Jeżeli otwarcie mówimy o tym, że na najbliższych Mistrzostwach Świata jest duża szansa na wejście do finałowej czwórki, to nam kibicom nie pozostaje nic innego, jak trzymać Pana za słowo. Wszak od początku Pana pracy z reprezentacją, na wszystkich imprezach, których nazwa się zaczyna od słowa „Mistrzostwa”, zdobywamy medale.
Andrzej Niemczyk:
W pierwszym sezonie, w którym pracowałem z kadrą chodziło o to, żeby dojść do jakiegoś wyniku. Myśmy wzięli wtedy wszystko, co „biegało”, „co skakało”. Namówiliśmy do grania dziewczyny, które były dobrze przygotowane. To był taki sezon, gdzie nie było za dużo imprez do grania, nie startowaliśmy jeszcze w Grand Prix, dopiero się zakwalifikowaliśmy do następnej edycji. Właściwie oprócz kwalifikacji do GP i ME wszystko inne imprezy były towarzyskie, gdzie można było docelowo, spokojnie zrobić cykl przygotowawczy na Mistrzostwa Europy (Ankara 2003 – przyp. redakcji).
Faktem jest, że podczas ME sporo setów w grupie poprzegrywaliśmy. To było ewenementem, bo mimo tego, że na pięć możliwych meczów, cztery wygraliśmy, to o mało co nie udało by nam się wejść do finałowej czwórki. Ale to było spowodowane tym, że inni nas przecież też cały czas rozpracowywali. Przy niedociągnięciach w umiejętnościach, trudno nam było samą taktyką wygrywać mecze po 3:0. Myśmy wygrywali te mecze, ale 3:1, 3:2. To było takie „na styk” jak to się mówi.
Może nie w trzech setach, tylko 3:1 i 3:2, ale wygrywaliśmy. I trwało to do samego końca, do finału.
No a w finale mieliśmy szczęście, że ani Włoszki, ani Rosjanki nie weszły do czwórki. To na pewno znacznie nam ułatwiło zdobycie medalu. Pomijając to, że Bułgarki wygrywając z Włoszkami w ogóle umożliwiły nam bycie w finałowej czwórce, to trzeba sobie powiedzieć uczciwie, że gdyby w tej „czwórce” znalazły się wtedy razem z nami Włoszki, to w tamtym czasie nie byliśmy jeszcze przygotowani na to, żeby z nimi wygrać. Gdybyśmy z nimi spotkali się w finale, to gralibyśmy z zespołem, z którym od tamtej pory nie udało się nam jeszcze nigdy wygrać (pierwszy mecz z Włoszkami wygraliśmy dopiero po ME, w katowickim Spodku – przyp. redakcji).
Z Rosjankami udało nam się wcześniej wygrać też tylko raz. Było to na turnieju kwalifikacyjnym w Pile. (pierwszy mecz z Rosjankami wygraliśmy tuż przed ME, 31 sierpnia w Polsce, podczas turnieju kwalifikacyjnego do Grand Prix 2004 rozgrywanego w Pile. Rosja-Polska 2:3 [19:25, 25:23, 19:25, 25:21, 13:15] – przyp. redakcji). Ale one wtedy nie grały pierwszą „szóstką”. Grały sobie luźno, i dopiero w piątym secie wprowadziły na boisko pierwszą szóstkę. Wygrywały nawet 13:10 w tym piątym secie, tyle że wtedy weszła na zagrywkę Skowrońska. Zdobyła trzy punkty pod rząd i ostatecznie to wygraliśmy. Ale wtedy, nie było jeszcze u dziewczyn wewnętrznego przekonania, że z Rosjankami czy Włoszkami można wygrać w meczu o stawkę.
Więc gdyby te dwa zespoły były w finałowej czwórce, to wydaje się, że najlepszym miejscem, które moglibyśmy zająć, było miejsce trzecie. Zresztą przed wyjazdem ja właśnie w brązowy medal celowałem.
Ponieważ tych dwóch faworytów nie było, dziewczyny, szczególnie po tym półfinałowym meczu z Niemkami, uwierzyły w to, że można, i dzięki temu finałowy mecz (z Turczynkami – przyp. redakcji) to już była formalność.
Jednak po tym mistrzowskim sezonie, mimo takiego sukcesu, nie był Pan zadowolony z poziomu, jaki prezentowały zarówno poszczególne zawodniczki, jaki i cały zespół.
Czym więcej się gra, tym bardziej „rozpisują nas” nasi przeciwnicy. Nie można taktyką zakryć wszystkiego, bo jak się ma braki szkoleniowe to wcześniej czy później nas gdzieś dopadną i zaczną punktować. Tak więc po ME 2003, potrzebny był taki przejściowy sezon na uzupełnienie braków szkoleniowych. Sezon, który „o mały figiel” kosztowałby mnie, nie zakwalifikowanie się do Grand Prix, co z resztą było brane pod uwagę. Już wcześniej przyjęliśmy założenie, że w 2004 roku pracujemy nad poprawieniem indywidualnej taktyki i techniki dziewcząt, by podnieść możliwości zespołu na wyższy poziom. Inaczej cofnęlibyśmy się w rozwoju, albo co najwyżej, stanęlibyśmy w miejscu, gdy inni by szli do przodu.
W sumie to nam się to wszystko udało i choć nad techniką trzeba jeszcze dalej pracować, to już po ostatnim sezonie (2005 – przyp. redakcji) widać, że teraz, nawet kiedy taktyka nie zaskoczy idealnie i nie gramy taktycznie tak, jak byśmy tego chcieli, to indywidualnie zawodniczki są w stanie poradzić sobie np. z obiciem podwójnego bloku. Tego wcześniej nie było, dlatego musiała funkcjonować taktyka.
Najlepszym dowodem tego, że ten zespół jest już zespołem dojrzałym, były ostatnie Mistrzostwa Europy (w 2005r. w Zagrzebiu – przyp. redakcji). Jednak mimo tego sukcesu, nie wyczerpaliśmy swoich możliwości. Mamy jeszcze rezerwy w każdym elemencie i trzeba będzie pracować dużo nad umiejętnościami indywidualnymi każdej zawodniczki. Ale ważna jest nie tylko praca indywidualna.
Dziewczyny jako zespół, żeby grać na odpowiednio wysokim poziomie, muszą być „w sosie”. Najlepszym dowodem na to było to, że gdy po ME 2005 rozstaliśmy się na półtora miesiąca, po powrocie przez tydzień nie byliśmy w stanie dojść do siebie. To jest zespół, który jest w stanie pokazać co potrafi tylko wtedy, gdy przygotowujemy się razem przez dłuższy okres - minimum 2-3 tygodnie. Dopiero wtedy jesteśmy sobą.
Koniec części II
Z Andrzejem Niemczykiem rozmawiał Tomasz Kowalik – reprezentacja.net

