Katarzyna Gajgał jest jedną z tych zawodniczek, które zmieniły obraz gry polskiego zespołu. W rozmowie z serwisem Reprezentacja.net dzieli się wrażeniami z Pekinu i zdradza, jaki powinien być następca Bonitty.
Reprezentacja.net:
Swój występ w Igrzyskach Olimpijskich zakończyłyście na fazie grupowej. Jak z perspektywy całej drużyny ocenia Pani ten turniej?
Katarzyna Gajgał:
- Wiadomo było, że naszym celem podczas tych igrzysk było wyjście z grupy i to nam się niestety nie udało. Myślę jednak, że w jakiś sposób naszym sukcesem jest już występ w Pekinie. Przez czterdzieści lat nie było przecież żeńskiej reprezentacji Polski w siatkówce na igrzyskach. A do tego grałyśmy w grupie z zespołami, z którymi mamy ujemny bilans jeżeli chodzi o wygrane spotkania, może oprócz Wenezueli. Myślę, że nie było jakoś bardzo dobrze, ponieważ nie udało się nam awansować do ćwierćfinałów. Jednak z drugiej strony walczyłyśmy, zostawiłyśmy serca na boisku, oddałyśmy nasze nerwy, emocje. I myślę, że po części jest to jednak nasz sukces.
W wielu momentach byłyście o krok od wygranej. Czego brakowało?
- Myślę, że brakowało ogrania, większej ilości spotkań na najwyższym poziomie, oswojenia się ze stresem i presją. Niektóre zespoły brały już udział w igrzyskach olimpijskich i mają doświadczenie w wygrywaniu pod presją. Może właśnie tego nam troszeczkę brakuje.
Czyli podczas kolejnych igrzysk powinno już być lepiej, skoro debiut macie już za sobą?
- Na pewno tak, ale musimy grać jak najwięcej we wszystkich turniejach: czy to Puchar Świata, World Grand Prix czy mistrzostwa Europy bądż globu. To w takich imprezach trzeba zdobywać doświadczenie. Co prawda większość kadrowiczek gra w polskiej lidze, a ta nie ma najlepszego poziomu na świecie, a to na pewno nie pozostaje bez wpływu na poziom reprezentacji. Myślę jednak, że nie jest źle. Zabrakło nam takiej "kropki nad i".
W bloku walczą Katarzyny - Gajgał i Skorupa
(fot. FIVB)
W Pekinie zadebiutowała Pani w meczu z Chinami, kiedy sytuacja nie była najlepsza. Razem z Kasią Skorupą uratowałyście dwa następne sety i doszło do tie – breaka. Jakie uczucia Pani wówczas towarzyszyły?
- Za każdym razem kiedy dostawałam szansę na grę, starałam się ją maksymalnie dobrze wykorzystać. Od początku moim zadaniem jako zmienniczki było wejść na boisko i zagrać lepiej od poprzedniczki. Jeżeli w jakiś sposób pomogłam i efektem tego było wygranie seta czy całego meczu, jak w przypadku spotkania przeciwko Wenezueli, to bardzo się z tego cieszę. I naprawdę całe igrzyska osobiście odbieram jako sukces.
A jak wyglądały te igrzyska „od kuchni”, jakie wrażenie zrobiła na Pani wioska olimpijska?
- Nie powiem, że byłam zaskoczona, bo uczestniczyłam w Uniwersjadzie, a to są takie studenckie igrzyska. Tam mniej więcej wszystko wyglądało tak samo tyle, że organizacja tego odbywała się na troszeczkę mniejszą skalę. Wioska olimpijska w Pekinie była bardzo ładna, wszystko było dopięte na ostatni guzik i naprawdę nie można się do niczego przyczepić. W strefie międzynarodowej znajdowały się sklepy oraz stołówki - jedna, większa była dostępna 24 godziny na dobę, pozostałe mniejsze lokale były tak otwarte, aby było można czasami coś przekąsić. Klinika medyczna w wiosce posiadała sprzęt najlepszy z możliwych. Naprawdę jeśli chodzi o organizację wszystko było bardzo dobrze zrobione.
Podobno była to najlepsza wioska w historii.
- Naprawdę robiła wrażenie. Gdyby nie ten smog na niebie, na pewno byłoby ją lepiej widać (śmiech).
Wraz z igrzyskami kończy się pewien reprezentacyjny etap, szczególnie dla trenera Bonitty. Jak ocenia Pani tego selekcjonera?
-
Nie mogę mówić za inne dziewczyna, ale moja współpraca z trenerem układała się dobrze. Wiadomo, że każdy szkoleniowiec ma swoje plusy i minusy. Jednym zawodniczkom pasuje ten trener, a pozostałym inny i to jest normalne. Marco Bonitta w jakiś sposób mnie zauważył i dał mi szansę grania w reprezentacji oraz pojechania na Igrzyska Olimpijskie. Trzeba pamiętać, że w ocenie danego trenera wszystko zależy od tego, kto jakie ma podejście i czego oczekuje.
Czas w polskim zespole (fot. FIVB)
Jakie cechy powinien posiadać nowy trener, żeby wraz z nim przyszły wielkie sukcesy międzynarodowe naszej żeńskiej reprezentacji?
- Myślę, że generalnie trenowanie kobiet jest bardziej skomplikowane niż trenowanie mężczyzn. Wydaje mi się, że powinien to być szkoleniowiec, który będzie w stanie stworzyć zespół pod względem psychologicznym i mentalnym, drużynę, która będzie jednością. Do tego na pewno nowy trener musi cieszyć się szacunkiem zawodniczek, tak żebyśmy mu w pełni zaufały i uwierzyły, że rzeczywiście chce z nami coś osiągnąć. To są moim zdaniem najważniejsze sprawy w tej kwestii.
Polak czy obcokrajowiec?
- Nie wiem. Przyznaję, że na pewno bariera językowa jest problemem, więc pod tym względem lepszy byłby Polak. Z kolei cudzoziemiec wniósłby nowe spojrzenie, świeżość, a to też nie byłoby złe. Każdy trener układa sobie własny zespół, widzi inne zawodniczki w pierwszym i drugim składzie, wiele zatem zależy od trenera.
Kończy się sezon reprezentacyjny. Jak będzie Pani wspominała ten czas?
- To był dla mnie dobry czas zakończony sukcesem, jakim był wyjazd do Pekinu. Mimo że podczas IO nie udało nam się wyjść z grupy, będę go dobrze wspominała. Wszystkie obozy, treningi, mecze podczas GP oraz IO wiele mi dały.
Dostanie Pani teraz trochę wolnego w klubie czy od razu wróci do pracy?
- Mogę odpoczywać do 1 września, więc mam teraz chwilę na złapanie oddechu zanim wrócę do treningów. Spędzę ten czas z rodziną.
* Rozmawiała Renata Respondek - Reprezentacja.net