Siatkówka - Reprezentacje Polski - REPREZENTACJA.NET aktualności, historia siatkówki, wywiady, sylwetki zawodników i trenerow, zdjęcia, relacje LIVE

Współpracujemy z:


 

Ranking siatkarzy

  1. Brazylia
  2. Rosja
  3. USA 
  4. Bułgaria
  5. Polska
  6. Argentyna 
  7. Hiszpania
  8. Serbia 
  9. Portoryko 
  10. Włochy

Ranking siatkarek

     1.   Brazylia
     2.   Włochy
     3.   Kuba
     4.   USA
     5.   Rosja
     6.   Chiny
     7.   Serbia
     8.   Japonia
     9.   Polska
   10.   Holandia
  

AREK GOŁAŚ
Galeria Kibica

Arek Gołaś - Galeria Kibica
zobacz także:
Sylwetka Arka

Siatkówka


Sylwetki Siatkarzy: Michał Winiarski - wesoły i roztrzepany chłopak

seniorzy 16.03.2007 03:28:37

seniorzy - Sylwetki Siatkarzy: Michał Winiarski - wesoły i roztrzepany chłopak
Odpowiedni sposób poruszania się, konkretne zagrania, efektowne akcje można wytrenować. Do pewnych rzeczy trzeba jednak być stworzonym. Michał Winiarski, reprezentant Polski, wicemistrz świata, urodził się dla siatkówki.

Odpowiedni sposób poruszania się, konkretne zagrania, efektowne akcje można wytrenować. Do pewnych rzeczy trzeba jednak być stworzonym. Michał Winiarski, reprezentant Polski, wicemistrz świata, urodził się dla siatkówki. Prawdopodobieństwo pojawienia się takiego talentu wynosi może jeden na tysiąc.



CV: Michał Winiarski
Pseudonim: Winiar
Urodzony: 28 września 1983 w Bydgoszczy
Znak zodiaku: waga
Stan cywilny: żonaty (żona Dagmara)
Dzieci:  Oliwier – ur. 28.11.2006 r.  w Trentino
Specjalność: przyjmujący
Wzrost: 200 cm
Waga: 90 kg
Zasięg w ataku: 348 cm
Zasięg w bloku: 326 cm

Kluby:

Chemik Bydgoszcz,

SMS Spała,

AZS Częstochowa,

Skra Bełchatów,

Itas Diatec Trentino

Sukcesy klubowe:

wicemistrzostwo Polski 2003 (AZS),

brązowy medal mistrzostw Polski 2004 i 2005 (AZS),

zdobywca Pucharu Polski 2006 i mistrzostwa Polski 2006 (Skra)

Sukcesy reprezentacyjne:

wicemistrzostwo Europy kadetów (2001),

mistrzostwo świata juniorów (2003),

wicemistrzostwo świata (2006)

           

Chłopak z Bydgoszczy

 

Dnia 28 września 1983 na świat przyszedł Michał Winiarski, obecnie podstawowy przyjmujący reprezentacji Polski i zespołu Itas Diatec Trentino; śmiało można powiedzieć, że jeden z najlepszych siatkarzy na swojej pozycji w Europie, a może nawet i na świecie. W dniu urodzin Michał mierzył 63 cm i ważył 4,5 kg. Już wtedy rodzice twierdzili, że „tak duży chłopak jest predysponowany do uprawiania sportu”. Chcieli, aby syn poszedł w ślady starszej siostry, która kochała sport i swoją przyszłość wiązała z siatkówką. Sami w przeszłości także byli sportowcami. Mama trenowała wioślarstwo, a tata najpierw piłkę nożną, a później koszykówkę. Michał zaczął chodzić jako ośmiomiesięczne niemowlę. Natura obdarzyła go nie tylko odpowiednimi warunkami fizycznymi, ale także talentem i zdolnościami ruchowymi. Od zawsze ciągnęło go do sportu. Pierwszy raz czynnie zetknął się z nim w wieku sześciu lat, wtedy też nauczył się pływać. Później, idąc za ówczesną modą, mały Michałek chciał spróbować swoich sił w sportach walki. Rodzice zapisali go na treningi judo. Jak na swój wiek wykazywał się duzą sprawnością i ponadprzeciętnym wzrostem. Ojciec zabierał go także na mecze piłki nożnej, obaj byli wiernymi kibicami bydgoskiego Zawiszy. Michał marzył, aby w przyszłości zostać sławnym piłkarzem. Rozpoczął piłkarskie treningi, występował w reprezentacji makroregionu. Kiedy uczęszczał do drugiej klasy szkoły podstawowej w Bydgoszczy, zwrócił na siebie uwagę pana Waldemara Szalbierza, trenera siatkówki w szkółce sportowej Chemika Bydgoszcz. Chciał spróbować swoich sił i w tej dyscyplinie sportu. Spodobało mu się do tego stopnia, że siatkówka stała się dla niego najważniejszym sportem i od tej pory tylko jej się poświęcał. - Do siatkówki miałem zdecydowanie największe predyspozycje. W rodzinie zawsze obecna była ta dyscyplina sportu. Brałem przykład z siostry, która także była siatkarką – opowiada nasz bohater. - Nigdy nie żałowałem, że wybrałem właśnie piłkę siatkową - dodaje.
Państwo Winiarscy na początku obawiali się, że synowi trudno będzie pogodzić treningi z obowiązkami szkolnymi. Michał szybko jednak rozwiał ich wątpliwości. Wykazywał się wielką ambicją - i co ważne - doskonale potrafił połączyć naukę ze sportem. Był świetnym uczniem, co roku otrzymywał świadectwa z czerwonym paskiem i wyróżnienia. - W Chemiku trenowałem od piątej klasy szkoły podstawowej, miałem możliwość występować w rozgrywkach juniorskich. Moja szkoła połączona była z klubem na zasadzie współpracy. Chemik udostępniał nam salę na zajęcia wychowania fizycznego – wspomina Winiarski.
Pod okiem trenera Szalbierza szło mu coraz lepiej. Chłopak szybko się rozwijał, błyskawicznie przyswajał wiedzę i nabywał nowe umiejętności. Dzięki swojej ciężkiej pracy dostał powołanie do reprezentacji województwa na Turniej Nadziei Olimpijskich. Drużyna Michała udział w turnieju zakończyła na siódmym miejscu, ale on sam otrzymał nagrodę najbardziej wartościowego zawodnika zawodów. Dostrzegli go tam szkoleniowcy ze spalskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego i zaproponowali naukę oraz dalsze rozwijanie kariery pod ich opieką. Dla kilkunastoletniego chłopca decyzja o wyjeździe z domu była bardzo trudna. Tym bardziej, że mama podchodziła do tego sceptycznie. Jednak Michał z tatą Jerzym przekonali panią Winiarską, że przed jej pociechą otwiera się wielka szansa. W wieku piętnastu lat Winiarski przeniósł się do Spały.
W SMS-ie Michał przeszedł prawdziwą szkołę życia. Z daleka od domu, od rodziców, trenował po kilka godzin dziennie. Szkoła, zajęcia sportowe, nauka, znowu trening – tak wyglądał praktycznie każdy jego dzień. Poza ćwiczeniami i doskonaleniem umiejętności czysto siatkarskich, chłopcy uczęszczali również na basen oraz zajęcia z gimnastyki i akrobatyki. – Praktycznie przez cały rok przebywałem w Spale. Jako drużyna SMS występowaliśmy w serii B, nabieraliśmy dzięki temu siatkarskiego obycia i doświadczenia. Na rozgrywki juniorskie wracałem jednak do Bydgoszczy i broniłem barw Chemika. W wieku osiemnastu lat zakończyłem jednocześnie wiek juniora i naukę w Szkole Mistrzostwa Sportowego – mówi Michał. Wtedy pojawiły się propozycje z klubów seniorskich. Winiarski, już wówczas postrzegany jako ogromny talent, mógł przebierać w ofertach. Zdecydował się na podpisanie kontraktu z AZS-em Częstochowa, odrzucając jednocześnie propozycje ze Skry Bełchatów, czy Mostostalu Kędzierzyn-Koźle.


        



Na pierwszoligowych parkietach


Czas spędzony pod Jasną Górą nasz bohater wspomina bardzo dobrze. Szczególnie ciepło wyraża się o osobie trenera Edwarda Skorka, od którego bardzo wiele się nauczył – mowa tu nie tylko o elementach sportowych, ale także o profesjonalnym podejściu do swojej pracy. - Trener Skorek nauczył mnie bardzo dużo – opowiada Michał. - Bardzo wiele wniósł do zespołu, przychodząc do nas. Sytuacja AZS-u była wtedy nieciekawa, a on potrafił nas pozbierać, dzięki niemu wywalczyliśmy brązowy medal mistrzostw Polski. Skorek dużo podpowiadał, dużo rozmawiał z zawodnikami. Podobało mi się jego podejście. Był człowiekiem bardzo kontaktowym, otwartym. Mimo profesjonalizmu i poważnego podejścia do pracy, lubił pożartować. Dzięki temu w drużynie wytworzyła się świetna atmosfera. Między zawodnikami nie było spięć, a wręcz przeciwnie – utrzymywaliśmy dobre koleżeńskie stosunki.

Po trzech latach spędzonych w Częstochowie Michał uznał, że czas coś wreszcie zmienić na drodze swojego siatkarskiego rozwoju. Otrzymał intratną ofertę z ekipy mistrzów Polski – Skry Bełchatów. W Bełchatowie budowano silną drużynę, której celem była obrona mistrzowskiego tytułu w PLS-ie oraz dobre zaprezentowanie się w Lidze Mistrzów. Winiarski podpisał więc kontrakt i w 2005 roku został zawodnikiem Skry. Od razu wywalczył sobie miejsce w pierwszej szóstce zespołu. Razem z Mariuszem Wlazłym stanowili siłę napędową Skry. Poprowadzili klub do drugiego z rzędu triumfu w rozgrywkach Polskiej Ligi Siatkówki oraz zwycięstwa w Pucharze Polski. Dobrze radzili sobie także w spotkaniach z dużo wyżej notowanymi zespołami europejskimi. Do uzyskania awansu do Final Four zabrakło bardzo niewiele. - Dobra gra w Skrze otworzyła mi drogę do kariery zagranicznej. Z Bełchatowem wygraliśmy praktycznie wszystko – z uśmiechem na twarzy wspomina Winiar. - Trzy lata spędzone w Częstochowie nie przyniosły mi aż takich sukcesów. Wygraliśmy raz srebro, dwa razy brąz, ale nigdy nie byłem najlepszym. Najważniejsze mecze zawsze przegrywałem. Tak samo było w rozgrywkach Pucharu Polski. A w Bełchatowie udało mi się spełnić jako zawodnik ligowy, zdobyłem to, o czym marzyłem. Oby więcej takich lat – śmieje się Michał.


W słonecznej Italii – jak u siebie w domu

 

Ten owocny sezon nie mógł przejść bez echa w Europie. Winiarskim zainteresowały się kluby z najwyżej siatkarskiej półki. Wśród ofert były propozycje z czołowych klubów najlepszej ligi świata – włoskiej Serie A. Nasz przyjmujący długo bił się z myślami, a decyzję o przeprowadzce do Italii podjął... po powrocie z podróży poślubnej do Egiptu. Postawił na dalszy rozwój i podpisał kontrakt z Itasem Diatec Trentino. Jako uzasadnienie tej decyzji siatkarz podawał fakt, że w Trentino ma największe szanse na grę w wyjściowej szóstce. - Trener Radames Lattari, były selekcjoner reprezentacji Brazylii, będzie na Polaka stawiał – twierdził z całym przekonaniem menadżer Michała, Ryszard Bosek. Słowa Boska sprawdzają się w stu procentach. Winiarski jest obecnie podstawowym przyjmującym Itasu, świetnie spisuje się w przyjęciu zagrywki rywali oraz w obronie. W każdym meczu zdobywa po kilkanaście punktów, nie tylko z ataku, ale także zagrywką i blokiem. - Liga włoska jest naprawdę ciężka i po pierwszym meczu byłem trochę załamany, ale wszyscy mi mówili, że tak to właśnie będzie. Trzeba zapłacić frycowe. Cieszę się, że szybko się z tego otrząsnąłem i teraz czuję się już tam zupełnie normalnie. Można nawet powiedzieć, że jak u siebie w domu – komentuje Winiar. Dziś z całą pewnością można stwierdzić, że jest to zawodnik kompletny. - To siatkarska perełka, ogromny talent - gracz, który potrafi wszystko – mówi o nim Ireneusz Mazur, trener, który prowadził Winiarskiego w Bełchatowie.

- Włochy to miejsce, gdzie chciałbym grać jak najdłużej. Nie ważne, w którym klubie. Poziom sportowy, ale także organizacyjny tutejszej ligi, jest bardzo wysoki. Jeżeli wszystkie kluby są takie jak Trentino, to na pewno chcę tu zostać­­ – z przekonaniem w głosie twierdzi Michał.
- Mam podpisany dwuletni kontrakt, ale mogę wcześniej zmienić klub. Istnieje możliwość przejścia, bo tu nawet mimo kontraktów kluby dogadują się między sobą. Jeżeli pojawiłaby się wyjątkowa oferta z innego włoskiego klubu, zastanowię się. A jeśli nic nadzwyczajnego się nie wydarzy, zostanę w Trentino – dodaje.

Według Michała Polską Ligę Siatkówki, mimo jej bardzo szybkiego i prężnego rozwoju, od Serii A nadal dzieli spora różnica. - Kluby polskie i włoskie różnią się przede wszystkim sposobem traktowania zawodników – opowiada. – W Italii jest pełen profesjonalizm, nawet najstarsi przychodzą na każdy trening i dają z siebie wszystko. Jeżeli jednego coś boli, to nikt nie patrzy na niego nieprzychylnym wzrokiem i nic mu nie wmawia. Tu każdy patrzy na siebie i robi swoje. Nawet siłownia i przygotowanie fizyczne są inne. W każdym klubie od siłowni jest inny trener, który odpowiada tylko i wyłącznie za sprawy kondycyjne. Co dwa miesiące są przeprowadzane badania – m.in. pomiary tłuszczu i masy mięśniowej. Podsumowując: znajduje się tu wszystko, co potrzebne jest do grania na najwyższym poziomie – twierdzi zawodnik. Dodaje po chwili, że jednym elementem liga włoska nigdy nie przebije polskich rozgrywek. Ma na myśli atmosferę na trybunach i wspaniały doping polskiej publiczności.
- Kiedy gra się na południu Włoch – ale także i na naszej hali - atmosfera jest bardzo dobra. Na mecze przychodzi około czterech tysięcy ludzi – mówi Winiar. - Włosi też potrafią się bawić. Wiadomo jednak, że dopingiem polskich hal nie przebiją. Co ciekawe, chcą czerpać wzorce z naszych hal, przede wszystkim z meczów Ligi Światowej w Polsce, gdzie atmosfera jest nieziemska. Zawody prowadzone są doskonale przez Grzegorza Kułagę i Marka Magierę. To oni w pewien sposób zapoczątkowali miłość do kibicowania siatkarzom w Polsce. W Italii mogą jedynie uczyć się od nas, ale nawet najlepsza atmosfera tu, nie odda tego, co dzieje się w naszym kraju.

 

 

Występy w reprezentacji

W 2001 roku Michał Winiarski zadebiutował w reprezentacji narodowej. Jako zawodnik SMS-u Spała znalazł uznanie w oczach szkoleniowca kadry kadetów i otrzymał powołanie do składu na mistrzostwa Europy w tej kategorii wiekowej. W czeskim Libercu nasza młoda kadra zdobyła srebrne medale. Rok później na mistrzostwach świata, na które pojechali w roli jednego z faworytów, zawiedli i zajęli dość odległą lokatę.
- Od początku grałem w kadetach. Do dziś pamiętam radość ze zdobycia wicemistrzostwa Europy w Libercu. Na mistrzostwach świata chcieliśmy wypaść jeszcze lepiej, znacznie poprawiliśmy swoją grę, jednak sami wywarliśmy na sobie presję. Nie wyszedł nam ten turniej, odpadliśmy z walki o medale zajmując ostatecznie miejsca 7-8 – wspomina Michał.

Następny rok przyniósł piąte miejsce na mistrzostwach Europy w kategorii juniorów. Nasi reprezentanci, z Winiarskim na czele, ciężko pracowali pod okiem Grzegorza Rysia, lecz walka o prymat na Starym Kontynencie nie dała im miejsca na podium. Postanowili powetować to sobie w Teheranie, gdzie w 2003 roku odbyły się juniorskie mistrzostwa Globu. Michał był wówczas kapitanem drużyny i jednocześnie jej motorem napędowym. Jako jedyny podczas turnieju nie miał słabszego dnia, doprowadzając ostatecznie swoją ekipę do złotego medalu. W finale nasi juniorzy pokonali po bardzo zaciętym spotkaniu 3:2 reprezentację Brazylii. Co ciekawe, z Brazylijczykami przegrali wcześniej 0:3 w fazie grupowej. - Pierwszy mecz z Brazylią przegraliśmy po wyrównanej walce, w każdym secie na przewagi. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że ta porażka nawet nam się przydała. Później nie przegraliśmy już żadnego spotkania. Graliśmy równo, rozkręcaliśmy się z meczu na mecz. Wart podkreślenia jest fakt, że równo grał cały zespół. Do Iranu poleciało dwanaście osób i każdy miał swój duży udział w zdobyciu mistrzostwa. W półfinale, czy nawet w finale było tak, że grało czterech zawodników teoretycznie rezerwowych. Trener Ryś wiedział jednak co robi, doskonale poukładał zespół, potem trafił ze zmianami i udało nam się przywieźć z Teheranu złote krążki – opowiada Michał. Dodaje od razu, że tytuł mistrzowski otworzył jemu i jego kolegom bramę do gry w najlepszych polskich klubach seniorskich. To właśnie po tych mistrzostwach Winiarski trafił do Częstochowy. - Mistrzostwo świata juniorów na pewno pomogło zawodnikom, którzy ten tytuł wywalczyli – kontynuuje. - To było coś niesamowitego, niepowtarzalnego. Przypieczętowało naszą ciężką czteroletnią pracę. Był to też ostatni turniej w kategorii juniorów i udało nam się go wygrać. Dzięki temu w klubie na pewno czułem się psychicznie i fizycznie silniejszy. Myślę, że dobrze się stało, iż po skończeniu Szkoły Mistrzostwa Sportowego trafiłem do Częstochowy. Miałem tam okazję grać w pierwszej lidze i to w podstawowym składzie. Nie miałem żadnego przestoju, cały czas mogłem się rozwijać.

Z całą pewnością złoto z Teheranu i kapitalne występy Winiarskiego zwróciły na niego uwagę wszystkich polskich trenerów. W 2004 roku szkoleniowcem naszej kadry narodowej został Stanisław Gościniak i od razu powołał dwudziestojednoletniego wówczas Michała do pierwszej reprezentacji. Młody siatkarz miał okazję zadebiutować w pierwszej drużynie podczas turnieju kwalifikacyjnego do Igrzysk Olimpijskich w Lipsku. – Nie poszło nam wtedy zbyt dobrze. Graliśmy słabo, nic nie wychodziło tak, jak byśmy chcieli – mówi Michał. - Miałem okazję kilka razy wejść na boisko w meczu z Rosją, czy Niemcami, ale były to tylko krótkie zmiany. Pamiętam, że był to dla mnie zarazem ogromny stres, jak i ogromne wydarzenie. Przede wszystkim odczułem różnicę w poziomie gry reprezentacji juniorskich i seniorskich. Była ona kolosalna. W reprezentacji seniorów gra się przecież przeciwko najlepszym zawodnikom na świecie. Fakt, że w juniorach byliśmy najlepszą drużyną globu, nie przekładał się na siatkówkę seniorską. Poza tym pierwsza reprezentacja grała wtedy ze zmiennym szczęściem. Potrafiliśmy wygrać z najlepszym rywalem, ale i przegrać ze słabym przeciwnikiem. Szczerze mówiąc, nie miałem w tamtym czasie wielkiego udziału w sukcesach czy porażkach kadry. Nie łapałem się do dwunastki, nie grałem praktycznie wcale w Lidze Światowej. Raz udało mi się wyjść na boisko i zagrać ze dwie minuty. Ale tak zawsze wyglądają początki. Cieszyłem się wtedy, że była okazja trenować z najlepszymi – uśmiecha się Winiar.

Po przejęciu schedy szkoleniowca narodowej reprezentacji przez Raula Lozano, Michał także otrzymał szansę występów w kadrze. Dość szybko zagwarantował sobie miejsce w dwunastce biało-czerwonych i jak na razie wszystko wskazuje na to, że pozostanie w niej na dłużej. W 2005 roku, jak sam mówi, był czwartym przyjmującym. Podstawowymi lewoskrzydłowymi byli Sebastian Świderski i Dawid Murek, a ich pierwszym zmiennikiem Piotr Gruszka. W tym czasie reprezentacja zajęła czwartą lokatę w rozgrywkach Ligi Światowej, później przyszły mistrzostwa Europy. Polacy mieli przywieźć medal, do szczęścia zabrakło niewiele. - Na mistrzostwach Starego Kontynentu byłem czwartym przyjmującym. Ale cieszyłem się, że mogłem tam przebywać. Trener Lozano dawał mi szansę i wpuszczał na parkiet na krótkie zmiany. Mistrzostwa były dla mnie wielkim przeżyciem. Samo oglądanie poczynań kolegów z kwadratu dla rezerwowych dużo mi dało – opowiada zawodnik. – Wejścia na boisko z ławki nie były dla mnie trudne, tak jak mogłoby się wydawać. Jestem jeszcze młodym zawodnikiem, więc tak naprawdę jest to dość komfortowa sytuacja. Nie odczuwałem presji, bo nikt nie wymagał ode mnie rzeczy niemożliwych. Nie mogłem nic stracić, a tylko zyskać – zdobywać doświadczenie. Właśnie tak do tego podchodziłem. Wchodziłem na boisko i cieszyłem się, że mogę grać i uczyć się czegoś nowego. Był to dla mnie bardzo ważny sezon. Zmieniłem wtedy pogląd na wiele rzeczy dotyczących siatkówki. Długo pracowałem, żeby na mistrzostwach świata zagrać w pierwszej szóstce. Stwierdziłem, że mam już dość bycia rezerwowym – śmieje się Michał.

     

Rok 2006 był przełomowy pod każdym względem. Spełniły się marzenia Winiarskiego, dodatkowo cały czas sprzyjało mu szczęście. Nadal pracował na miejsce w pierwszej szóstce drużyny narodowej, a mistrzostwa świata zbliżały się wielkimi krokami. Kiedy Dawid Murek zdecydował się zrezygnować z występów w Japonii i poddać się operacji kolana, awans Michała na podstawowego przyjmującego reprezentacji stał się faktem. Nie stałoby się to jednak, gdyby nie świetne występy Winiarskiego na ligowych parkietach. – W polskiej lidze zdobyliśmy z Bełchatowem wszystko, co było do zdobycia. W Lidze Mistrzów pograliśmy długo, było kilka fajnych, prestiżowych zwycięstw. Wcześniejsze lata w Częstochowie też zrobiły swoje. Na kadrę jechałem bardziej pewny siebie, zadowolony, pełen wiary w to, że będę mógł częściej pojawiać się na parkiecie. I udało się!
W Japonii w każdym meczu Michał pojawiał się w pierwszej szóstce reprezentacji. To był czas odbierania nagrody za lata ciężkiej harówki i wyrzeczeń. - Czułem się dowartościowany. Osiągnąłem to, do czego dążyłem przez tyle czasu. Było to zwieńczenie mojej pracy. W takim momencie człowiek wie, że nie pracował na darmo, że się rozwija. Podczas turnieju czułem się bardzo mocny, byłem w wysokiej formie. Wiedziałem na co stać biało-czerwonych. Pozostało tylko skupić się i skoncentrować na każdym rywalu, żeby w fazie grupowej nie pogubić nigdzie punktów. Każdy mecz był inny. Czasem zdarzało się, że teoretycznie lepszy zespół przegrywał ze słabszym.

- Najtrudniejszy dla mnie był chyba mecz z Rosją
– wspomina Michał. - Powiem szczerze, że Rosjanie nas zaskoczyli, szczególnie mocną zagrywką. Ale na szczęście potwierdziło się, że na mistrzostwa pojechało dwunastu wartościowych ludzi. Na boisko wyszli Grzesiek Szymański i Piotrek Gruszka, podbudowali nas, pociągnęli mecz, a my się do nich „podłączyliśmy”. Nie wygraliśmy techniką, ale wolą walki, ambicją. Dyspozycja i technika zeszły na drugi plan. Potem przyszły teoretycznie łatwiejsze mecze, z Serbami i półfinał z Bułgarami. Poszliśmy za ciosem i w obu zwyciężyliśmy. Awansowaliśmy do finału mistrzostw świata. To było niewiarygodne! Jednak finał wyglądał, jak wyglądał. Przychodzą takie mecze, że nic nie idzie. Niestety w naszym przypadku trafiło na finał. Sparaliżowało nas i nie zagraliśmy tego, co potrafimy. Chociaż z drugiej strony lepiej, że spotkało nas to w finale niż w półfinale – żartuje siatkarz. – Może to dziwnie zabrzmi, ale jeszcze nie rozpatrywaliśmy całą drużyną przyczyn porażki, nie było na to czasu. Przypuszczam, że jak w tym roku spotkamy się na kadrze, to zaczniemy od dokładnego przeanalizowania pojedynku z Brazylijczykami.
Po finale nasi zawodnicy przeżywali mimo wszystko ciężkie chwile. Gorycz porażki mieszała się z radością ze srebrnych medali. - Po takim meczu smak radości psują urażone ambicje. Wiadomo, że chcieliśmy być wyżej, do złota zabrakło tak niewiele. Ja osobiście cieszyć się zacząłem kilka godzin po meczu, kiedy dotarły do mnie informacje z kraju, o wielkiej radości kibiców. Wtedy dopiero przełknąłem gorycz porażki.

 


Prywatnie – w małym raju na ziemi

W czasie kiedy Michał rozgrywał w Japonii finały mistrzostw świata, jego żona Dagmara przebywała we Włoszech, gdzie lada dzień miał się urodzić ich synek. - Dagmara rodziła we Włoszech, bo wyznaczony termin porodu był taki, że miałem zdążyć wrócić z Japonii. Jeżeli rodziłaby w Polsce, to nie mógłbym być z nią, bo pięć dni po mistrzostwach zaczynałem ligę. Nie mógłbym powiedzieć „przepraszam, ale urodziło mi się dziecko i muszę jechać do Polski”. Mam kontrakt i muszę go wypełniać.
Jednak jeszcze w czasie trwania fazy grupowej do Michała docierały wiadomości, że potomek już pcha się na świat. – Spodziewałem się wtedy, że nie zdążę wrócić do Italii na czas. Mieliśmy z żoną codziennie kontakt, wszystkie wieści do mnie docierały. Starałem się nie myśleć o tym na boisku, jednak chyba siedziało to gdzieś w podświadomości.

Jak się potem okazało, potomek państwa Winiarskich nie zamierzał pozwolić swojej mamie na obejrzenie do końca zmagań męża na japońskich parkietach. Najważniejszy dzień mistrzostw – dzień meczu z Rosjanami - okazał się też dniem narodzin syna Oliwiera. Gdy przyszły tata przebywał na parkiecie, Dagmara była w drodze na porodówkę. – Żona obejrzała dwa pierwsze sety, później musiała udać się do szpitala. Oliwier chciał już wyjść na świat. Koleżanka powiedziała jej później, że jest 2:1. Podczas badań także była na bieżąco, ale przez to się jeszcze mocniej stresowała. Urodziła dwie godziny po meczu. Michał grając mecz o niczym nie wiedział, choć podświadomie mógł się spodziewać takiego przebiegu wypadków. - Nie wiem, czy mnie to rozpraszało, czy pomagało, ale jedno jest pewne: radość ze zwycięstwa była podwójna.

     

Dziś Michał jest szczęśliwym ojcem 3,5-miesięcznego Oliwiera. Chłopiec rośnie jak na drożdżach, całkiem możliwe, że za parę lat pójdzie w ślady ojca. W dniu urodzin – 28 listopada – mierzył 50 cm. - Oliwier jest moją największą radością. Rośnie, jest coraz bardziej śmieszny, coraz więcej rzeczy zaczyna rozumieć i spostrzegać. Już nawet się śmieje. Spędzając z nim czas, czuję się szczęśliwy – mówi z ogromną czułością nasz bohater. - Na początku czułem się dziwnie jako ojciec, bo... nie mogłem w to wszystko uwierzyć – opowiada dalej. - Spełniły się nasze marzenia. Obok mnie leży teraz syn, a z żoną zawsze marzyliśmy, aby naszym pierwszym dzieckiem był właśnie chłopiec. Teraz chcemy tylko, aby Oliwier był zdrowy.

Michał z Dagmarą i synkiem mieszkają w Trentino. Jak sami podkreślają, to ich taki mały raj na ziemi. Są razem już od sześciu lat, ale jeszcze nigdy nie byli tak szczęśliwi. Poznali się w Rawie Mazowieckiej, kiedy Winiar był uczniem Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Do Rawy przyjechał razem z drużyną na turniej. Kiedy zobaczył Dagmarę, zastanawiał się, co zrobić. Od razu przypadła mu do gustu. W końcu podszedł, przedstawił się i dziś są szczęśliwym małżeństwem. Pobrali się 13 maja 2006 roku w kościele pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie.

Prywatnie Michał jest bardzo sympatycznym, spokojnym i przede wszystkim skromnym człowiekiem. Jego zaletą jest niewątpliwie duże poczucie humoru. - Jestem wesołym, pogodnym człowiekiem. Lubię przebywać tam, gdzie jest dużo śmiechu. Sam też lubię się śmiać. Muszę tu także powiedzieć, że jestem strasznie roztrzepany, dużo rzeczy zapominam, dużo rzeczy gdzieś zostawiam. Potrafię czasem zrobić coś głupiego, sam tego nie kontroluję. Najlepiej określić mnie jednym zdaniem: wesoły i roztrzepany chłopak. Zawodnik nie ma we Włoszech zbyt dużo wolnego czasu. Każdą chwilę, kiedy nie ma klubowych obowiązków, spędza w zaciszu domowego ogniska i regeneruje siły. - Czas wolny spędzam z żoną i Oliwierem. Z Dagmarą dużo rozmawiamy, oglądamy filmy, zabieramy małego na spacerki. Okolica jest naprawdę piękna. Wieczorami oglądam piłkę nożną, bo bardzo lubię ten sport. Ostatnio pasjonuję się meczami Ligi Mistrzów. Staram się także znaleźć czas na lekturę. Najchętniej sięgam po kryminały Agaty Christie – mówi o swoich zainteresowaniach. - Czasami mnie coś takiego napadnie, że biorę kartkę, siadam i rysuję. Wiadomo, że nie robię tego, jak jakiś artysta, ale spełniam siebie. Lubię zrobić czasem coś nietypowego. Kiedyś wpadłem na pomysł, że kupię sobie gitarę i nauczę się grać. Kupiłem i rzeczywiście przez pewien czas się uczyłem. Robiłem to z taką pasją, że kładąc się spać, nuciłem sobie różne melodie do poduszki. Teraz śpiewam jedynie wtedy, gdy nikt mnie nie słyszy, np. przy goleniu, albo w samochodzie.

Winiarski, mimo iż wyjechał do Włoch, nadal pozostaje studentem Politechniki Częstochowskiej. - Ciągle studiuję na Politechnice. Jestem na trzecim roku wychowania fizycznego i brakuje mi czasu, żeby to skończyć i zrobić licencjat. Cały czas jestem w kontakcie z uczelnią. Ustaliliśmy, że jak tylko przyjadę do Polski, to na pewno zrobię wszystko, żeby ten rok zaliczyć. We Włoszech na studiowanie nie ma zbyt dużych szans - czas na to nie pozwala. Trzeba się skupić na graniu. Jednak zbieram tutaj dużo doświadczenia, zapisuję sobie sporo nowych rzeczy z treningów, dotyczących ich przebiegu. Nie wiem jeszcze, co będę robił w przyszłości, ale moja wiedza cały czas rośnie, nawet jeżeli chodzi o medycynę i przygotowanie fizyczne.



Wybiegając w przyszłość

 

Michał nie chce za dużo mówić o przyszłości i planach, bo nie wie, co się może nieoczekiwanego wydarzyć. Jednak zapytany, po chwili zastanowienia twierdzi: Chcę grać tak długo, jak zdrowie pozwoli. W ramach możliwości chcę zapewniać sobie finanse na przyszłość, żeby później bez stresu o bieżące potrzeby móc z czymś zacząć. Wiadomo, że w przyszłości będzie trudniej. Moim marzeniem jest wybudować dom i mieć jeszcze co najmniej dwójkę dzieci. Czasami sobie myślę, co chciałbym robić w przyszłości, ale wcale nie wiem, czy chciałbym zostać przy sporcie. Jest to bardzo stresujące życie, trzeba przechodzić dużo rozstań z rodziną. Wolałbym chyba jednak jakąś spokojną pracę. Myślę, że prowadzenie zajęć z dziećmi w wieku szkolnym, uczenie ich np. siatkówki w jakiś sposób by mnie zadowalało.

 

 

Bliscy o Michale

Nasz reprezentant, mówiąc o domu rodzinnym, podkreśla, że w życiu Winiarskich zawsze obecny był sport. Rodzice wspierali Michała w jego drodze od początku przygody z siatkówką aż po sam szczyt kariery. Z pewnością wspierać będą nadal. Stawiali jednak jeden warunek: - W naszym domu priorytetem była i jest nauka. Jeśli sport miałby przeszkadzać naszym dzieciom w obowiązkach szkolnych, to czas na rozwijanie sportowych pasji trzeba by było ograniczyć. Na szczęście jednak niczego takiego nie musieliśmy stosować. Michał był wzorowym i bardzo sumiennym uczniem. Potrafił świetnie zagospodarować swój czas tak, aby starczało go na naukę i treningi - wspomina Jerzy Winiarski, ojciec Michała. Kariera reprezentacyjnego przyjmującego rozwija się znakomicie, z każdym sezonem Michał dostarcza swojej rodzinie coraz większych powodów do dumy. - To wspaniałe uczucie, kiedy mogę oglądać skutecznie grającego Michała w spotkaniach, które rozgrywa nasza reprezentacja. Nasza rodzina bardzo kibicuje biało-czerwonym, zawsze byliśmy z nimi duchem. Tym bardziej jestem dumny, że mój syn jest częścią tego zespołu - dodaje pan Jerzy. - To przede wszystkim bardzo skromny i inteligentny chłopak. Bardzo sumienny, i utalentowany, nie chciałbym, aby się zmienił. Kieruje się dobrymi wartościami jako sportowiec. Chciałabym, aby po zakończeniu kariery sportowej, kierował się w życiu takimi samymi ideałami, jak obecnie.

 


Żona Michała - Dagmara wypowiada się o mężu w samych superlatywach. Twierdzi, że drugiego takiego mężczyzny można ze świecą szukać. Małżonek jest dla niej ideałem. - Jest cudownym człowiekiem. Został wspaniale wychowany i rodzina stanowi dla niego największą wartość. Ma bardzo bliski kontakt z rodzicami, a także z moją mamą, do której mówi po imieniu - "Ewka". Zawsze jest pełen humoru i pomysłów na świetną zabawę. Lubi grać na gitarze i często sobie podśpiewuje. Nie potrafi usiedzieć na miejscu. Jest bardzo czuły na krzywdę i biedę. Ma wspaniałe serce. Kiedyś, spacerując, spotkaliśmy kobietę, która błagała o parę groszy na jedzenie dla swego dziecka. Wtedy Michał powiedział, że chciałby mieć tyle pieniędzy, żeby pomagać potrzebującym - opowiada Dagmara. - Ulubionym zajęciem Michała jest śpiewanie Oliwierowi najróżniejszych piosenek. Opowiada mu śmieszne bajeczki, a Oliwier patrzy na tatusia, cudnie się do niego śmieje. Lubi go słuchać. Michał często zabiera synka sam na spacer, żebym miała chwilę czasu dla siebie. Bardzo mi pomaga w pracach domowych i... coraz lepiej gotuje - śmieje się Dagmara. - Dla mnie Michał jest największym szczęściem i najważniejszą osobą. Wiem, że mogę zawsze na niego liczyć. Bardzo się o nas troszczy i często mnie rozpieszcza.

Dagmara z uśmiechem na ustach wspomina dzień poznania Winiara. Zapytana, co urzekło ją w przyszłym mężu, bez zawahania odpowiada: Nogi! - W piękny majowy dzień wybrałyśmy się z koleżankami nad zalew w Rawie Mazowieckiej. Trwały ostatnie przygotowania do egzaminu maturalnego. Postanowiłyśmy podyskutować na łonie natury i wtedy któraś z nich zwróciła uwagę, że idą fajni chłopcy. Gdy spojrzałam, zobaczyłam długie, cholernie zgrabne i opalone nogi. Miał czerwone spodenki, pamiętam je do dziś.

 

O Michale dobrze mówią także trenerzy, z którymi współpracuje, a także koledzy z ligowych parkietów.

- Jestem pod ogromnym wrażeniem profesjonalizmu Michała - mówi drugi trener reprezentacji seniorów, Alojzy Świderek.  - Od czasu, kiedy poszedł do Włoch, bardzo się zmienił. Zauważyliśmy z Raulem ogromny postęp, jeżeli chodzi o jego technikę. Już teraz z całą pewnością mogę powiedzieć, że to ogromny talent polskiej siatkówki. Po japońskich mistrzostwach Michał jest szóstkowym zawodnikiem w reprezentacji i z tej pozycji będzie startował w kolejnym sezonie- twierdzi Świderek.

 

- Michał jest bardzo sympatycznym i miłym chłopakiem z wielkim talentem i wielkimi umiejętnościami. Czasami potrafi się zakręcić, czegoś zapomnieć, ale nie wynika to z jego nieudolności, ale ze stylu bycia - mówi ze śmiechem Grzegorz Szymański, atakujący reprezentacji Polski, a prywatnie kolega Michała. - Zawsze dobrze się z nim dogadywałem, jest moim bardzo dobrym kolegą. W każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła jest wyśmienitym zawodnikiem. Grałem z nim dwa sezony. Ten ostatni w Częstochowie był wyjątkowy. Przy nim na przyjęciu grało mi się bardzo dobrze. Wraz z Krzyśkiem Gierczyńskim i Piotrkiem Gackiem tworzyli w lidze trójkę najlepiej przyjmujących. Grzegorz jest pewien, że „Winiar” już niedługo będzie zdobywał najwyższe trofea. - Jego przyszłość tworzy się sama. Już jako młody chłopak gra w lidze włoskiej, co jest marzeniem każdego zawodnika. Teraz wróżę mu zdobywanie najwyższych laurów na najbliższych turniejach z reprezentacją: mistrzostwach Europy, a później Igrzyskach Olimpijskich, a dzięki temu ogromną karierę.



Adrian Komorowski - Reprezentacja.net

--------

**Niniejszy tekst w wersji rozszerzonej, uzupełniony o materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów.

źródło: reprezentacja.net

autor: Adrian Komorowski

Do wiadomości napisano 22 komentarze

Zobacz także:

Powrót
Dodaj nowy komentarz
Zarejestruj swojego nicka.
Redakcja serwisu Reprezentacja.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy umieszczanych przez internautów.

Pola oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe do wypełnienia

Relacje LIVE



Kwalifikacje do ME 2009 
Olsztyn, Memoriał Wagnera

Polska-Czarnogóra 
piątek 15 maja 2008
godz. 17:00

Kwalifikacje do ME 2009

 
Olsztyn, Memoriał Wagnera
16-18 maja 2008r. 
-------------------
Tallin
 
23-25 maja 2008r.
--------------------
Program i Wyniki
Program transmisji TV
  

Kwalifikacje do IO 2008


17-25 maja 2008
Tokio, Japonia

----------------------

Wyniki
Program transmisji TV


Szukamy grafika

 Znasz Macromedia Flash?

To ogłoszenie dla Ciebie!

Sylwetka