Zbigniew Bartman jest obok Bartka Kurka jednym z dwóch juniorów, którzy znaleźli się w kadrze trenera Raula Lozano na tegoroczne rozgrywki Ligi Światowej. Po zakończeniu sezonu ligowego wrócił z Włoch, gdzie jako jedyny z polskich juniorów gra w Serie A1 - włoskim odpowiedniku PLS.
Reprezentacja.net:
Twój zespół Marmi Lanza Verona zakończył sezon ligowym na ostatnim miejscu tabeli. Spodziewałeś się takiego obrotu sprawy?
Zbigniew Bartman:
- Przed rozpoczęciem rozgrywek nikt nie spodziewał się, że Marmi Lanza Verona może spaść z Serie A1. Na początku sezonu, po ruchach transferowych wydawało się, że jesteśmy drużyną, która spokojnie awansuje do fazy play - off. Okazało się inaczej i to z całą pewnością było dużym zaskoczeniem.
Co zadecydowało o niepowodzeniu Twojego klubu?
- Pierwszym, i chyba najważniejszym czynnikiem były kontuzje. Zaczęło się od zerwania mięśni łydki przez Howarda, co wykluczyło go z treningów na dwa miesiące. Boninfante nie trenował przez osiem miesięcy, ponieważ dochodził do formy po operacji barku i praktycznie przy każdej wystawie czuł jeszcze ogromny ból. Mieliśmy podczas tego sezonu w naszym zespole jeszcze kilka innych, mniejszych czy większych kontuzji, które też nie ułatwiały nam gry.
Czy właśnie plaga kontuzji spowodowała, że trenerzy postanowili częściej wystawiać Ciebie w podstawowym składzie?
- Już wcześniej, niezależnie od problemów zdrowotnych w zespole, wywalczyłem sobie miejsce w „szóstce”. Poza tym kontuzji doznawali Włosi, przez co ja paradoksalnie również traciłem. W Serie A istnieje bowiem przepis, który nakazuje grę przynajmniej trzem Włochom w składzie wyjściowym. Tymczasem w zespole nastąpiły pewne przetasowania. Na rozegraniu pojawił się Brazylijczyk Marlon Muraguti, a do ekipy dołączył również węgierski przyjmujący Veres. Transfer obcokrajowców ograniczył moje możliwości gry w zespole. Ze względu na wspomniany przepis mogłem wchodzić na boisko tylko za obcokrajowca, lub na podwójną zmianę z rozgrywającym.
Myślisz o zmianie klubu?
- Z Marmi Lanza Verona mam podpisany trzyletni kontrakt. Załączona jest jednak do niego klauzula mówiąca o możliwości odejścia z klubu po dwóch latach, po wpłaceniu pewnej kwoty. Ale działacze klubu robią wszystko, żeby mnie w Weronie zatrzymać (śmiech). Zobaczymy, jak będzie. Jeszcze się sezon nie skończył, a już zaczynają się pewne ruchy transferowe, jak choćby odejście Giby...
Zmiana ligi przez tego zawodnika jest dla Ciebie zaskoczeniem?
- Nie, zdecydowanie nie. Myślę, że podobnych sensacji w najbliższych latach może być znacznie więcej. Włoskie kluby nie mogą konkurować z Superligą w kwestiach finansowych. Zespoły rosyjskie sponsorowane są w większości przez spółki państwowe, obracające wielkimi pieniędzmi. We Włoszech zespoły finansowane są przez prywatne firmy, więc ich możliwości są znacznie mniejsze. Rosja kusi najlepszych siatkarzy wielkimi pieniędzmi i liczba transferów na Wschód będzie wzrastać.
Czy Ty również otrzymałeś propozycję gry w lidze rosyjskiej?
- Mam ofertę od menedżera Grzyba. Propozycja jest kusząca finansowo, ale póki co, nie chciałabym zdradzać szczegółów.
W lidze włoskiej grasz już dwa lata. Jak oceniłbyś ten okres?
- Sądzę, że w ciągu dwóch ostatnich lat zrobiłem duży postęp w siatkarskich umiejętnościach. Potrafię nieporównywalnie więcej niż przed wyjazdem do Włoch. Wiele się zmieniło. W ostatnim roku miałem dobrego trenera Angelo Lorenzettiego, od którego nauczyłem się mnóstwo rzeczy w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła. Od przyjęcia, przez obronę, do ataku.
Znalazłeś się w szerokiej kadrze na rozgrywki Ligi Światowej. Spodziewałeś się powołania przez Raula Lozano?
- Nie do końca się spodziewałem. Bardzo się jednak cieszę, ponieważ to dla mnie wielkie wyróżnienie.
Za kilkanaście dni rozpoczniesz wraz z reprezentacją juniorów walkę o awans do mistrzostw świata. Jak ocenisz szansę Polski w turnieju kwalifikacyjnym?
- Z wszystkich trzech grup kwalifikacyjnych nasza jest z całą pewnością najsilniejsza i wygląda raczej jak silna grupa mistrzostw Europy, z której trzeba wyjść, by walczyć o medale. Różnica jest jednak taka, że w mistrzostwach Starego Kontynentu z grupy do dalszej gry awansują dwa zespoły, a z turnieju kwalifikacyjnego do mistrzostw świata tylko jedna. Ponieważ chętnych jest aż pięciu, będzie ciężko. Z pewnością by myśleć o awansie, każdy z nas musi zagrać w kwalifikacjach na najwyższym poziomie.
Przygotowania do turnieju zaczynacie dość późno. Czy wystarczy czasu na odpowiednie zgranie zespołu?
- Myślę, że jesteśmy już w pewnym sensie ukształtowanymi zawodnikami. Każdy z nas ma doświadczenie wyniesione z parkietów ligowych. Oczywiście przed nami jeszcze sporo nauki, ale z czasem wszystko przychodzi łatwiej. Pamiętam, że przed mistrzostwami Europy kadetów spotkaliśmy się na zgrupowaniu w Miliczu zaledwie tydzień przed wyjazdem. Potrenowaliśmy 5 - 6 dni, pojechaliśmy do Rygi i zdobyliśmy zloty medal. Miejmy nadzieję, że historia się powtórzy.
*Ze Zbigniewem Bartmanem rozmawiała Katarzyna Biernacka - Reprezentacja.net







