Chciałoby się powiedzieć: miało być tak pięknie... Porażka mistrza Polski w pierwszym meczu Ligi Mistrzów napawa niepokojem. O wyjaśnienia serwis Reprezentacja.net poprosił drugiego trenera PGE Skry Bełchatów.
PGE Skra Bełchatów była zespołem, na który najmocniej liczyliśmy w tegorocznych rozgrywkach Ligi Mistrzów. Zeszłoroczny udział mistrza Polski w Final Four tych prestiżowych rozgrywek tylko rozbudził apetyty kibiców i działaczy. Takiego scenariusza jednak nikt nie przewidział - Skra poniosła klęskę w trzech setach, a bardziej niż rozmiar porażki niepokoi jej styl.
Reprezentacja.net:
Wszyscy zadają sobie pytanie: co się stało?
Jacek Nawrocki:
- W zasadzie nic takiego się nie stało. Przegraliśmy, bo zawiódł jeden z elementów siatkarskiego rzemiosła. Główną rolę we wczorajszym pojedynku odegrała ryzykowna, mocna zagrywka zespołu Friedrichshafen. Mimo dużego ryzyka, jakie nasi rywale podejmowali w polu serwisowym, popełniali w tym elemencie bardzo mało błędów. To musiało odbić się na wyniku. Takiej zagrywce można przeciwstawić perfekcyjne przyjęcie lub jeszcze lepszy serwis własny. Niestety, obu tych elementów nam wczoraj zabrakło.
To właśnie przyjęcie było chyba najsłabszym punktem w grze Pańskich podopiecznych?
- Rzeczywiście, widać to było zarówno podczas gry jak i później w pomeczowych statystykach. Było wiele niedokładności w tym elemencie, natomiast kiedy już udało się przyjąć zagrywkę rywali, częstokroć nie potrafiliśmy tego wykorzystać. Niemcy od początku spotkania nękali nas mocnym serwisem. Pierwsze próby dokładnego przyjęcia nie powiodły się, więc zmieniliśmy nieco taktykę i staraliśmy się dogrywać chociaż tak, żeby można było rozegrać wysoką sytuacyjną piłkę do skrzydła. Zaczęły się jednak mnożyć błędy w rozegraniu i ataku, co przekreśliło nasze szanse na zwycięstwo. Ciężko się gra, kiedy zawodzą podstawowe elementy siatkarskiego rzemiosła. Dochodzi do tego niemoc w drużynie, brak pomysłu na grę. Tak to jednak musi wyglądać jeśli o wyniku decydują odbiór oraz zagrywka.
Na ile Pana zdaniem problemy kadrowe zaważyły na wyniku końcowym wczorajszego spotkania?
- Gramy takim składem, jakim dysponujemy, czyli wszystkimi zdrowymi zawodnikami. Wiadomo, że brakuje nam Antigi, Heikinnena, Możdżonka. Gdyby oni mogli wystąpić na pewno mielibyśmy większe pole manewru, możliwość roszad w składzie. To dawałoby duży komfort trenerowi w prowadzeniu zespołu. Ich nieobecność nie jest jednak żadnym wytłumaczeniem, bo w rozstawieniu, w którym wyszliśmy również czuliśmy się mocni na tyle, by pokonać niemiecki zespół.
Nad czym będziecie teraz pracować szczególnie intensywnie, by w meczu z Panathinaikosem nie powtórzyła się wczorajsza historia?
- W tej chwili myślami jesteśmy w pierwszej linii przy meczu z Jastrzębiem, który nas czeka w ramach rozgrywek PlusLigi w najbliższą niedzielę. Szybko musimy wyciągnąć wnioski ze sportowych aspektów wczorajszego meczu, a następnie zapomnieć o nim. Nie ma czasu na dołowanie się – musimy dobrze przygotować się do pojedynku z Jastrzębiem, odbudować się psychicznie, a potem pojechać do Aten i tam powalczyć o punkty. Po tym, co wczoraj zobaczyliśmy nasuwa się jeden wniosek: do poprawienia jest wszystko.
Czy po tej nieudanej inauguracji wierzy Pan nadal w awans Skry do kolejnej fazy rozgrywek?
- Wierzę dalej w nasz zespół i w jego dobrą grę w Lidze Mistrzów. Mam jednak świadomość, że każdy mecz w naszej grupie może się skończyć każdym możliwym wynikiem. Tutaj nie ma faworytów. Nasze wyjście z grupy jest sprawą otwartą. Trzeba wierzyć.
* Rozmawiała Katarzyna Biernacka - Reprezentacja.net




