Czego Raul Lozano nauczył się w Polsce? Jakie błędy popełnił i jak widzi swoją przyszłość trenerską - na te i wiele innych pytań były już szkoleniowiec reprezentacji Polski seniorów odpowiada serwisowi Reprezentacja.net.
Reprezentacja.net:
Odchodzi Pan ze stanowiska, a w mediach trwa dyskusja, czy trenerem Polaków powinien być Polak czy obcokrajowiec. Kogo Pan wskazałby jako swojego potencjalnego następcę na stanowisku szkoleniowca polskiej reprezentacji?
Raul Lozano:
- Nie ma zbyt wielu dobrych trenerów, którzy byliby wolni i chcieliby przyjąć taką pracę. Wiele gazet rozpisuje się, że spełnieniem marzeń byłoby przyjście Bernardo Rezende, ale przecież z jego perspektywy nie ma sensu, żeby on wyjeżdżał z Brazylii. Nie chodzi tu o pieniądze ani popularność. W Brazylii Rezende jest dla siatkówki tym samym, co Ronaldinho dla piłki nożnej, więc dlaczego miałby wyjechać do Polski? Na pewno jest to obecnie najlepszy trener, ale podczas Igrzysk Olimpijskich rozmawiałem z nim o tym, co ma zamiar robić w przyszłości i powiedział, że nie zamierza opuszczać Brazylii. Podkreślił, że chce pomóc swojej reprezentacji, krajowi, że bardzo dobrze zarabia, więc nie ma powodu do wyjazdu. Tam ma rodzinę i plażę pięć metrów od domu, a do tego jest bohaterem narodowym.
Ostatnio w prasie jest głośno o propozycjach poprowadzenia przez Pana reprezentacji Niemiec, Japonii, Hiszpanii czy Iranu. Jak Pan się na to zapatruje?
- To nie jest tak, że to ja mam propozycje. Mówiłem, że jest pięć, sześć reprezentacji, które zmieniają trenera i poszukują kogoś na jego miejsce. Powiedziałem również, że nadal chcę pracować z kadrą narodową. Interesuje mnie zmiana kultury, ale nie mówię „nie”, jeżeli chodzi o reprezentację Hiszpanii. Pracowałem tam dwa razy i bardzo miło wspominam ten czas. Mój syn jest Hiszpanem. Podoba mi się praca, którą wykonuję i ciągłe zmiany stymulują mnie do podejmowania nowych wyzwań. Dlatego bardzo miło byłoby poznać inną kulturę, japońską lub irańską.
Czy praca z reprezentacją Polski bardzo różniła się od tej w Hiszpanii?
- Nie było zbyt wielu różnic pomiędzy obiema reprezentacjami. Tutaj jest jednak inna publiczność. Zainteresowanie mediów i kibiców tym, co dzieje się w reprezentacji, jest o wiele większe, natomiast sama praca jest taka sama. Są też dużo większe oczekiwania w stosunku do reprezentacji. Wszystko to jest korzystne, jeśli chodzi o rozwój dyscypliny.
Lepiej być selekcjonerem kadry niż trenerem klubowym? Czy nie chciałby Pan zostać trenerem na przykład włoskiego klubu?
- Poziom techniczny klubów włoskich oraz kadr narodowych nie różni się zdecydowanie. Jest to po prostu inny typ pracy, jaką trzeba wykonywać. Inaczej określa się zadania dla zespołu klubowego, a przede wszystkim dla młodych zawodników w klubie. My wzięliśmy takich zawodników, którzy mieli 18, 20 lat do reprezentacji Polski i oni technicznie zrobili ogromny postęp, poprawiali swoje umiejętności i dopiero potem grali w polskich klubach. Wolę pracować z reprezentacją, ponieważ tam można tych młodych zawodników ciągnąć bardziej do przodu, powodować, że zdobędą większe doświadczenie niż w klubie.
Wspomniał Pan o mediach w Polsce. Często w ciągu tych czterech lat narzekał pan na dziennikarzy. Czy naprawdę media są takie złe?
- To nie jest tak, że wszystkich można wrzucić do jednego worka. Są pewne gazety, które wszystkie historie sprowadzają do kategorii sensacji. Mottem ich jest pisać przede wszystkim o skandalach, a jeśli takowych nie ma, próbują je sami wywołać. Od trzech lat pewnemu dziennikarzowi pracującemu w jednym z takich dzienników nie udzielam wywiadów. Jest też kilku dziennikarzy, którzy mają akredytacje na większość imprez siatkarskich, ale sami zawodnicy nie chcą z nimi rozmawiać. Według mnie uczestniczyli oni w tym, by szkodzić mnie i kadrze. Mogą mówić źle o mnie, ale nie mogą mówić źle o reprezentacji. Jeśli to robią, czynią bardzo złą pracę w kontekście całego dziennikarstwa sportowego. To dziwne, że mając Kapuścińskiego jako przykład dziennikarstwa istnieją u was jeszcze takie gazety...
Człowiek całe życie się uczy, a czego Pana nauczyła praca w Polsce?
- Na każdym treningu można się było czegoś nauczyć. Uczę się bardzo dużo w czasie codziennej pracy z zespołem. W każdym okresie musimy znaleźć odpowiednią drogę, która pozwoli nam pracować lepiej. Doszliśmy do wyższego poziomu zaangażowania, ponieważ uczyliśmy się i za każdym razem poprawialiśmy swoją pracę, swoje błędy. Moja filozofia pracy i sposób widzenia siatkówki to był pewien proces, określone etapy do wykonania i każdy z nich, można powiedzieć, że zakończyliśmy sukcesem. W tym roku, jak mówiłem, były dwa ważne momenty - Espinho i Pekin, a wcześniej i później tylko przygotowania. Nie było tak, że przed Espinho graliśmy bardzo dobrze, a w kwalifikacjach bardzo źle, to samo dotyczy igrzysk.
Każdy z nas uczy się na błędach. Jakie błędy popełnił Pan w ciągu tych czterech lat i co z perspektywy czasu chciałby Pan zmienić w swoim postępowaniu?
- Przede wszystkim w zespole od początku powinien być trener od przygotowania fizycznego. My natomiast mieliśmy jedynie konsultantów i w dodatku tylko przez jakiś czas. Zmieniłbym również mój sposób postępowania z mediami. W Polsce zdecydowanie lepiej jest organizować konferencje prasowe niż udzielać wywiadów. Nauczyłem się, że powinienem żądać autoryzacji, bo wiele spraw było błędnie interpretowanych, gdy tłumaczono moje słowa. Powinienem był dokładniej wyjaśniać moje postępowanie w stosunku do związku i do dziennikarzy, przede wszystkim dlatego, że w Polsce zainteresowanie siatkówką jest bardzo duże. A w mediach pojawiały się potem komentarze do komentarzy i wychodziła z tego po prostu nieprawda. Podejście jednak było takie jakby tylko to, co się słyszy w telewizji, było prawdą. Ja się z tym całkowicie nie zgadzam. Ponadto przez cztery lata mówiło się, że nie ma mnie w Polsce. Liczono, ile miesięcy w ciągu roku przebywałem w Polsce, a ile w Argentynie. A ja przecież byłem w Polsce dwa, a nawet trzy razy więcej niż trener piłkarzy Leo Beenhaker. 9 miesięcy w 2005 roku, 11 miesięcy w 2006 roku, w 2007 roku 9,5 miesiąca i w 2008 jestem do tej pory 7 miesięcy i 10 dni, a mamy dopiero wrzesień. Czy można powiedzieć, że nie ma mnie w Polsce? Ale pisze się o tym, ponieważ to się opłaca i jest to niejako skandal. Można jednak sprawdzić te liczby na podstawie dokumentów czy biletów lotniczych w PZPS.
Przejeżdżając do Polski miał Pan kruczoczarne włosy, teraz jest już nieco siwych. Czy ta praca była aż tak stresująca?
- Nie (śmiech), to dlatego, że jestem cztery lata starszy.
Czy wobec wszystkich wymienionych zastrzeżeń gdyby miał Pan szansę cofnąć czas o cztery lata, jeszcze raz podjąłby Pan decyzję o podjęciu pracy z kadrą Polski?
- Jestem zadowolony ze współpracy z zawodnikami, sztabem szkoleniowym, z tego, że pracowałem z siatkarzami, którzy wylali dużo potu na treningach i oddali serce tej reprezentacji. W moich wspomnieniach pozostanie wiele dobrych chwil z tych czterech lat spędzonych w Polsce, szczególnie kiedy myślę o kibicach, siatkarzach i sztabie szkoleniowym. Jestem całkowicie zadowolony z mojego doświadczenia z Polską.
* Rozmawiali Tomasz Kowalik i Barbara Kuziemska - Reprezentacja.net









