Siatkówka - Reprezentacje Polski - REPREZENTACJA.NET aktualności, historia siatkówki, wywiady, sylwetki zawodników i trenerow, zdjęcia, relacje LIVE

Siatkówka - Kadeci


Autor: Barbara Kuziemska

Data: 08-08-2008

Tomasz Wójtowicz: Mogą sięgnąć po medal

Tomasz Wójtowicz przed ponad trzydziestoma laty zdobywał olimpijskie złoto. Teraz przed telewizorem będzie dopingował nasze siatkarskie reprezentacje. - Z zaciekawieniem oczekuję rozpoczęcia igrzysk - mówi mistrz olimpijski z Montrealu w wywiadzie udzielonym serwisowi Reprezentacja.net.

 

Reprezentacja.net:

Czy przy okazji igrzysk w Pekinie wraca Pan myślami częściej do tego, co się zdarzyło w Montrealu?

 

Tomasz Wójtowicz:

- Oczywiście, że tak. To się tak naturalnie kojarzy. Tym bardziej, że będą tam aż dwie nasze drużyny.

 

Z jakim nastawieniem i jakimi oczekiwaniami jechał Pan do Kanady?

 

- Jechaliśmy po złoty medal. Zostało wcześniej zapowiedziane, że tylko to nas interesuje. Dwa lata wcześniej zdobyliśmy mistrzostwo świata. Rozegrane w międzyczasie spotkania z różnymi drużynami pozwalały na to, by stawiać nas w gronie faworytów. Nie byliśmy tego naturalnie na 100% pewni, bo inne zespoły również były mocne, a poza tym już przez te dwa lata nas rozpoznały. Na mistrzostwach świata ich troszeczkę zaskoczyliśmy, ale na igrzyskach już wszyscy się na nas szykowali. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko, ale jednocześnie byliśmy optymistami. Czuliśmy, że powinniśmy coś zdobyć.

 

Jak Pan wspomina poszczególne spotkania?

 

- Set po secie czy punkt za punktem nie pamiętam wszystkiego, ale mam w pamięci szczególnie tych kilka najbardziej dramatycznych meczów. Mieliśmy dość ciężką drogę, sporo spotkań wygrywaliśmy po 3:2. Z meczu z Kubą najmocniej wryło mi się w pamięć to, że oni mieli przecież piłkę meczową w górze. Ich reprezentant się pomylił, uderzył nieznacznie w aut. My zdołaliśmy odwrócić losy i wygrać. Gdyby nie to nie byłoby medalu. To był jeden z bardziej dramatycznych momentów, który dodał nam sił i pewności siebie. Myślę, że był przełomowy. Z Koreą 3:2 nie było również planowane, ale to oni zaskakująco prowadzili 2:0. Nam się jednak udało zwyciężyć.

 

Jakie pozasportowe wspomnienie zachował Pan z igrzysk?

 

- Było nam miło, gdyż w Kanadzie mieszkała spora polonia, która przychodziła na mecze i nas mocno dopingowała. Po samym finale, kiedy mieliśmy już wolne, wyszliśmy na miasto, gdzie nas rozpoznawano, zapraszano do barów na kawę czy drinki. To było bardzo miłe. Oni byli z nas bardzo dumni, a notowania miejscowej polonii skoczyły do góry. Wszystkim się chwalili, że nasza drużyna została mistrzem olimpijskim, a na dodatek w finale pokonała Związek Radziecki.

 

Jakie znaczenie miał finał rozgrywany właśnie przeciwko ZSRR, który nazywano pojedynkiem z drugim dnem?

 

- Tak to wyglądało, choć tego się nie mówiło. My co prawda byliśmy z zawodnikami rosyjskimi zaprzyjaźnieni, to byli bardzo sympatyczni chłopcy. Natomiast myślę, że wszyscy to inaczej odebrali, bo Związek Radziecki nie cieszył się wówczas specjalną sympatią Polaków. Był więc w tym dodatkowy smaczek. Podobnie jak wygrana hokeistów z ZSRR w katowickim „Spodku”. Ale między nami nic nie było. Za długo byliśmy razem na różnych turniejach i wyjazdach, po zawodach mieliśmy wspólne spotkania, żadna polityka się między nas nie mieszała. Byliśmy mocni, więc może oni mieli do nas szacunek. Byli wobec nas w porządku, można powiedzieć, że byliśmy po prostu zaprzyjaźnieni.

 

Reprezentacja Polski (fot. Reprezentacja.net)

Po tych igrzyskach żartowano, że Polska bardzo lubi grać piątego seta…

 

- Wszyscy śmiali się, że my się późno rozgrzewaliśmy, bo dopiero przy stanie 0:2 albo 1:2 rozkręcaliśmy się, a przeciwnik „siadał” i coraz bardziej obniżał swój poziom gry (śmiech). Nie było to jednak zamierzone, byłoby to zbyt ryzykowne. To wychodziło samo z siebie. Jak już dochodziliśmy do piątego seta, to już na pewno wiedzieliśmy, że wygramy. Mielimy takie przekonanie po kilku wygranych w ten sposób meczach. W „środku” czuło się, że jest dobrze, gdy doszliśmy do piątej partii. Niestety chyba w odróżnieniu od naszej obecnej reprezentacji, która nie bardzo przepada za tie breakami (śmiech).

 

Na ile ten sukces zawdzięczamy siatkarzom, a na ile trenerowi? Czy to nie jest tak, że bez Wagnera nie byłoby tych złotych medali?

 

- Ja myślę, że i jedno i drugie. Trener Wagner choćby był najgenialniejszy, bez zawodników nic by nie zrobił i odwrotnie. Większość zawodników grała jeszcze za czasów trenera Szlagora, a sukcesów nie było. Choć Wagner był rówieśnikiem swoich podopiecznych wniósł do zespołu coś nowego niż inni szkoleniowcy i tym doprowadził do sukcesów.

 

Jak wyglądała współpraca i stosunki z tak młodym trenerem, który jeszcze niedawno sam był siatkarzem?

 

- Na pierwszej odprawie, kiedy został szkoleniowcem reprezentacji, umówiliśmy się, że na boisku czy treningu on jest trenerem, a my zawodnikami i mamy wykonywać jego polecenia, jeśli się oczywiście godzimy. Dał wybór. Jeśli komuś się to nie podobało: droga wolna. Natomiast poza halą wszyscy byliśmy kolegami. Tak było do końca. Nie wiem jak inni, ale ja nie miałem nic do powiedzenia (śmiech). Miałem zaledwie 20 lat, nie grałem wcześniej z Wagnerem w reprezentacji. To on mnie po raz pierwszy powołał.

 

Czy dostrzega Pan jakieś optymistycznie nastrajające podobieństwa tamtej i obecnej reprezentacji?

 

- Podobała mi się atmosfera podczas mistrzostw świata. Tam było widać, że jest drużyna. Wszyscy walczyli. Jak jeden nie mógł, to drugi nadrabiał czy pomagał. Ale najgorsze jest utrzymać poziom, bo zdobyć medal można. Wszystkie porażki jakie ponieśliśmy, zwłaszcza te w minionym sezonie, nie wpłynęły pozytywnie i budująco na atmosferę. Czekam na kolejne mecze. Może igrzyska zmobilizują wszystkich? Wtedy odkłada się różne myśli na bok, jest jeden cel – zajść jak najwyżej.

 

Pan jechał z kolegami do Montrealu jako mistrz świata. Chłopcy jadą jako wicemistrzowie, ale czy to ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

 

- Myślę, że to wciąż się liczy, bo tytuł ma się przez cztery lata, jedzie się z nim na igrzyska i teoretycznie inne zespoły muszą się z nami liczyć. Natomiast po tylu porażkach i to z takimi zespołami jak Estonia czy Czarnogóra, ten tytuł został troszeczkę „okrojony”. Wpadki nie były jednorazowe. Przecież Brazylijczycy przegrali mecz na mistrzostwach świata, a później byli nie do pokonania. Podobnie stało się na niedawnym finale Ligi Światowej, przegranym przez "Canarinhos", nikt nie zamierza ich lekceważyć. W naszym zespole może nastąpić odrodzenie. Trener Lozano uważa, ze wszystko jest w porządku, a ten ostatni okres przygotowań wystarczył, by doszlifować formę.  

 

Wierzy Pan, że w siatkarzy nagle wstąpi moc i obraz gry polskiego zespołu się odmieni?

 

- Każdy zawodnik na igrzyskach chce coś osiągnąć i ma cel. Myślę, że chłopcy w odpowiednim czasie odłożą wszystkie rzeczy na bok. Przecież oni grają dla siebie. Jeśli coś zdobędą to pozostanie już na lata, a oni przejdą do historii.

 

Wszyscy wiedzą, że Raul Lozano nie będzie dłużej trenował reprezentacji. Czy taka świadomość i niepewność co dalej nie jest dla drużyny zła?

 

- Igrzyska powinny być dla nich samych najważniejsze. My też wiedzieliśmy, że trener Wagner kończy z nami pracę, ale gra się przecież dla samego siebie, drużyny, trenera. Można wątpić w to mając w pamięci ostatnie wydarzenia, ale różne są ambicje (śmiech).

 

Na lidera tej reprezentacji kreowany był Michał Winiarski, ale chyba do takiej roli brakuje mu formy…

 

- Michał miał długą przerwę, leczył kontuzję. Ale z kolei bez tego odpoczynku byłby pół – zawodnikiem. Przez ból pleców nie mógłby się schylić ani podskoczyć. Z tego, co nam wiadomo, kończąc ligę włoską zażywał jakieś silne środki. Jest szansa, że on to w jakiś sposób nadrobi. Dla nas to jest jednak zgadywanka, bo nie siedzimy na miejscu, nie wiemy w jakiej są dyspozycji i jak trenują. Czekamy z ciekawością na rozpoczęcie igrzysk. Najważniejsze jest to, by słabsza forma jednego nie osłabiła całej drużyny.

 

Raul Lozano w jednym z ostatnich wywiadów mówił w kontekście MŚ 2006: - Choć jestem bardzo zadowolony z przygotowań, bo udało mi się przeprowadzić wszystko, co zamierzałem, to zdaję sobie sprawę, że teraz aż tak perfekcyjnie jak wówczas nie było. Czy to dobrze, że szkoleniowiec wypowiada słowa, które nie działają mobilizująco na zespół?

 

- Przed mistrzostwami były awantury o czas przygotowań. Teraz już tego nie było, ale wszystkie reprezentacje grały na podobnych warunkach. Wszystkie zespoły o tym wiedziały, ale przyjęły różny system przygotowań. Włosi odmówili wyjazdu do Brazylii na finał Ligi Światowej. Bułgarzy też woleli nie jechać do Rio, co mogła im zapewnić dzika karta. Każdy miał swoją koncepcję przygotowań, a Raul wybrał właśnie taką. Faktycznie brakowało nam gry z silnymi przeciwnikami. Jednak takie wypowiedzi na pewno nie wpływają budująco na zespół, bo teraz zawodnicy siedzą, czytają i swoje myślą. Ale nie wiemy, jaka naprawdę panuje atmosfera. Pewnie siatkarz zapytany o to dziś też nie powie całej prawdy. Ale oni powinni mieć charakter i powiedzieć sobie, że osiągną coś niezależnie od tego, kto jest ich trenerem. Oni przecież zostaną i dalej będą grać.

 

Czy zdobędą zatem medal?

 

- Mają dużą szansę, bo grupa jest co prawda mocna, ale to nam powinno wyjść na plus. Będąc w normalnej formie powinni bez problemu z tej grupy wyjść. A później trafiają już na takiego przeciwnika, z którym mogą sobie „pograć”. Tam może pójść lepiej. Mogą sięgnąć po medal.

 

* Rozmawiała Barbara Kuziemska - Reprezentacja.net

Mistrzostwa EEVZA

EEVZA
21-24 sierpnia 2008
Białoruś, Baranowicze 2008