seniorzy 02.03.2007 07:05:18
Trenerzy kadry wielokrotnie powtarzali, że Łukasz Żygadło jest zawodnikiem z przyszłością. Opinia ta towarzyszyła mu przez lata, jednak czas gry w pierwszej „szóstce” wciąż nie nadchodził. Powoływany był do kadry przez Boska, Wspaniałego, Gościniaka, ale tak naprawdę w reprezentacji seniorów zaistniał dopiero w 2005 roku, za kadencji Raula Lozano. Kontuzja Pawła Zagumnego nie pozostawiła obecnemu szkoleniowcowi wyboru i to właśnie na Łukasza spadła odpowiedzialność kierowania reprezentacją podczas mistrzostw Europy 2005. Postawa Żygadło okazała się na tyle przekonująca, że od tamtej pory na dobre zagościł w podstawowej dwunastce kadry narodowej.
|
List gończy: Łukasz Żygadło
Sukcesy klubowe: Sukcesy reprezentacyjne: |
Skazany na siatkówkę
Obecny reprezentant Polski od dziecka „skazany” był na siatkówkę. W jego rodzinnym Sulechowie oprócz żeńskiego klub Zawisza, jest też męska drużyna Orion, która była jednocześnie pierwszym klubem zawodnika. Zainteresowanie tym sportem Łukasz zawdzięcza przede wszystkim siostrze.
- Sylwia, która jest 7 lat starsza ode mnie, często zabierała mnie ze sobą na treningi. Oglądałem jej mecze, a już w czwartej klasie szkoły podstawowej, w wieku 10 lat, sam zacząłem trenować. Na lekcjach wychowania fizycznego zostałem zauważony przez nauczyciela Mieczysława Puchalskiego, który zaprosił mnie na swoje zajęcia pozalekcyjne.
Początkowo jednak Łukasz bał się trochę poświęcić wyłącznie siatkówce.
- Choć w tej dyscyplinie zakochałem się od razu i nie istniał dla mnie inny sport, to moje miasto nie było bardzo silnym ośrodkiem sportowym. Ponieważ szanse przebicia się i dalszego rozwoju były nikłe, zdecydowałem się postawić na elektronikę, która była moją drugą pasją. Po szkole podstawowej dostałem się do Technikum Elektronicznego w Zielonej Górze i właśnie z tym wiązałem swoją zawodową przyszłość.
Siatkówka jednak w porę upomniała się o obecnego kadrowicza, który nie zdążył nawet nacieszyć się nową szkołą.
- Już w drugim tygodniu września dostałem telefon z propozycją przejścia do II –go zespołu Częstochowy. Była to kusząca oferta, rodzice jednak patrzyli na nią z dystansem. Mając 14 lat, także nie byłem pewien, co będzie dla mnie lepsze. Wtedy głos zabrała siostra, która ostatecznie mnie przekonała. Udało mi się udowodnić rodzicom, że jest to niepowtarzalna szansa. Dla nikogo nie była to łatwa decyzja, ale zaryzykowaliśmy i jak widać z perspektywy czasu, opłacało się.
Żygadło środkowym
W Częstochowie Żygadło zaczął treningi pod okiem trenera Adama Kowalskiego. Efekty można było zauważyć dość szybko. Łukasza już po dwóch miesiącach gry w nowym klubie dostrzegł ówczesny szkoleniowiec reprezentacji kadetów Ireneusz Mazur. Zaraz potem przyszło pierwsze powołanie do kadry.
- W tym momencie uchylone zostały dla mnie drzwi do prawdziwej siatkówki i tylko od mojej pracy zależało, czy spełnię swoje marzenie o grze w kadrze seniorów.
W tej „najmłodszej” kategorii wiekowej Łukasz dwukrotnie stawał na III stopniu podium mistrzostw Europy kadetów. Jako junior zajął natomiast czwarte miejsce w rywalizacji najlepszych światowych reprezentacji. Ciekawostką jest to, że w tamtym okresie Żygadło grał nie tylko na pozycji rozgrywającego.
- W moim pierwszym juniorskim turnieju reprezentacyjnym mieliśmy problemy na środku bloku i musiałem w tej sytuacji zrezygnować z mojej wiodącej pozycji. Aż do zwycięskiego finału grałem jako środkowy. Mój pierwszy trener powtarzał mi jednak, że dobry rozgrywający zawsze znajdzie sobie drużynę. Ja pokochałem moją pozycję. Od początku wiedziałem, że w tej dziedzinie mogę osiągnąć najwięcej.
Po roku występów w barwach klubu spod Jasnej Góry, Żygadło trafił do nowopowstałej Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Rzeszowie.
- Całe szczęście, że byłem tam tylko dwa lata. Sportowo szkoła dała mi wiele, ale poza tym tylko mnie ograniczała i nie pozwalała na wykazanie się własną inicjatywą. Dlatego zaraz po szkole wyrzuciłem budzik, bo jego dźwięk nienajlepiej mi się kojarzył.
W ostatniej klasie nadarzyła się okazja powrotu do Częstochowy.
– Akademicy mieli wtedy grać w Lidze Mistrzów. Prowadził ich Stanisław Gościniak. Z takiej propozycji po prostu musiałem skorzystać.
W klubie
Zanim kariera reprezentacyjna Łukasza Żygadło zaczęła nabierać tempa, grał w wielu klubach, zarówno krajowych jak i zagranicznych. Ze wspomnianym już częstochowskim AZS–em stawał na wszystkich stopniach podium mistrzostw Polski, zdobył także Puchar kraju. Później reprezentował barwy Czarnych Radom. Przez jeden sezon grał w bełchatowskiej Skrze. Ostatnim krajowym klubem zawodnika była Energia Sosnowiec, z którą sięgnął po Puchar Polski. Potem przyszedł wreszcie czas na karierę międzynarodową. Łukasz miał okazję wraz z Dawidem Murkiem bronić barw Panathinaikosu Ateny, kończąc ligowy sezon na trzeciej pozycji. Podobne osiągniecie zapisał na swoim koncie grając w tureckim klubie Halkbank Ankara. Po sezonie spędzonym w Turcji, pojawiła się propozycja gry w rosyjskiej Superlidze, która uchodzi za jedną z najmocniejszych na świecie. Mimo otrzymania propozycji od mistrza naszego kraju, Skry Bełchatów, Żygadło zdecydował się na beniaminka ligi rosyjskiej - Dynamo Jantar Kaliningrad.

W górę i w dół
Upragnione powołanie do seniorskiej reprezentacji nastąpiło w roku 2001, za kadencji Ryszarda Boska.
- Przy tym trenerze moje marzenia zaczęły się urzeczywistniać. Trener widział mnie nie tylko w szerokim składzie, ale także w „12”. Śmiało wybiegałem w przyszłość, do momentu, kiedy nastąpiła niespodziewana zmiana trenera. Od razu wiedziałem, że źle się to dla mnie skończy. Waldemar Wspaniały nie miał dla mnie miejsca w składzie, pierwszy opuszczałem zgrupowania. Był to trudny okres, do którego nie chciałbym już wracać. Na szczęście wiara we własne możliwości nie pozwoliła mi się poddać. W tamtym okresie nie pasowałem do koncepcji drużyny Waldemara Wspaniałego, ale wiedziałem, że mój czas jeszcze nadejdzie. Mam świadomość utraconego okresu. Gdyby wówczas moja reprezentacyjna kariera potoczyła się inaczej, teraz prawdopodobnie byłbym w innym miejscu. Było to dla mnie przykre doświadczenie. Wiele wyciągnąłem z niego wniosków.
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. - Udało mi się w tym okresie zakończyć studia na częstochowskiej Politechnice. Mogłem się więc w pełni skoncentrować na siatkówce, w której miałem jeszcze wiele do udowodnienia.
Żygadło nie poddawał się w walce o kadrę. W perspektywie były Igrzyska Olimpijskie w Atenach w roku 2004, na które zawodnik bardzo chciał pojechać. Jednak jak się później okazało, czas Łukasza jeszcze nie nadszedł. - Okres przygotowań olimpijskich był moim zdaniem bardzo chaotyczny. Na Ligę Światową powoływany był Jakub Oczko, na Olimpiadę to ja znajdowałem się w składzie. Nie mogłem tego zrozumieć. Jak się ostatecznie okazało, żaden z nas nie liczył się w walce o wyjazd do Grecji. Byłem tylko „dodatkiem”, lecz mimo tego dawałem z siebie wszystko.
Czas Lozano
Po nieudanym występie polskich siatkarzy na Olimpiadzie nastąpiła kolejna już zmiana na stanowisku szkoleniowca reprezentacji. Tym razem nie miał to być krótkotrwały epizod w prowadzeniu kadry, ale poważne „przemeblowanie” całego systemu przygotowań zawodników. Efektem nowej strategii miało być zdobycie medalu na kolejnych Igrzyskach. W wyniku ogłoszonego przez Polski Związek Piłki Siatkowej konkursu na selekcjonera reprezentacji, po raz pierwszy w historii, trenerem polskiej kadry został obcokrajowiec - Argentyńczyk Raul Lozano. Jednak obawy Łukasza o swoje szanse na grę w reprezentacji, wcale się nie zmniejszyły.
- Nie ulega wątpliwości, że nowy szkoleniowiec z czwórki rozgrywających, którzy liczyli się w walce o podstawowy skład, o mnie wiedział najmniej. Grałem wtedy w Panathinaikosie Ateny, co utrudniało możliwość bezpośredniego śledzenia moich poczynań. Ostatecznie dostałem się do kadry i to było dla mnie najważniejsze. Pod okiem nowego szkoleniowca mogłem dużo się nauczyć. W jego ocenie wszyscy mieliśmy równe szanse. Wydawało mi się, że teraz muszę już tylko ciężko pracować, a z pewnością uda mi się przekonać do siebie Argentyńczyka. Przed ogłoszeniem „18” na Ligę Światową nie przeczuwałem niczego złego. Sezon w Grecji był dla mnie bardzo udany, czułem się gotowy do reprezentacyjnej gry. Później okazało się jednak, że skład powołany był wiele miesięcy wcześniej i nie można było już dokonać zmian. Ponownie zabrakło mnie w „Światówce”, co praktycznie uniemożliwiło mi walkę o występ w eliminacjach do siatkarskiego mundialu oraz wyjazd na mistrzostwa Europy. W tamtym okresie byłem już u kresu wytrzymałości. Wiedziałem, że nie mogę pozwolić sobie na stratę kolejnego sezonu. I wtedy z pomocą przyszedł mi sam Raul Lozano. Widział, że jestem zrezygnowany i przeprowadził ze mną poważną rozmowę. Powiedział, że wszystko zależne jest tylko ode mnie. Jeśli udowodnię swoją wartość, dostanę szansę. To mi wystarczyło.
Pierwszy rozgrywający
Łukasz nie musiał długo czekać na okazję do zaprezentowania swoich umiejętności. Mimo tego, że nie brał udziału w Lidze Światowej, a rzeszowskie eliminacje do mistrzostw świata obserwował z trybun, to już podczas mistrzostw Starego Kontynentu został podstawowym rozgrywającym drużyny. Najpierw jednak, niespodziewanie awansował na zastępcę Pawła Zagumnego, gdyż drugi rozgrywający - Andrzej Stelmach, został dyscyplinarnie usunięty z zespołu.

Przełom
Piąte miejsce, jakie zajęli w Rzymie nasi siatkarze, nie zadowalało w pełni kibiców. Dało się jednak zauważyć spory postęp w poziomie gry polskich reprezentantów dokonany pod okiem zagranicznego szkoleniowca. Łukasz, mimo początkowych trudności, chwali sobie pracę z Raulem Lozano.
- Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie nazwisko ani przynależność klubowa, a ciężka praca i poziom sportowy zadecydują o powołaniu poszczególnych zawodników. W przeciągu roku dokładnie poznaliśmy zasady obowiązujące w drużynie i konsekwencje naszego postępowania. Mnie bardzo ucieszył fakt, że Raul nie okazał się zadufanym w sobie trenerem, który traktował nas z góry. Takie podejście szkoleniowca do zespołu pogłębiło nasze wzajemne zaufanie. Uzmysłowił nam, że jedynie ciężką pracą i licznymi wyrzeczeniami mamy szansę zbliżyć się do najlepszych. Dzięki niemu wreszcie staliśmy się prawdziwą drużyną.
Po pierwszym sezonie pracy Lozano apetyty zarówno kibiców jak i zawodników znacznie urosły. Po wielu latach czekania na sukces, wszyscy wychodzili z założenia: „jak nie teraz, to kiedy?” Sezon reprezentacyjny 2006, rok mistrzostw świata, miał przynieść przełom. Zespół kierowany przez Raula Lozano trenował coraz intensywniej. Od początku było wiadomo, że oczekiwania związane z mistrzostwami świata są ogromne. Wcześniej była Liga Światowa i Memoriał im. Huberta Wagnera. Ale tym razem, po raz pierwszy w reprezentacyjnej historii Łukasza Żygadło, jego miejsce w dwunastce wydawało się przez być niezagrożone. Co prawda tym pierwszym pozostawał Paweł Zagumny, ale nikt nie próbował nawet kwestionować pozycji Łukasza jako drugiego rozgrywającego. Cały sezon reprezentacyjny dostosowany był do tej najważniejszej imprezy – mistrzostw świata.
- Raul rozpisał nam wszystkie grupy turnieju na długo przed wyjazdem do Japonii. Chciał pokazać, jakie mamy realne szanse na dojście do finału. Właśnie od tamtej pory zaczęliśmy przekonywać się wzajemnie, że medal leży w zasięgu możliwości zespołu. Już podczas samej imprezy zacząłem zauważać, że indywidualne cele zawodników odeszły na drugi plan. Liczyła się tylko drużyna. Każdy z nas miał podczas mundialu słabsze dni, ale zmiennicy zawsze byli gotowi do gry. Ja również pełniłem taką rolę, miałem przede wszystkim wspomagać Pawła.
Polacy przeszli przez fazę grupową mistrzostw jak burza, będąc jedyną drużyną z całej stawki, która w pierwszej fazie turnieju nie straciła nawet seta. Cały zespół grał pięknie, niezależnie od tego, kogo trener wprowadzał na boisko.
- Stanowiliśmy z Pawłem na tych mistrzostwach zgraną parę, choć uważam, że mogłem zagrać więcej w samym finale. Z drugiej strony jestem dumny, że trener obdarzył mnie zaufaniem, wpuszczając na boisko w trudnym meczu przeciwko Rosji. Podczas tego spotkania nie mogłem wysiedzieć w „kwadracie”. Byłem wściekły, że wszystkie poprzednie mecze wygrywaliśmy tak wysoko, a teraz jesteśmy bezsilni przeciwko Rosji. Tamtych emocji nie da się opisać, ale wchodząc na boisko myślałem już tylko o tym żeby wygrać. Sportowa złość tylko pomogła nam zwyciężyć.
W drodze do finału „biało – czerwoni” pokonali jeszcze Bułgarię. W walce o medal z najcenniejszego kruszcu nie zdołali jednak przeciwstawić się wielkiej Brazylii.
- Pozostał pewien niedosyt, ale kiedy medal zawisł wreszcie na mojej szyi, zrozumiałem, że w finale nie przegraliśmy złota, lecz zdobyliśmy srebro. Było to osiągnięcie bardzo oczekiwane przez kibiców. Dla nas stanowiło wynagrodzenie za lata ciężkiej pracy i rozłąki z rodziną. Ten medal był jak zachęta do dalszego rozwoju. Teraz chcielibyśmy już każdą tego typu imprezę kończyć szampanem.
Sukces siatkarzy uszczęśliwił wszystkich miłośników tego sportu w kraju. Zawodnik podkreśla, że będąc z dala od Polski nie mieli jeszcze pełnej świadomości swojego osiągnięcia.
- Z rangi sukcesu zdałem sobie sprawę dopiero na lotnisku w Warszawie, widząc tłum uszczęśliwionych kibiców. Potem była wizyta u premiera i prezydenta oraz spotkanie z sympatykami siatkówki na Placu Zamkowym w Warszawie. Takich chwil się nie zapomina.
Przyszłość
Łukasz Żygadło, jak każdy sportowiec marzy przede wszystkim o olimpijskim złocie, jak również o zdobyciu tytułów mistrza świata i Europy. Najważniejsze jest, by w realizacji tych pragnień nie przeszkodziło zawodnikowi zdrowie.
- Jako siatkarz standardowo miałem już wybite palce czy skręconą kostkę. Były momenty, w których odczuwałem kolana i plecy. Te ostatnie, 5 lat temu doskwierały mi najbardziej. Później okazało się, że nie było to nic poważnego, niestety lekarze nie byli od początku o tym przekonani. W leczeniu odpowiednia diagnoza i rehabilitacja jest najważniejsza. Teraz mimo ciężkich treningów, nic mi nie dolega. Znajduję się pod opieką fachowców, sam też wiem jak zadbać o własne zdrowie. Ta komfortowa sytuacja pozwala mi stale się rozwijać i koncentrować na najwyższych celach.
Kariera siatkarska nie trwa jednak wiecznie i kiedyś nadejdzie jej koniec. Zawodnik nie wie jeszcze, czym się wówczas zajmie.
- Dużo myślałem o mojej przyszłości będąc młodym chłopcem i często te myśli do mnie powracają. Lecz w pewnym momencie kariery uświadomiłem sobie, że najważniejszy jest mój obecny zawód i na nim staram się maksymalnie koncentrować. Na swojej życiowej drodze spotykam wiele wartościowych osób, zwiedzam interesujące miejsca. Taka wiedza poszerza moje horyzonty i daje inny punkt widzenia. Staram się czerpać ze wszystkiego, co mnie otacza. Co z tego wyniknie? Mam nadzieję, że równie interesująca przygoda jak obecnie z siatkówką.
Prywatnie
Niezależnie od wyboru przyszłej drogi zawodowej oraz znalezienia ‘swego miejsca na ziemi”, jedna rzecz w życiu siatkarza pozostanie bez zmian. Największym poza sportowym marzeniem Łukasza jest duża, szczęśliwa rodzina. Póki co, długotrwałe rozłąki z żoną Agnieszką uniemożliwiają pełną stabilizację. Zawód modelki, który uprawia żona siatkarza, podobnie jak profesja sportowca, związany jest z ciągłym „życiem na walizkach.”
- Z Agnieszką spędzamy wspólnie niewiele czasu. Mimo dzielących nas odległości doskonale się jednak rozumiemy i potrafimy wzajemnie wspierać. Jesteśmy w podobnej sytuacji, co tylko potęguje naszą wyrozumiałość. Ostatnio nawet częściej się widujemy, a to za sprawą Skype Video.
Kiedy wreszcie udaje im się znaleźć dla siebie więcej wolnego czasu, starają się spędzać go aktywnie. - Planując wakacje zawsze zwracamy uwagę na to, żeby było gdzie nurkować i surfować. Te sporty podnoszą poziom adrenaliny, od której przyznaję, jestem uzależniony. Będąc np. na Maledivach widziałem pod wodą rekina, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Poza tym przepadam za tenisem czy nartami, którymi zaraziła mnie moja żona. Kiedy grałem w lidze tureckiej, raz udało mi się nawet wyskoczyć z kapitanem mojego zespołu na dwudniowy wyjazd w góry położone między Ankarą a Istambułem. Nie ukrywam, że trochę wówczas poszalałem na świetnie przygotowanych trasach, ale wszystko w granicach rozsądku.

W wolnych chwilach reprezentant Polski czyta książki, ogląda filmy i słucha muzyki, która jest nieodłącznym elementem jego życia. Mieszkając aktualnie w Moskwie, lubi przespacerować się po Placu Czerwonym czy wybrać na dobrą kolację. Jak sam podkreśla, nie ma tu czasu na wyjazdy czy uprawianie sportów ekstremalnych.
- W Rosji skutecznie podnoszą mi ciśnienie loty samolotami, których stan techniczny pozostawia wiele do życzenia. Czasami wydaje mi się, że przechodzą one trzecie życie.
Łukasz Żygadło zarówno w życiu zawodowym, jak i w prywatnym jest człowiekiem bardzo aktywnym. Nie przepada za monotonią. Póki co, nie ma zamiaru zwolnić szybkiego tempa, które narzuca mu kariera. Tym bardziej, że jak sam podkreśla, jeszcze wiele stoi przed nim zadań do wykonania. Jednym z podstawowych celów jest zapewnienie sobie pozycji w pierwszej „szóstce” reprezentacji Polski. Po tym, co już dokonał, nie wypada chyba pytać czy, lecz kiedy Łukasz Żygadło na stałe przejmie dowództwo po Pawle Zagumnym.
- Nieustannie nad tym pracuję. I wierzę, że nie będę musiał długo czekać na efekty...
źródło: reprezentacja.net
autor: Barbara Kuziemska
Do wiadomości napisano 10 komentarzy

-----------------------------
Kwalifikacje do ME seniorów
Olsztyn, Polska
Polska-Czarnogóra
piątek 16 maja 2008
godz. 17:00
Znasz Macromedia Flash?
To ogłoszenie dla Ciebie!