Ireneusz Mazur był szkoleniowcem kadry Polski, dlatego większość naszych reprezentantów zna jak mało kto. W rozmowie z serwisem Reprezentacja.net szuka odpowiedzi na pytanie o przyszłość polskiej reprezentacji.
Reprezentacja.net:
Jak Pan ocenia czteroletni okres współpracy z polską reprezentacją duetu trenerskiego Lozano – Świderek?
Ireneusz Mazur:
- Przede wszystkim oni dostali te cztery lata, bo kilku wcześniejszych szkoleniowców nie miało tyle szczęścia, by prowadzić drużynę dłużej niż dwa lata. Byli to szkoleniowcy polscy i rodzi się w tej sytuacji nostalgiczne pytanie: dlaczego Polacy nie dostali takiego kredytu zaufania. Jednocześnie sam potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu nauczeni wcześniejszym doświadczeniem opowiedzieliśmy się za zagranicznym trenerem i przez cztery lata konsekwentnie przy tym trwaliśmy i, mimo że przypisywano nam negatywne cechy, staliśmy murem za decyzjami sztabu szkoleniowego. Mówiąc „my” mam na myśli grupę polskich trenerów: Skorka, Rysia, Sucha, Mazura, Gościniaka czy innych. Nie podejmowaliśmy w tym czteroletnim okresie szkoleniowym żadnych negatywnych działań wobec trenerów reprezentacji i myślę, że warto to podkreślić, szanować i o tym pamiętać. Ktoś mógłby powiedzieć, że to wyniki nami kierowały, ale przecież w pewnym momencie tych wyników nie było, ale nawet po nieudanych ME nie padł ani jeden głos krytyki wobec szkoleniowców kadry ze strony polskich trenerów. Myślę, że ta postawa polskiego środowiska trenerskiego jest jedną z istotniejszych spraw. Drugą z nich było niewątpliwie zdobycie wicemistrzostwa świata, będącego osłodą dla wszystkich i nagrodą dla całego środowiska, które przyjęło wiele wyrzeczeń w drodze do igrzysk olimpijskich. Nikt nie ukrywał, że głównym celem postawionym przed duetem szkoleniowym Lozano – Świderek było przeskoczenie bariery piątych miejsc w olimpijskich zmaganiach, jakie zawsze zajmowała nasza reprezentacja pod wodzą trenerów – Polaków.
Nie mogę w tej sytuacji nie zapytać, jak ocenia Pan te igrzyska w wykonaniu polskich siatkarzy?
- Wszyscy jednym tchem mówią, że gra była bardzo ładna, ale zabrakło wyniku. I to prawda. Zabrakło tylko tego, na co wszyscy liczyli – medalu. Myślę, że właśnie dlatego igrzyska w Pekinie stały się gorzką pigułką, którą przyszło nam przełknąć.
Najtrudniej tę pigułkę było przełknąć polskim siatkarzom. Wrócili z Pekinu zmęczeni fizycznie i psychicznie, a przed nimi ważne spotkania z Belgią. Czy sądzi Pan, że są w stanie się przed nimi pozbierać?
- Nie ma co ukrywać, że jesteśmy w dość trudnej sytuacji, ponieważ niełatwo zmobilizować zawodników po porażce w imprezie, do której przygotowywali się cztery lata. Do tego czekają nas pojedynki z przeciwnikiem, który potęgą nie jest. Można było przyjąć różne metody przygotowywania się do tych meczów, ponieważ od dawna było wiadomo, że przyjdzie je nam rozegrać po powrocie z Igrzysk Olimpijskich. Ci zawodnicy sami sobie stworzyli taką sytuację i teraz muszą dokończyć to, co zaczęli. Mówiąc wprost - my jako Polska mamy zagrać w ME, czyli co za tym idzie trzeba pokonać Belgię. Reprezentacji wymienić się nie da. Oczywiście można było przygotowywać równolegle drugi skład i połączyć go z pierwszym, żeby odciążyć niektórych zawodników, ale tak się nie stało. Jestem zdania, że potencjał, drzemiący w tej drużynie jest tak duży, że jesteśmy w stanie nawet z marszu pokonać Belgów. Łatwo nie będzie, bo przeciwnikiem naszych zawodników będzie przede wszystkim ich psychika, ale podrażniona ambicja Polaków może być ich siłą napędową. Oni mogą chcieć udowodnić, że już nie pamiętają o poprzednich porażkach, że zwycięstwem nad Belgią zmywają ostatecznie tę plamę na honorze i ja na to liczę.
Wielu kluczowych zawodników polskiej reprezentacji zmaga się z różnymi kontuzjami. Czy nowy trener będzie musiał dokonać zmiany pokoleniowej w polskiej drużynie narodowej?
- Po takich ważnych imprezach we wszystkich reprezentacjach, nie tylko w naszej, następuje czas regeneracji dla tych zawodników, którzy byli najbardziej eksploatowani. Nie można tu mówić o rezygnacji zawodników z występów w barwach narodowych, raczej o odpoczynku. Powszechnie znana jest praktyka udzielania urlopów tym zawodnikom, którzy grali najwięcej. U nas było kilku takich siatkarzy, na których opierała się gra. Wiemy, że z poważnymi problemami zdrowotnymi boryka się Michał Winiarski. Wlazły zmaga się także z różnymi swoimi problemami, również Zagumny, środkowi Pliński i Kadziewicz. Oni wszyscy mogą podjąć decyzję, że przez rok będą koncentrować się na leczeniu i grze w lidze. Tak bywa i jeśli nie robi się wokół tego dramatu, to następuje w sposób płynny. Oczywiście rodzi się pytanie, czy zawodnicy będący dotąd zapleczem reprezentacji będą w stanie zapełnić tę lukę bez straty dla poziomu gry polskiej reprezentacji. Niektórzy twierdzą, że mamy wielu Wlazłych czy Winiarskich, ja natomiast mam odmienne wrażenie. Uważam, że nie wykreowaliśmy w ostatnim czasie jakiejś grupy zawodników, która byłaby w stanie dokonać bezbolesnej zmiany pokoleniowej, dlatego jeśli do takiej zmiany dojdzie, na pewno obniży się nasz poziom gry. Musimy być przygotowani na to, że już nie będziemy brylować na światowych parkietach i lekko stonować nasze ambicje. Ale czas przeznaczony na regenerację jest konieczny dla niektórych graczy. Kto może pomóc reprezentacji? Na pewno Bartman, być może Bartosz Kurek znajdzie się w tym gronie. Pewne jest jedno – najtrudniej będzie uzupełnić lukę na rozegraniu po Pawle Zagumnym, na ataku po Mariuszu Wlazłym oraz na przyjęciu po Michale Winiarskim. Krzysiek Ignaczak, który jest kontuzjowany, ma dobre zaplecze w postaci Piotra Gacka, który jeszcze podczas MŚ był przecież podstawowym libero w polskiej drużynie. Generalnie jednak takiego zaplecza nie mamy. Jeżeli z różnych względów wycofamy rocznik 77, to okaże się, że nie mamy bogactwa równorzędnych młodych zawodników w Polsce. Łatwo nie będzie, ale miejmy nadzieję, że bardzo źle również nie. Moim zdaniem najpierw będziemy musieli obliczyć stan posiadania, rozejrzeć się, co mamy, a dopiero do tego dobrać odpowiedniego dowódcę.
Czy Pana zdaniem ktoś się w ostatnim czasie objawił w szeregach reprezentantów Polski jako godny następca dotychczasowych graczy?
- Na pewno Marcin Wika. To jest zawodnik, na którego z przyjemnością się patrzy, który jest ciągle uśmiechnięty. On roztacza wokół siebie aurę ciepła i takiego słonecznego blasku, co jest bardzo pozytywne dla całej drużyny. Trudno jednak ocenić, czy on jest w stanie dźwignąć grę na najwyższym poziomie jako podstawowy gracz. W meczach, w których grał, nie zawiódł i zaprezentował dobrą grę w wielu elementach sztuki siatkarskiej: w ataku, obronie, zagrywce. Natomiast Paweł Woicki nie jest odkryciem ostatniego roku. Już od kilku lat było wiadomo, że to zawodnik o sporych umiejętnościach i dziwiono się, że nie znalazł swojego miejsca w reprezentacji. W swoich występach w barwach narodowych zaprezentował się dobrze, ale gdyby był lepszy od Pawła Zagumnego już by grał w podstawowej szóstce. Trudno powiedzieć, czy odejście Zagumnego i zastąpienie go Woickim będzie pożytkiem czy stratą dla reprezentacji. To się dopiero okaże.
Zakończyliśmy występ w Pekinie na miejscach 5-8, a trzech naszych zawodników otrzymuje indywidualne wyróżnienia. Czy to nie jest trochę paradoks?
- Jako patriota bardzo się cieszę i odbieram to z przyjemnością (śmiech). Trzeba jednak pamiętać, że statystyki nie oddają często tego, co rzeczywiście dzieje się na boisku. Według mnie logiczne wydaje się takie postępowanie, że najlepszych zawodników wybiera się z drużyny zwycięskiej, ponieważ skoro wygrali to znaczy, że w przeważającej mierze byli najlepsi na swoich pozycjach. Dla mnie najlepszym zawodnikiem w zespole USA był Lloy Ball, a zaraz za nim uplasował się moim zdaniem Wiliam Priddy. Obu ich natomiast zabrakło wśród graczy wyróżnionych indywidualnie. Oczywiście nie zaprzeczam klasie Pawła Zagumnego, bo moja sympatia i uznanie dla niego są chyba powszechnie znane, niemniej jednak uważam, że turniej w Pekinie bezsprzecznie należał do Balla. Przyznaję, że jako szkoleniowiec nie przyjmuję tych statystyk. Dla mnie jest to jakaś dziwna historia.
* Rozmawiała Joanna Majtyka - Reprezentacja.net

