Wywalczyły awans do przyszłorocznych Mistrzostw Świata w Japonii, w Grand Prix 7 lokatę i zdołały także zagwarantować sobie udział w tych bardzo prestiżowych zawodach za rok. Nigdy dotąd Polki nie miały tak wiele do wygrania, i jednocześnie tak dużo do stracenia, w ciągu trwania jednego sezonu. Bardzo napięty kalendarz startów i gra właściwie tylko o najwyższe cele, kosztowała nasze siatkarki ogromnie dużo wysiłku. Nie zawsze było kolorowo, zdarzały się potknięcia. Polki jednak, pomimo licznych wahań formy i problemów, których często przyczyną było one same, zdołały się zawsze podnieść. To dzięki nim po raz kolejny przeżyliśmy w mijającym roku wiele niezapomnianych chwil i po momentach zwątpienia, ponownie mogliśmy mówić, że dziewczyny Andrzeja Niemczyka są najlepsze. Bez wątpienia rok 2005 należał właśnie do nich...
Zobaczmy jednak jak to się wszystko zaczęło...
To był maj...
Po sezonie ligowym na zgrupowanie kadry w Dźwirzynie siatkarki przyjechały albo bardzo zmęczone, albo kontuzjowane. Trener Niemczyk mówił nawet, że musi zafundować swoim dziewczynom raczej porządną rehabilitację aniżeli ciężki trening. Okazało się jednak, że czasu na regenerację sił i wypoczynek właściwie nie ma. Nie można było sobie pozwolić na żadne chwile rozprężenia. Siłownia, basen, aerobik, no i normalny siatkarski trening wypełniał każde kolejne dni zgrupowania. Trenerzy starali się zadbać, aby forma nie uciekła. W zanadrzu czekał już wylot na towarzyski turniej do dalekich Chin, który miał być pierwszym z wielu sprawdzianów, jakie czekały reprezentację Polski w następnych miesiącach. Andrzej Niemczyk zabrał ze sobą 17 zawodniczek, w tym wiele młodych, perspektywicznych siatkarek, dla których azjatycki turniej miał być dobrym przetarciem na przyszłość oraz okazją do zdobywania jakże cennego doświadczenia. W składzie zabrakło natomiast kilku gwiazd, siatkarek z podstawowego dotychczas składu. Dorota Świeniewicz, Małgorzata Glinka, Aleksandra Przybysz oraz Maria Liktoras z różnych przyczyn zostały w domu.
Kadra Polski kobiet na turnieje w Chinach: (przynależność klubowa z sezonu 2004/2005)
rozgrywające:
Izabela Bełcik (Nafta Gaz Piła), Marta Bieńkowska (Skra Bełchatów), Magdalena Godos (Centrostal GP Adriana Bydgoszcz), Katarzyna Skorupa (Nafta Gaz Piła);
atakujące:
Joanna Kaczor (Gwardia Wrocław), Anna Podolec (BKS Stal Bielsko-Biała), Berenika Tomsia (Gedania);
środkowe:
Sylwia Pycia (AWF Poznań), Natalia Bamber (Gwardia Wrocław), Agata Mróz (BKS Stal Bielsko-Biała), Katarzyna Skowrońska (Nafta Gaz Piła), Gabriela Wojtowicz (SMS Sosnowiec);
przyjmujące:Karolina Kosek (Dalin Myślenice), Joanna Mirek (Muszynianka), Milena Rosner (Nafta Gaz Piła);
libero:
Mariola Zenik (Volley Modena), Marta Siwka (Gedania)
Zaczęło się 24 maja w Ningbo...
...od meczu przeciwko Bułgarkom. Meczu, który zakończył się wynikiem 0:3 (17:25, 22:25, 16:25) na niekorzyść Polek, i o którym nie można w zasadzie powiedzieć żadnego dobrego słowa. Patrząc z perspektywy czasu na tamten rezultat, ktoś mógłby powiedzieć, że ten wynik był niejako wróżbą na nadchodzący sezon. Wróżba, której przesłanie było jedno: łatwo nie będzie.
Kolejny dzień okazał się zupełnie inny niż poprzedni. Polki tak jak zapowiadały, zagrały zdecydowanie lepiej. Pokonały Holenderki w pięciu setach i zanotowały swoje pierwsze turniejowe zwycięstwo. Radość po tym pojedynku nie trwała jednak długo. W następnym meczu trzeba było zagrać z gospodyniami zawodów, mistrzyniami olimpijskimi z Aten – Chinkami. Dla wszystkich było jasne, że o pomyślny rezultat może być naprawdę ciężko. Chinki to niekwestionowane liderki w kobiecej siatkówce. Zawsze walczą o najwyższe laury. Każdy inny wynik, niż pierwsze miejsce traktowany jest w ich kraju jako porażka. Z tego też względu ugranie przez Polki jednego seta, zakończonego do 20 trzeba traktować jako przyzwoity wynik. Jeżeli głównym celem tego turnieju miało być ogrywanie się w imprezach rangi światowej i zdobywanie doświadczenia, to z pewnością udało się go zrealizować. Wyciąganie wniosków na przyszłość i gromadzenie materiału szkoleniowego, było założeniem nadrzędnym. Nikt nie nastawiał się na wielki wynik. W tym przegranym meczu z Chinkami, nasze panie pokazały momenty naprawdę dobrej gry i to była sprawa najważniejsza. Gołym okiem można było dostrzec potencjał, jaki w nich drzemie. Pozostaje jedynie go obudzić...Po spotkaniu Izabela Bełcik mówiła: „Zagrałyśmy bardzo dobrze pierwsze dwa sety. Straciłyśmy koncentrację, co spowodowało popełnianie przez nas błędów w kolejnych dwóch partiach.”
Następne trzy dni Polki miały wolne. Zbierały siły na kolejną azjatycką potyczkę. Tym razem na ich drodze stanęły reprezentantki kraju „Kwitnącej Wiśni” i jak się wkrótce okazało, stały się zaporą nie do pokonania. Japonki zwyciężyły po niezwykle dramatycznym pojedynku 3:2, gdzie w decydującej partii gra toczyła się na przewagi, aby zakończyć się przy wyniku 16:14 dla naszych przeciwniczek. Polki po zagraniu dobrych dwóch setów straciły gdzieś koncentrację i pogubiły się taktycznie. Właśnie o te dwa elementy trener Niemczyk miał najwięcej pretensji, bo to one nie pozwoliły mu wygrać meczu, w którym jego podopieczne prowadziły już 2:0.
W Ningbo Polki musiały zadowolić się przedostatnia lokatą na siedem drużyn...
Po rozegraniu czterech spotkań, polska ekipa przeniosła się do Dalian, by tam rozegrać kolejny etap turnieju. Rozpoczęły bardzo dobrze, od zwycięstwa 3:1 nad siatkarkami z Dominikany. Był to jednak turniej, w którym biało – czerwone ponownie zaprezentowały nieustabilizowaną i bardzo chwiejną grę. Następne mecze pokazały jak dużo jeszcze brakuje naszym siatkarkom do światowej czołówki. Znowu nie sprostały Japonkom. I w przeciwieństwie do spotkania sprzed paru dni, nie wygrały nawet jednego seta. Nie zagroziły także Chinkom, ulegając im 3:0 i podrywając się do walki tylko w partii trzeciej. Nie zdołały także zrewanżować się zawodniczkom z Bułgarii. Generalnie powodów do zadowolenia nie było.
W dniach od 24 maja do 3 czerwca Polki wystąpiły w 8 meczach, z czego na swoją korzyść rozstrzygnęły tylko dwa. Bilans bardzo niekorzystny, ale trener Niemczyk nie popadał w depresję i spokojnie tłumaczył, że nie ma powodów do niepokoju. Młode siatkarki, które zagrały w tych meczach miały oswoić się z atmosferą panującą w reprezentacji, wejść w drużynę, poznać zasady, jakie w niej panują. Niektóre z tych zawodniczek – jak np. Gabrysia Wojtowicz czy Marta Siwka, są szykowane dopiero na igrzyska olimpijskie w Pekinie w roku 2008 i jak na razie nikt nie oczekuje od nich gry na wielkim, światowym poziomie. Czas, kiedy będą błyszczeć i zachwycać swoją grą dopiero ma nadejść, a na razie należy cierpliwie czekać i spokojnie się przygotowywać. Teraz w reprezentacji prym wiodą inne siatkarki.
Potem Monrteux...
Choć jest to turniej czysto towarzyski, to występ w nim dla każdej reprezentacji jest naprawdę dużym wyróżnieniem. Od lat grają w nim zespoły ze ścisłej światowej czołówki a Polki wystąpiły w nim już drugi raz z rzędu.
Do Szwajcarii polska drużyna poleciała w składzie:
rozgrywające:
Izabela Bełcik, Katarzyna Skorupa
atakujące:
Małgorzata Glinka, Katarzyna Skowrońska
środkowe:
Sylwia Pycia, Agata Mróz, Maria Liktoras
przyjmujące:
Dorota Świeniewicz, Joanna Mirek, Milena Rosner, Aleksandra Przybysz
libero:
Mariola Zenik
A zadanie, przed jakim stanęły, okazało się bardzo trudne. Biało – czerwone trafiły do grupy A wraz z takimi siatkarskimi potęgami jak: Włochy, Chiny czy USA. Jednak jak mówi stare polskie przysłowie: „Nie taki diabeł straszny jak go malują”. W inauguracyjnym meczu przeciwko siatkarkom z Półwyspu Apenińskiego biało-czerwone odniosły bardzo cenne zwycięstwo, pokonując je w pięciu setach. Trzeba jednak zaznaczyć, że równie dobrze całe spotkanie mogło zakończyć się o wiele wcześniej, bez niepotrzebnych nerwów, gdyby w secie trzecim Polki wykorzystały piłki meczowe i w dość nieszczęśliwych okolicznościach nie przegrały 31:33. W porównaniu jednak do roku ubiegłego, podopieczne Andrzeja Niemczyka zanotowały duży postęp. Przypomnijmy, że w 2004 z tymi samymi rywalkami nasze dziewczyny przegrały gładko, w trzech setach. W spotkaniu od bardzo dobrej strony zaprezentowała się Katarzyna Skowrońska, która wystąpiła na prawym ataku. Już wtedy stało się jasne, że trener Niemczyk widziałby tę siatkarkę na innej pozycji niż środek i w przyszłości właśnie do tego będzie ją przygotowywał.
Drugi dzień turnieju przyniósł nam niestety gorycz porażki. Polki po raz kolejny nie sprostały złotym medalistkom z Aten, Chinkom i uległy im 1:3. Należy jednak podkreślić, że długimi fragmentami udawało się nawiązywać równą walkę i były momenty, kiedy to Polki dominowały. Świadczy o tym chociażby wynik seta drugiego zakończonego rezultatem 25:20. Pomimo przegranej trener mówił: „Nie gramy źle, jest dobrze”.
Jakby na potwierdzenie tych słów następnego dnia, nasze siatkarki w bardzo zdecydowany sposób pokonały zawodniczki Stanów Zjednoczonych. I kiedy wszystkim wydawało się, że awans Polek do dalszej, finałowej fazy turnieju jest niemal pewien okazało się, że los bywa brutalny. Gdyby Chinki w nieco „dziwnych” okolicznościach nie przegrały z Włoszkami, a Amerykanki ugrały tymi drugimi choćby seta, bylibyśmy w finale. A tak... cóż. Pozostał do rozegrania jeszcze jeden pojedynek, z Kubankami a potem walka o miejsca 5-8. Udało się wygrać, ale ta sama sztuka nie powiodła się już w meczu o piątą lokatę. Polki nie sprostały swoim odwiecznym rywalkom – Niemkom i tym samym w Montreux uplasowały się jedynie na szóstej pozycji. Szkoda, bo nasze dziewczyny grały naprawdę dobrze i zasłużyły na to, aby wejść do półfinałów. A stamtąd dzielił je już tylko jeden krok do finału. I kto wie? Może gdyby nie zrządzenie losu biało – czerwone w ogóle nie spotkałyby się z Niemkami na tydzień przed jakże ważnymi eliminacjami do MŚ w Japonii. Nie przegrałyby i co za tym idzie bez większych obaw przystąpiłyby do walki w Dreźnie... Tego nie wiemy. Na pewno jednak byłby to ogromny zastrzyk pozytywnej energii i bardzo optymistyczny prognostyk na przyszłość. I może... No tak, może...
Wyniki turnieju w Monrteux
Faza grupowa:
7.06 Polska - Włochy 3-2 (25:23, 25:21, 31:33, 18:25, 15:13)
8.06 Chiny - Polska 3-1 (25:21, 20:25, 25:22, 25:20)
9.06 Polska - USA 3-0 (25:22, 25:16, 25:18)
Play Off 1-4
11.06 Polska - Kuba 3-1 (25:22,15:25,25:16,25:20)
O miejsca 5-6
12.06 Polska - Niemcy 1-3 (25:20,18:25,16:25,17:25)
Polki w dalekiej Azji, czyli o turniejach z cyklu Grand Prix
20 czerwca polskie siatkarki wyleciały do Tokio, aby tam rozpocząć walkę w fazie grupowej Grand Prix. Do zdobycia były punkty rankingowe, prestiż, sprawdzenie się na arenie międzynarodowej oraz dość poważne gratyfikacje finansowe dla najlepszych. Tokio było miastem, od którego Polki miały rozpocząć swoją wielką, blisko miesięczną wyprawę po Azji. Zanim jednak to nastąpiło trener Niemczyk dokonał w składzie zasadniczej zmiany. Do Japonii nie poleciały Małgorzata Glinka i Dorota Świeniewicz. Potrzebowały odpoczynku i chwili wytchnienia... Zastąpiły je Natalia Bamber i Joanna Kaczor. Jak się wkrótce okazało, była to jedna z bardziej kontrowersyjnych decyzji sezonu. W prasie i w całym środowisku siatkarskim, ale głównie wśród kibiców, przetoczyła się fala dyskusji (czytaj krytyki) nad sensem takiej właśnie decyzji. Niemczykowi miano za złe, że rozbija zespół zamiast go scalać. Główny zarzut brzmiał następująco: Jak w takim składzie można „zgrywać” drużynę, doskonalić poszczególne elementy, kiedy nie ma w nim kluczowych siatkarek, stanowiących trzon tego zespołu? Było wiele znaków zapytania, a odpowiedzi miały dopiero nadejść. Dodajmy, że nie szybko... Jakby tego było mało jeszcze przed wylotem, na Okęciu, doszło do niemałego zamieszania. Dla części ekipy zabrakło miejsc w samolocie i musieli pozostać w kraju. Taki los spotkał: rozgrywającą Izabelę Bełcik, trenera Ireneuszam Kłosa, statystyka Adama Malika, lekarza kadry Macieja Jędrasika oraz masażystę Tomasza Karakułę. Za wszystkie kłopoty obwiniono szwajcarskie biuro podróży. Choć w niedługim czasie dalsza część ekipy dotarła do Tokio, to trener Niemczyk nie krył zdenerwowania. Trudno mu się dziwić, bo przecież jak można przygotowywać się do tak wymagającego turnieju bez podstawowej rozgrywającej!? Jednym słowem skandal.
24-26 czerwca Tokio
Niedługo potem okazało się, że nie był to koniec problemów. Biało – czerwone w bardzo złym stylu przegrały swój pierwszy występ w turnieju i nie potrafiły w żadnym fragmencie skutecznie przeciwstawić się grającym swoje Japonkom. Nie funkcjonował ani blok, ani zagrywka, przyjęcie, ani atak. Polki nie miały „czym” wygrać tego spotkania i dlatego przegrały. Po meczu trener Niemczyk mógł powiedzieć jedynie: „Graliśmy fatalnie”. Nic dodać nic ująć...
Kolejny spotkanie niestety nie poprawiło kiepskich nastrojów w naszej kadrze. Po przeciwnej stronie siatki stanęły Brazylijki a podopieczne Andrzeja Niemczyka ponownie nie miały nic do powiedzenia. Przegrały 3:0. I nawet nie chodzi tu o sam wynik. Oglądając grę Polek odnosiło się wrażenie, że nasze reprezentantki wcale nie przegrały na boisku, w trakcie trwania pojedynku, ale dużo wcześniej, w swoich głowach, jeszcze w szatni. O to właśnie miano do nich duże pretensje. O bark woli walki i przedwczesne poddanie meczu. Mistrzyniom Europy po prostu nie wypada przegrywać seta do 10 i schodzić poniżej pewnego poziomu.
Po dwóch porażkach w końcu przyszedł sukces. Biało – czerwone zwyciężył Koreanki i w ten sposób poprawiły nieco swój dotychczasowy, bardzo przeciętny bilans spotkań. Turniej się skończył, jeden siatkarski weekend przeszedł do historii no a Polki zakończyły go na 7 miejscu w ogólnej klasyfikacji.
1-3 lipca Macau
W tych dniach na drodze polskiej reprezentacji miały stanąć ekipy: po raz kolejny Brazylii, Chin i - tu mała zmiana - Niemiec.
Zaczęło się od kolejnej potyczki z siatkarkami z „Kraju Kawy” i niestety, ponownie Polki otrzymały srogą lekcję siatkówki. O ile w ogóle można tak powiedzieć, to było lepiej... lepiej niż parę dni wcześniej, ale to wcale nie oznacza, że dobrze. Znowu 3:0, mało walki i bardzo nieustabilizowana gra. Jakby potwierdzała się opinia polskiego szkoleniowca, że wciąż aktualne mistrzynie Europy są bez formy. Z tego też względu nikt specjalnie nie liczył na to, że w kolejnym spotkaniu może być lepiej. Wystarczy dodać, że kolejną przeszkodą były Chinki. Przeszkoda ta okazała się barierą nie do przejścia. Znowu 0:3 na niekorzyść Polek. Jedyną rzeczą, którą warto podkreślić to naprawdę dobra postawa Kasi Skowrońskiej, która starała się jak mogła zmienić oblicze tego jakże jednostronnego pojedynku. Końcówka meczu wyglądała już naprawdę źle. Polki stanęły w przyjęciu, zupełnie odpuszczając seta, i w konsekwencji cały mecz. Uległy rywalkom do 14, w końcówce właściwie nie podejmując walki.
W ostatnim swoim występie Polki zmierzyły się z Niemkami. Było to spotkanie z tzw. „smaczkiem”, bo przecież obie ekipy mają ze sobą wiele rachunków do wyrównania. Tym razem górą były podopieczne Andrzeja Niemczyka, którym udał się rewanż za czerwcową, bolesną porażkę w Dreźnie. Bilans tak jak tydzień wcześniej 1 wygrana, dwie porażki.
8–10 lipiec Bangkok, Tajlandia
Turniej ten był ostatnia przeprawą – i okazją – wywalczenia awansu do fazy finałowej. Jednak dla naszej ekipy trzecia runda dawała tylko teoretyczne szanse na dalszą grę. Rywalkami tym razem były zawodniczki z Tajlandii, USA i po raz drugi w ciągu tych trzech „weekendów”, Japonii.
Ostatnie występy Polek na Grand Prix były najlepszymi. Zupełnie inaczej zagrały z Japonkami. Poprawiły się w każdym elemencie, nie pozwoliły sobie narzucić stylu gry przeciwniczek. Japonki nie rozwinęły skrzydeł i w niczym nie przypominały siatkarek sprzed trzech tygodni, kiedy to delikatnie mówiąc, „zlały” nasze dziewczyny 3:0. Teraz role się odwróciły i to zwycięstwo dało nam wszystkim dużo satysfakcji.
W następnym pojedynku sytuacja się powtórzyła. Faworytki gospodarzy, Tajki nie zdołały nawiązać równej walki w żadnym momencie meczu z Polską i uległy im w trzech setach.
Polkom nie sprostały także Amerykanki, rozstrzygając na swoją korzyść tylko jednego seta, w którym nasza ekipa pozwoliła sobie na chwilę dekoncentracji i rozprężenia.
Zdecydowanie był to najlepszy występ biało – czerwonych w całym cyklu i pomimo bardzo złego początku, Polki zakończyły turniej optymistycznym akcentem. Dziewczyny Niemczyka z każdym dniem się rozkręcały i „łapały” formę. Być może gdyby na tym etapie przyszło im zagrać z Brazylią czy Chinami, moglibyśmy się cieszyć, jeśli nie z końcowego sukcesu, to przynajmniej z dobrej gry naszego zespołu. Teraz jednak, trzeba było pojechać do Azerbejdżanu i wywalczyć prawo do startu w przyszłorocznej edycji Grand Prix...
Wyniki turnieju Grand Prix
24-26 czerwiec 2005 – Tokio
24.06 Japonia - Polska 3-0 (25:16, 25:11, 25:17)
25.06 Brazylia - Polska 3-0 (25:20, 25:10, 25:23)
26.06 Korea - Polska 0-3 (21:25, 21:25, 18:25)
1-3 lipiec - Macau
1.07 Brazylia - Polska 3-0 (25:17, 25:13, 25:19)
2.07 Chiny - Polska 3-0 (25:18, 25:13, 25:14)
3.07 Polska - Niemcy 3-2 (22:25, 25:18, 26:24, 18:25, 15:11)
8-10 lipiec - Bangkok
8.07 Japonia - Polska 0-3 (22-25, 23-25, 22-25)
9.07 Tajlandia - Polska 0-3 (19-25, 23-25, 20-25)
10.07 USA - Polska 1-3 (18-25, 17-25, 25-22, 22-25)
Kwalifikacje do Grand Prix 2006 – misja w Qubie
Po powrocie z dalekiej Azji polskie siatkarki otrzymały od trenera tydzień wolnego. Czas ten minął jednak bardzo szybko i już 18 lipca rozpoczęło się zgrupowanie w Warszawie. W stolicy pojawiły się też Gosia Glinka i Dorota Świeniewicz, które po miesięcznej przerwie dołączyły do zespołu. Powołanie otrzymała także Magdalena Śliwa, dotychczasowy kapitan reprezentacji, z którą Andrzej Niemczyk postanowił pożegnać się w zeszłym roku po pamiętnym zgrupowaniu w Szczyrku. Nie traktował jej jednak jak „leku na całe zło”, ale w obliczu takich wahań formy, jaką prezentowały jego dziewczyny w ostatnim czasie, zdecydował, że doświadczenie Magdy może okazać się zbawienne w Qubie, gdzie gra toczyła się będzie o naprawdę wysoką stawkę. Nową twarzą była też młoda libero, Marta Siwka, która również otrzymała kredyt zaufania od trenerów. Do Azerbejdżanu nie poleciała natomiast Agata Mróz, która otrzymała od trenera pozwolenia na pozostanie w kraju ze względu na swój nienajlepszy stan zdrowia.
Skład kadry:
Rozgrywające:
Izabela Bełcik, Magdalena Śliwa
Środkowe:
Maria Liktoras, Katarzyna Skowrońska, Sylwia Pycia
Przyjmujące/atakujące:
Małgorzata Glinka, Dorota Świeniewicz, Aleksandra Przybysz, Joanna Mirek, Milena Rosner
Libero:
Mariola Zenik, Marta Siwka
Turniej Polki rozpoczęły od mocnego uderzenia. Zwyciężyły Rosjanki 3:2 i po meczu mogły być z siebie naprawdę zadowolone. Tryumf w tym spotkaniu dawał im bardzo dobrą pozycję wyjściową przed dalszymi meczami i niemal gwarantował wyjście z grupy. Celem na początek było dojście do półfinału. Polki znalazły się na właściwej drodze i szły w odpowiednim kierunku.
Kolejne spotkanie okazało się formalnością. Rumunki nie mogły zagrozić Polkom w końcowym sukcesie i uległy w trzech gładkich setach. Dobry mecz rozegrała Dorota Świeniewicza, a po spotkaniu żartowano, że koleżanki z drużyny zrobiły jej urodzinowy prezent w postaci zwycięskiego meczu.
Nie do żartów było naszym dziewczynom w meczu następnym, decydującym o awansie spotkaniu z Holenderkami. W tym przypadku zwycięstwo nie było najważniejsze. Polki musiały niezależnie od wszystkiego wygrać dwa sety, aby grać w półfinale. Cel został osiągnięty, ale każdy doskonale pamięta ile nerwów nas to spotkanie kosztowało, i że były chwile, kiedy na twarzach patrzących i oglądający spotkanie przed telewizorami, pojawiał się cień zwątpienia. Set czwarty na długo zapisze się w naszej pamięci... Kiedy biało - czerwone zdobyły 25 punkt podniosły ręce do góry w geście tryumfu, a na ich twarzach zagościły uśmiechy, Mecz chociaż się nie skończył, został wygrany. Paradoks. W tie-breaku Polki nie zdołały postawić kropki nad i oddały go do 11. Niemniej jednak większych pretensji nie było. Tylko trener Niemczyk nie krył niezadowolenia tłumacząc, że niezależnie od okoliczności, trzeba wygrywać.
A w półfinale czekały już Rosjanki, żądne rewanżu za przegraną w grupie. Polki natomiast liczyły na powtórkę i kolejną wygraną. Jednak powtórka się nie udała. Polki dostosowały się do starego, siatkarskiego porzekadła: „Kto nie wygrywa prowadząc 2:0, przegrywa 2:3”. Biało–czerwone dotkliwie odczuły to na włąsnej skórze i po raz kolejny w swojej karierze przegrały „już wygrane” spotkanie. Nie można było jednak załamywać rąk. Pozostała jeszcze walka o trzecią lokatę, czyli mecz ostatniej szansy. Innej możliwości jak wygrana nie było. A kto miał się okazać naszym rywalem? Nikogo nie zaskoczyła chyba wiadomość, że będą to... Niemki. Zanim spotkanie się zaczęło, było dużo obaw o końcowy wynik. Zawodniczki z za naszej zachodniej granicy już raz w tym sezonie skutecznie pokrzyżowały Polkom plany i m. in. dzięki ich dobrej grze Polki nie uzyskały w Dreźnie awansu do MŚ 2006. Tym razem mogło być podobnie... ale nie było. Polskie siatkarki stanęły na wysokości zadania. Gorszy w ich wykonaniu był tylko jeden set. W pozostałych nasze dziewczyny zdecydowanie dominowały nad rywalkami. Nie zabrakło im determinacji, zdecydowania i wiary w sukces. W takich meczach jak ten w Azerbejdżanie kształtują się charaktery, taka postawa, jaką prezentowały w trakcie trwania turnieju, musi w przyszłości zaprocentować. Dzięki zajęciu 3 miejsca Polska zagwarantowała sobie nie tylko udział w Grand Prix w 2006 r., ale także wyrzuciła za burtę zespoły Niemiec i Holandii. Drużyn, które sąsiadują z nami w rankingu a w przyszłym roku stracą możliwość powiększenia swojego dorobku w rankingu FIVB.
Kwalifikacje w Qubie
26.07 Rosja - Polska 2-3 (25:23, 19:25, 25:17, 24:26, 10:15)
27.07 Rumunia - Polska 0-3 (20:25, 16:25, 18:25)
28.07 Polska - Holandia 2-3 (25:20, 19:25, 20:25, 25:21, 10:15)
Play Off 1-4
30.07 Rosja - Polska 3-2 (19:25, 20:25, 25:20, 25:23, 15:8)
O miejsca 3-4
31.07 Polska - Niemcy 3-1 (25:27, 25:13, 25:21, 25:19)
Koniec części I
Hanna Niełacna, reprezentacja.net
Faza grupowa:









