zadowolony. ― Bo to jest drugie miejsce, tak samo drugie jak wicemistrzostwo Polski. Za parę lat nikt nie będzie tego pamiętał. Drugi, to jest zawsze pierwszy przegrany i tylko z takim podejściem można osiągnąć jakiś sukces. Ja to tak właśnie odbieram.
Życie prywatne
O Kadziewiczu mówią często, że jest „złym chłopcem”. Że często mu puszczają nerwy. Ale każdy z nas ma przecież wady. Poza tym nie brakuje mu ambicji, pracowitości i skromności. Szczery, nie boi się mówić tego, co myśli. Potrafi przyznać się do błędów przez siebie popełnionych. O sobie samym mówi niewiele. - Wszyscy wiedzą, jaki jestem. Bardzo wybuchowy. Potrzeba dużo cierpliwości, żeby przeżyć ze mną dzień, dwa, tydzień. Podziwiam ludzi z drużyny i sztab szkoleniowy, że ze mną wytrzymują. Ale ja już jestem taką osobą ― dodaje. ― Pracuję nad sobą, chciałbym być lepszy, jednak gdybym do końca ugasił swój temperament, straciłbym dużo ze swojego warsztatu siatkarskiego. Chciałbym znaleźć złoty środek bycia wybuchową osobą i osobą, która daje pozytywną energię drużynie. Może za pięć, dziesięć lat uda mi się to osiągnąć.
Pierwsze poważne zmiany już za nim. Ożenił się, ustatkował. W marcu 2006 roku przyszła na świat jego córka, Amelia, z którą stara się spędzać każdą wolną chwilę. Choć, jak sam podkreśla, nie jest ich zbyt wiele. - Myślę, że jak za dwadzieścia lat moja córka mi powie, że chciałaby być takim rodzicem, jakim ja byłem, to byłoby dla mnie coś super i sam bym sobie wystawił szóstkę ― mówi.
- Na razie jestem bardzo słabym ojcem i liczę, że z czasem będę mógł więcej czasu poświęcać mojej córce, bo ja miałem rodziców, którzy 100% swojego wolnego czasu dawali mojej osobie i chciałbym się zrewanżować tym samym swojemu dziecku.
Poza graniem w siatkówkę, na co dzień zajmuje się „studiowaniem życia”. - Z tego chyba robię już doktorat (śmiech).A tak na poważnie, nie byłem nigdy pilnym uczniem i jest mi z tego powodu przykro. Tak, jak ja bym chciał, żeby moja córka osiągnęła jak najwyższe wykształcenie, tak samo chcieli moi rodzice. Ja jednak nie czuję takiej wewnętrznej siły, żeby pójść codziennie rano na uczelnię. Powiem szczerze, że to, że nie skończyłem żadnych studiów będąc i grając w Olsztynie, jest jedną z moich większych porażek życiowych. Może kiedyś będę miał troszeczkę więcej czasu i będę na tyle bardziej otwartym człowiekiem, żeby uzupełnić tę lukę w swoim życiorysie.
Odstresowuje się słuchając muzyki i... jedząc. Dobra muzyka i dobre jedzenie to niektóre z jego sposobów na zapomnienie o mniej udanych występach. Muzykę dobiera w zależności od nastroju. W repertuarze ma różne rzeczy, od Kravitza ― po Kombi. - Akurat słoń mi nadepnął na ucho i nie jestem wielkim melomanem, ale muzyka jest fajną rzeczą, która bardzo mi pomaga w życiu ― mówi.
O marzeniach nie mówi głośno. - Może wtedy się spełnią (uśmiech). Najważniejsze jest dla niego zdrowie. Jeżeli będę zdrowy, to wydaje mi się, że mogę własnymi rękoma osiągnąć wszystko.
Przyszłość
Po ostatnich wydarzeniach i świetnej postawie „Kadzia” na boisku, trudno już sobie wyobrazić kadrę bez jego osoby na środku bloku. Kolejny sezon reprezentacyjny, który zacznie się już niedługo niesie ze sobą równie ciekawe imprezy ― Liga Światowa, Memoriał Wagnera czy Mistrzostwa Starego Kontynentu. Tymczasem Łukasz nie patrzy tak daleko w przyszłość. - Na razie widzę miejsce dla siebie w najbliższym meczu ligowym. Dalej nie staram się patrzeć ― dodaje. ― Jeżeli będę na tyle dobry, że znajdę uznanie w oczach trenera, to będę chciał przyjeżdżać na reprezentacji i grać w niej. Wiem, że ciężka praca z niektórymi ludźmi przynosi efekty i można osiągnąć duży sukces.
Przyszłość klubowa Łukasza to także wciąż otwarty temat ― w tym roku kończy mi się umowa i zobaczymy ― na pewno będziemy rozmawiali. Wydaje mi się, że powinienem się cały czas rozwijać, mam dopiero 26 lat i cały czas stawiam na to, żeby każdego dnia i po każdym meczu czuć się lepiej i prezentować jeszcze wyższą formę.
Natalia Starosta, reprezentacja.net
--------
**Niniejszy tekst w wersji rozszerzonej, uzupełniony o materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów.
źródło: reprezentacja.net
autor: Natalia Starosta
Do wiadomości napisano 25 komentarzy

-----------------------------
Kwalifikacje do ME seniorów
Olsztyn, Polska
Polska-Czarnogóra
piątek 16 maja 2008
godz. 17:00
Znasz Macromedia Flash?
To ogłoszenie dla Ciebie!