Dlaczego złoto i srebro na IO zdobywają reprezentanci kraju, w którym narodowymi sportami są baseball i football, koszykarze wielbieni są niczym gwiazdy Hollywood, a przeciętny siatkarz swoją przygodę z siatkówką kończy wraz z ukończeniem college'u?
Amerykanie z igrzysk w Pekinie przywieźli worek medali. Osiem z nich „załatwił” Phelps, ale złoto trafiło też w ręce siatkarzy, a siatkarki zdobyły srebro! Złoto dla USA w pierwszej chwili wszystkich ucieszyło. Amerykanie okazali się tymi, którzy wreszcie przerwali dominację Brazylii w światowej siatkówce. Potem jednak przyszyła refleksja: Znowu Amerykanie. Dlaczego właściwie oni ciągle wygrywają?
Przecież Amerykanie...
...nie mają nawet ligi zawodowej.
Siatkarze USA to tacy wieczni tułacze, emigranci zawodowi. To dość paradoksalne, ale amerykańscy siatkarze to jedna z nielicznych grup zawodowych, która pracy szuka poza swoim krajem. Z prostej przyczyny - w ojczyźnie nie stworzono dla nich do tej pory miejsc pracy. W USA nie ma zawodowej ligi siatkówki, bo nie ma warunków do rozwoju dla tej dyscypliny sportu. Dlaczego? Bo jedynym z wykładników amerykańskiego sportu zawodowego jest jego popularność, a co za tym idzie zdolność do generowania zysków. W kraju zdominowanym przez baseball, football oraz basketball nie ma miejsca dla kolejnego sportu narodowego. Do stworzenia kolejnej, dziesiątej ligi zawodowej w USA zabrakło sensownych argumentów, co w realiach amerykańskich znaczy tyle, co NIE OPŁACAŁO SIĘ.
Z braku innych możliwości siatkówka rozwija się na uczelniach. Jedyne rozgrywki ligowe organizowane są na poziomie college’ow i uniwersytetów. Po ukończeniu szkoły zawodnik albo kończy swoją przygodę z tym sportem, albo musi szukać innego miejsca, gdzie będzie mógł go uprawiać na optymalnym poziomie. W ten sposób trafia m.in. do Europy. Podczas gdy dla europejskiego siatkarza wyjazd do zagranicznej ligi jest jedną z możliwych dróg rozwoju zawodowego (lub powiększenia zasobności portfela), dla Amerykanina gra w lidze zagranicznej to konieczność, jego być lub nie być w tej dyscyplinie sportu.
... nie mają tylu fanów, co Polacy
Brook Bilings podczas pierwszego meczu w barwach AZS-u Częstochowa doznał szoku. Dopiero w Polsce poczuł, co znaczy być popularnym sportowcem. W USA mało kto go rozpoznawał, podczas gdy w Polsce… Istne szaleństwo.
Na mecze w USA nie przychodzi tłum rozszalałych kibiców, a siatkarze w Stanach nie walczą z naporem łowców autografów. Podczas gdy nazwiska bejsbolistów czołowych drużyn zna każdy dzieciak w USA (m.in. z kart w płatkach kukurydzianych), o siatkarzach większość przypomniała sobie pewnie podczas igrzysk w Pekinie. Może to trochę przerysowany obraz, ale faktem jest, że wiedzę o mistrzach olimpijskich w siatkówce i o mistrzach olimpijskich w koszykówce w USA dzieli prawdopodobnie taka sama przepaść jak football amerykański od europejskiego soccera. Czemu zatem Brook wybrał siatkę zamiast być bejsebolistą?
Rozgrywający reprezentacji USA Lloy Ball (fot. FIVB)
... lubią podróżować
Bo kochają ten sport. Może to banał, ale nie widać innego racjonalnego wytłumaczenia. Ci, którzy wybierają ten sport jako ścieżkę swojej kariery musza go kochać, bo dla niego muszą zmienić diametralnie swoje życie. Bo skokiem na głęboką wodę jest z pewnością konieczność przeprowadzki za ocean. Clayton Stanley zanim trafił do Kazania przez pewien czas grał w Grecji, a Lloy Ball „zaliczył” dodatkowo ligę japońską i włoską. Kilku reprezentantów USA miało szanse poznać ligę polską, wielu z nich turecką, przykłady można mnożyć. Zawodników amerykańskich znajdziemy niemal w każdej lidze europejskiej. Podobno podróże kształcą. Mistrzów olimpijskich z Pekinu, jak widać, wykształciły.
... są z Honolulu
W Stanach siatkówki „wyczynowo” nie trenują ludzie przypadkowi, ale ci którzy faktycznie są w stanie się jej poświęcić bez reszty. W USA na siatkówce się nie zarabia (patrz: listę najbogatszych sportowców USA) i jeżeli ktoś staje się siatkarzem, musi być bardzo zdesperowany. Clayton Stanley, MVP turnieju olimpijskiego w Pekinie, w siatkówkę zaczął grać dopiero w wielu 17 lat. Wcześniej zaliczył tradycyjnie koszykówkę i piłkę wodną. W szkole w Honolulu, do której uczęszczał, drużyny siatkarskiej nie było. Na szczęście Clay postanowił pójść w ślady całej rodziny i dziadka Toma Haine, który już w 1968 roku reprezentował Kanadę na igrzyskach w Tokio. Rodzice Claya też byli siatkarzami...Ojciec, Jon, reprezentantem USA...
...kochają sport
Oczywiście życie siatkarza USA choć zdecydowanie odstaje od życia wspomnianego bejsbolisty nie jest życiem Kopciuszka. Rich, Clay i Lloy dostali od swojego kraju wszystko, co niezbędne do prawidłowego rozwoju sportowego... Ani Rich, ani Clay, ani Lloy nie musieli wyplatać koszyków z wikliny, żeby dorobić sobie do stypendium (patrz: polscy chodziarze). Ameryka oszczędziła im dodatkowych „zajęć praktycznych” z prostej przyczyny – Ameryka kocha sport. W USA ogromną wagę przykłada się do fizycznego rozwoju młodzieży. Elementy sportu zawodowego pojawiają się już na etapie szkoły średniej. Siatkarze, podobnie jak inni sportowcy w USA, mają znakomite warunki do treningów. W USA o sportowca się dba, a przede wszystkim sportowca się szanuje.
...wiara czyni cuda
Podczas nauki na studiach wyrabia się w nich pewne modele osobowości, które mają ułatwić dochodzenie do sukcesów w sporcie wyczynowym. Amerykanie chcą wygrywać, wiedzą jak to robić i po prostu wcielają to w życie. Czy tego chcemy czy nie „amerykańska mentalność zwycięzców” jest faktem. Możemy się nabijać z Amerykanów do woli, ale musimy przyznać, że ten "system" przynosi efekty.
- Amerykanie przystępują do meczu nawet nie myśląc o tym, że ktoś może być od nich lepszy. Przemawia za nimi przewaga psychiczna. Oni się z takim nastawieniem rodzą, cały naród jest tak wychowany. Na każdym kroku, w życiu codziennym widać to, że Ameryka musi być zawsze najlepsza. Mentalność pomogła im odnieść sukces – mówi Joanna Kaczor.
Wiara we własne siły to coś, czego czasami nam brakuje. Pamiętam jak przed wylotem na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie Tomasz Majewski, nasz kulomiot, jako jeden z nielicznych polskich olimpijczyków otwarcie przyznał, że jedzie do Chin po medal. Facet wiedział, co mówi. I ja mu uwierzyłam. Z Blanikiem było to samo.
Pozytywne nastawienie kreuje pozytywne działanie. A od tego tylko krok do sukcesów. Może warto, choć raz zapatrzyć się w ten (tym razem) dobry amerykański wzorzec? Czyż wspominane do dziś sukcesy Huberta Wagnera nie były poprzedzone słynnym stwierdzeniem: "INTERESUJE MNIE TYLKO ZŁOTO!"? On w to wierzył i miał odwagę to głośno powiedzieć, a potem... Potem przekonał do tej "szaleńczej", niczym nieuzasadnionej wizji swoich zawodników. A jak wiadomo, "wiara czyni cuda".
Fakty...
W dwóch finałach turnieju siatkarskiego w Pekinie zagrały tylko dwa kraje: USA oraz Brazylia. Brazylii mogliśmy się na tym miejscu spodziewać, USA – niekoniecznie. Na miejscu USA mogli znajdować się Rosjanie, Włosi, Chinki czy Kubanki. Mogli, ale w finale ich zabrakło. Siatkarze i siatkarki do finału nie trafili przypadkowo - zapracowali na to. Podczas całego turnieju olimpijskiego obie reprezentacje USA pokazały dobrą, poukładaną technicznie siatkówkę, charakteryzującą się dużą dyscypliną taktyczną i wszechstronnością zawodników. Siatkarze Stanów Zjednoczonych nie przegrali ani jednego meczu na igrzyskach. O czym to świadczy? Ten zespół był po prostu lepszy (lepiej przygotowany) od wszystkich pozostałych.
- Dla Amerykanów igrzyska są najważniejszą imprezą i "pod nią" podporządkowują cały czteroletni cykl przygotowań. Przed samym turniejem olimpijskim zawsze przygotowują się w spokoju, w zamknięciu, nie mają zbyt wielu spotkań sparingowych. Wszystkie inne rzeczy stają się nagle nieważne, wszystko odłożone jest na drugi plan. Siatkówka i trening są dla nich najważniejsze. Oni są prawdziwymi profesjonalistami, jeżeli chodzi o podejście do treningu, Europejczykom czasami ciężko zdobyć się na taką samodyscyplinę - podsumowuje Zdzisław Gogol.
Dlaczego więc kraj, w którym narodowym sportami są baseball i footbal, a koszykarze wielbieni są niczym gwiazdy Hollywood, zdobywa złoto i srebro w siatkówce na IO?
Chińczycy podczas przygotowań do organizowanych u siebie Igrzysk Olimpijskich przyjęli dwie podstawowe zasady:
- Jeden złoty medal znaczy tyle co sto srebrnych
- Tym razem musimy być lepsi niż Amerykanie
Amerykanie wydają się kierować na co dzień podobna filozofią, tyle że w ich maksymie nie istnieją słowa "tym razem", nie zadawala też ich bycie lepszymi. Oni muszą być zawsze NAJLEPSI NA ŚWIECIE. Ta cecha, która może jest denerwująca w polityce czy w gospodarce, w sporcie jak widać sprawdza się znakomicie.
Może więc Polkom i Polakom potrzebny jest trener Amerykanin...?