1. Brazylia
2. Włochy
3. USA
4. Kuba
5. Chiny
6. Serbia
7. Japonia
8. Rosja
9. Polska
10. Korea
seniorki 14.11.2008 08:22:55

I choć, jak podkreśla, nie jest to jeszcze ostateczne zakończenie kariery sportowej, wiele wskazuje na to, że mecz ze Stanami Zjednoczonymi o ćwierćfinał igrzysk olimpijskich w Pekinie był dla Małgorzaty Glinki ostatnim w biało-czerwonych barwach.
|
CV: Małgorzata Glinka
Imię: Małgorzata
Nazwisko: Glinka-Mogentale Urodzona: 30 września 1978 Miejsce urodzenia: Warszawa Stan cywilny: mężatka Wzrost: 192 cm Waga: 84kg Zasięg w ataku: 320 cm Zasięg w bloku: 295 cm
Numer w reprezentacji: 7 Kluby: - Skra Warszawa (1993-96)
- Dick Black Andrychów (1996-98)
- Augusto Kalisz (1998-99)
- Metodo Infoplus Vicenza (1999-03)
- Asystel Novara (2003-2004)
- RC Cannes (2005-2006)
- Gruppo Murcia 2002 (2006-2008)
Sukcesy w reprezentacji:
- I miejsce mistrzostw Europy (2003, 2005);
- III miejsce mistrzostw Europy Juniorek (1996);
- awans na igrzyska olimpijskie 2008 po 40 latach przerwy.
Sukcesy z klubami:
- Superpuchar Włoch, Puchar Włoch i Puchar Konfederacji z zespołem Minetti Veneto Banca Vicenza (2001)
- Superpuchar Włoch, Puchar Włoch i wicemistrzostwo Włoch z zespołem Asystel Nowara (2004)
- II miejsce w Lidze Mistrzyń z zespołem RC Cannes (2006)
- Puchar Królowej, Puchar Top Teams Cup, mistrzostwo i Superpuchar Hiszpanii z zespołemGruppo 2002 Murcia (2007)
- I miejsce mistrzostw Hiszpanii z Gruppo 2002 Murcia (2008)
Wyróżnienia indywidualne:
- najlepsza siatkarka Europy 2003 roku oraz MVP mistrzostw Europy w Ankarze;
- najlepiej punktująca Pucharu Świata w Japonii oraz MVP turnieju (2003);
- najlepiej atakująca mistrzostw Europy 2007;
- MVP ligi hiszpańskiej (2007).
|
„Nigdy nie mów nigdy” to chyba najczęściej w ostatnim czasie powtarzane słowa przez Małgosię. Bo w środowisku siatkarskim chyba nikt tak naprawdę jeszcze nie uwierzył, że w przyszłym sezonie reprezentacyjnym, w roku, kiedy mistrzostwa Europy zawitają do Polski, w szeregach biało-czerwonych może zabraknąć jednej z najlepszych polskich siatkarek ostatnich lat. Czy jeszcze wróci na boisko? Gosia daje nadzieję, nie zamyka za sobą drzwi, ale jednocześnie stara się jednoznacznie odpowiedzieć. Tak, żeby w tej kwestii nie było żadnych wątpliwości. - Zawsze jest szansa, że jeszcze zagram w reprezentacji. Ale czuję, że teraz są dla mnie ważniejsze inne rzeczy niż siatkówka, mąż, rodzina…- wymienia. – Kiedy grałam, zawsze czułam jakiś wewnętrzny głód – wyjaśnia - Niczego nie planowałam, ale w tym sezonie poczułam, że jest już tego wszystkiego za dużo i najwyższy czas przestać. Do dalszych treningów mogła mnie zmotywować tylko olimpiada, tylko ona mobilizowała mnie do dalszej pracy. Gdyby w przyszłym roku odbywały się kolejne igrzyska, grałabym dalej. Ale za rok są mistrzostwa Europy, a dla mnie siatkówka nie znaczy już tyle, co kiedyś. Jest na drugim miejscu i wiem, że kiedy tak jest, nic nie da się zrobić. Z takim nastawieniem niczego nie zdobędę, nic nie zagram, co więcej, będę się źle z tym czuła, bo będę mieć świadomość, że zawodzę. Dla kibiców Gosi gorszej wiadomości być nie mogło. Pocieszeniem mogą być tylko te słowa. - Jeszcze się nie wypaliłam, nie skończyłam z siatkówką definitywnie – zaznacza z uśmiechem - Gdyby tak było, już dawno bym nie grała. Bo człowiek wypalony nie jest w stanie już nic więcej zrobić. Ze mną tak nie jest.
Na pewno jednak, jeśli Małgorzata Glinka zdecyduje się jeszcze wrócić do reprezentacji, będzie to tylko i wyłącznie jej postanowienie. Żadne namowy działaczy czy prośby kibiców nie wpłyną na jej decyzję. – Wiem, że każdy, albo przynajmniej większość (śmiech) chciałby, żebym wróciła. Ale wszystkich przecież zadowolić nie można. Zdaję sobie sprawę z tego, że jak teraz wrócę, to będzie się to ciągnęło bez końca. Poza tym trzeba pamiętać, że to wcale nie jest tak, że jeśli tylko wyrażę chęć gry, to na pewno na tych mistrzostwach Europy zagram. Żeby tak się stało, muszę wcześniej regularnie grać w jakimś klubie. Musiałabym być najpierw w cyklu treningowym, a dopiero potem ewentualnie myśleć o tym, co dalej. Teraz mam przerwę od siatkówki i nigdzie nie gram. Mogę obiecać, że jeżeli zdecyduję się jeszcze na granie, a nie jest wykluczone, że w styczniu dojdę do jakiegoś klubu, to nad wszystkim jeszcze pomyślę. Najpierw musi mi się jednak zachcieć grać!
„To był magiczny rok – poszłam wtedy za ciosem i wszystko się udało”
O Małgorzacie Glince, podobnie jak o całej drużynie siatkarek po mistrzostwach Europy w Turcji okrzykniętej „Złotkami”, Polska usłyszała pod koniec 2003 roku, choć nasza dzisiejsza bohaterka miała już za sobą parę lat występów na najwyższym poziomie. Od czterech lat grała we włoskiej serie A, najlepszej lidze na świecie, ale dopiero w Ankarze lata ciężkiej pracy wreszcie przyniosły owoce. To był ważny rok dla żeńskiej siatkówki w Polsce, a w życiu Gosi jak się później okazało najważniejszy. – Czego się wtedy nie dotknęłam, wychodziło. Chciałam czegoś i to samo przychodziło – wspomina - Wtedy myślałam, że tak będzie zawsze, ale to się szybko zmieniło. Miałam okres gry, kiedy sięgnęłam szczytu i faktycznie, to było ukoronowanie mojej kariery. Choć wtedy tego nie wiedziałam… Jak się ma 24 lata w ten sposób się nie myśli. Glinka podkreśla jednak, że nigdy wcześniej, ani później nie czuła czegoś podobnego. Gosia była „w gazie” i nic nie mogło jej zatrzymać. - W takim stanie zupełnie inaczej przychodzi trening, wydaje się, że wszystko jest łatwiejsze, wysiłek szybciej znika, a organizm dużo szybciej się regeneruje. Mogłabym nawet grać dwa mecze dziennie i wcale by mi to nie przeszkadzało. Poszłam wtedy za ciosem. Nie wiem, co się wtedy ze mną działo, chyba po prostu nie da się tego wytłumaczyć. Niezapomniany półfinałowy mecz z Niemkami był idealną ilustracją formy Glinki z tamtego okresu. – Ten półfinałowy pięciosetowy mecz z Niemkami najbardziej przeżyłam. To był właściwy finał, bo Turczynki od początku sprawiały wrażenie kompletnie zablokowanych. Nie wiem, jak one mogły wygrać cztery mecze bez straty seta. My grałyśmy spokojnie, stuprocentowo skoncentrowane, bo spodziewałyśmy się, że kibice nas wygwiżdżą, że zrobią wszystko, by pomóc swoim. Byłyśmy gotowe na to, co dzień wcześniej musiały znosić Niemki, gdy publiczność sprzyjała nam. Okazało się, że aż tak źle nie było.
„Lekarz powiedział, że najlepiej by było, gdybym skończyła ze sportem…”
Na początku roku nic tego jednak nie zapowiadało. Przeciwnie, gdyby nie upór i chart ducha Małgosi wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Po kilku latach gry we Włoszech znowu odezwały się problemy zdrowotne, a lekarze ponownie doradzali rozbrat ze sportem. - Dla mnie to był naprawę sezon kluczowy, powiedziałabym, że graniczny. Bo wtedy właśnie lekarz mi powiedział, że najlepiej by było, gdybym skończyła ze sportem. Miałam rozwalony kręgosłup, który jeśli będę dalej grać, na pewno się odezwie. Kazał mi sobie odpuścić… Gosia nie odpuściła. – O moich problemach dowiedziałam się jak miałam 21 lat. Wcześniej odczuwałam bóle, ale myślałam, że to jest normalne. Dopiero we Włoszech trafiłam na lekarza, który mi wytłumaczył, jak poważny jest to problem. Powiedział wtedy, że mogę się poddać i nie grać, a kręgosłup i tak będzie bolał, albo potraktuję to jako coś normalnego – opowiada - Bo cokolwiek bym zrobiła i tak tego już nie zmienię. Z tym można żyć. Jak boli, to się bierze proszki przeciwbólowe. Nigdy nie zdarzyło się tak, że nie zagrałam w meczu, bo bolał mnie kręgosłup. Nie pamiętam takiej sytuacji. A mogę powiedzieć, że w 70% meczów, w jakich gram, mnie boli. Kiedy rano wstaję, pierwszą myślą jest - jak bardzo będzie dziś bolało. To są dyskopatie. Nabyte od częstych skoków, nadwyrężeń. Poza tym w młodości urosłam bardzo szybko, i bardzo dużo, więc to na pewno musiało też mieć wpływ na mój organizm – tłumaczy. Jak wspomina Małgosia wszystko zaczęło się, kiedy w czasie jednych wakacji, urosła aż 12 cm. - Moja siostra ma 174 cm, wysoka, ale na ulicy ludzie się za nią nie oglądają z tego powodu. Tylko ja wyrosłam ponad miarę, bo moi rodzice nie są jakoś specjalnie wysocy. W jedne wakacje wyrosłam 12 cm i moi rodzice przeżyli szok. Przyjechałam z kolonii i mama musiała zmienić całą szafę. Nic nie pasowało. Wszystkie ubrania były za krótkie. Czułam, że to nie jest naturalne, bo kręciło mi się w głowie, wymiotowałam, miałam problemy z koordynacją, nawet mdlałam, więc to nie odbyło się bezboleśnie. Wszystko działo się po prostu za szybko i organizm tego nie wytrzymał. Byłam u kilku lekarzy, przepisali mi jakąś terapię witaminową, były nawet podejrzenia o jakieś inne choroby. Trochę czasu u lekarzy spędziłam.
Mimo tych wszystkich kłopotów Glinka wybrała drugi wariant. Grać z bólem, pogodzić się ze swoją sytuacją. Parę miesięcy później pojechała do Ankary i wywalczyła pierwszy złoty medal w historii polskiej siatkówki, a parę tygodni po tym wydarzeniu razem z koleżankami z reprezentacji pojechała na Puchar Świata do Japonii, by walczyć z drużyną o spełnienie swojego największego sportowego marzenia – wyjazdu na igrzyska olimpijskie, które w 2004 roku odbywały się w Atenach. W turnieju Polki jako drużyna wypadły słabo i sukcesu nie osiągnęły, ale gwiazda Małgorzaty Glinki wciąż świeciła najjaśniejszym blaskiem. - Kiedy stałam na podium, a oficjele wręczali mi nagrodę (MVP turnieju), zrobiło mi się trochę smutno. Wolałam mieć koleżanki z zespołu obok siebie, a nie tak daleko, gdzieś przy trybunach. Ale cóż, taka była rzeczywistość - opowiadała Małgosia. Wspominała także, że kiedy przed ostatnim spotkaniem z Egiptem dowiedziała się, że drużyna zrobi wszystko, żeby wywalczyła tytuł najlepiej punktującej siatkarki imprezy, poczuła się nie najlepiej. – Szczerze mówiąc, trochę się załamałam – powiedziała w jednym z wywiadów - Musiałam zrobić jeszcze jedenaście punktów, żeby wyprzedzić Turczynkę, Demir Neslihan. A kiedy coś muszę zrobić, to jest to nienaturalne. I dlatego to był dla mnie ciężki mecz.
W ciągu jednego sezonu z mało znanej, wręcz anonimowej zawodniczki, znalazła się na ustach całego siatkarskiego środowiska. I niezauważenie nawet dla niej samej zaczęto porównywać ją do takich znakomitych siatkarek jak Ljobow Kilić, która zresztą dla samej Gosi jest wzorem do naśladowania. - Pod względem charakteru podziwiam jeszcze Fofao, to skromna, pracowita dziewczyna. Właśnie w Japonii Gosia zrozumiała, że dużo w jej sportowej karierze się zmieniło. – Wcześniej przez wiele lat oglądałam i podziwiałam te wszystkie gwiazdy, a teraz one są na wyciągnięcie ręki. Po wręczeniu nagrody dla najlepszej siatkarki Pucharu Świata Gosia nie kryła zdziwienia. - Zaskoczyły mnie kompletnie Hao Yang i Kun Feng z Chin - wspaniałe siatkarki. Podeszły i spytały, czy mogą zrobić sobie ze mną zdjęcie. To była dla mnie większa frajda, niż ten cały talerz.
„Wierzyłam, że uda nam się pojechać do Aten”
Na początku stycznia 2004 roku polskie siatkarki pojechały na turniej kwalifikacyjny do Baku, aby w dalekim Azerbejdżanie wykorzystać ostatnią szansę na olimpijski awans. Nie udało się. - Po naszych sukcesach, myślałam, że uda nam się pojechać do Aten. Ale teraz tak sobie myślę, że wtedy jeszcze nie dorosłam do tego. I nie zasługiwałam, żeby tam pojechać. A przecież zależało mi na tym wtedy tak, jak nigdy na niczym wcześniej – wspomina występ Polek w Baku Glinka. Na pocieszenie dokładnie w tym czasie w Polsce ogłoszono wyniki Plebiscytu Przeglądu Sportowego na dziesiątkę najlepszych sportowców kraju. Małgosia zajęła w nim czwarte miejsce, siatkarki okrzyknięto najlepszą drużyną minionego roku, a trenera Andrzeja Niemczyka – najlepszym trenerem. I choć przy odbiorze nagrody Gosia powiedziała, że wolałaby być jeszcze w Baku i dalej walczyć o Ateny, nie kryła zadowolenia oklaskiwana z widowni przez niezwykle szczęśliwą i dumną z córki, mamę. – Po pierwszym złocie niczego nie oczekiwałam i nic nie myślałam. Tylko się cieszyłam. Nie wiedziałam, co mnie teraz czeka. Pamiętam powitanie na Okęciu, a to są najpiękniejsze momenty w moim życiu. Wiele razy było ciężko, ale nigdy Gosia nie narzekała na swoją popularność. Wręcz przeciwnie. - Popularność nigdy mi nie ciążyła. Przecież to w ogóle bez sensu. Grać tak naprawdę dla nikogo. Wolę grać pod presją i lubię, kiedy ludzie mnie obserwują. Wolę być rozpoznawalną. Nie chciałabym grać tylko dla siebie. Gram dla kogoś, kto tak samo jak ja lubi siatkówkę, czuje te emocje i rozumie to tak jak ja. Pełne trybuny są tym, co jest najpiękniejsze w siatkówce. Tego właśnie mi brakowało zanim przyszły medale.
Minęły dwa lata i Polki ponownie, niemal w niezmienionym składzie, obroniły tytuł mistrzyń Europy stając po raz drugi z rzędu na najwyższym stopniu podium. Polki były w Chorwacji nie do zatrzymania, wygrały siedem spotkań i ponownie były najlepszymi siatkarkami na Starym Kontynencie. Jak pamięta ten czas Małgosia? - Po czasie pamięta się tylko to, co było dobre: medal, a cała reszta jest naprawdę nieważna. Nie wiem, czy miałyśmy wtedy lepszy zespół niż dwa lata wcześniej, na pewno dojrzalszy. Wszystkie dorosłyśmy, miałyśmy więcej doświadczenia, byłyśmy bardziej pewne siebie, a rywalki już czuły większy respekt przed nami. W Turcji nasze przeciwniczki były zaskoczone tym, że gramy tak, a nie inaczej. W 2005 było ciężej obronić tytuł, bo one nas już nie lekceważyły. Ale my widocznie stanowiłyśmy prawie idealną grupę zawodniczek. Wygrałyśmy, więc musiało tak właśnie być. Nie ma co się nad tym zastanawiać.
„Nigdy nie powiem, że było tragicznie, każdy jest winny”
Kiedy we wrześniu 2005 roku na warszawskim Okęciu kibice wspólnie z siatkarkami świętowali kolejny tytuł nic nie zapowiadało, że następny rok przyniesie w zespole zmiany, których nikt kilka miesięcy wcześniej w żaden sposób by nie przewidział. W 2006 roku w Japonii odbywały się mistrzostwa świata, impreza ustępująca rangą tylko igrzyskom olimpijskim. Zabrakło na niej jednak najlepszej siatkarki 2003 roku i trenera Niemczyka, który dwukrotnie poprowadził reprezentację Polski do złotego medalu. Po nieporozumieniu na linii Glinka – trener, niejasnej rezygnacji szkoleniowca, który „poddał się do dyspozycji zarządu”, a nie dymisji, drużyna się rozsypała. Niestety pod wodzą dotąd drugiego szkoleniowca, Ireneusza Kłosa zdołała uplasować się tylko na 13. miejscu. Dla mistrzyń Starego Kontynentu, mierzących w najwyższe cele, to był fatalny wynik. Potrzebne były zmiany.
Polski Związek Piłki Siatkowej rozpoczął poszukiwania nowego trenera siatkarek w trybie pilnym i w lutym 2007 roku zespół przejął Włoch Marco Bonitta. - Kiedy Bonitta został wybrany na trenera, pomyślałam sobie, że to dobrze, że Włoch bierze naszą drużynę. Miałam duże nadzieje. Celem był wyjazd na igrzyska, cieszyłam się, że związek postawił właśnie na niego i zaoferował mu duży kontrakt. Nie miałam obaw, bo już wcześniej pracowałam z trenerami zza granicy. Z niecierpliwością czekałam na to, co się zdarzy – wspomina Małgorzata Glinka. Włoski szkoleniowiec pracował z polskimi siatkarkami dokładnie 18 miesięcy. W tym czasie zdążył na nowo posklejać rozbitą po japońskim mundialu drużynę, zachęcić ją do walki o cel najważniejszy: Pekin. Wprowadził do zespołu nową jakość, co niemal na każdym kroku powtarzały współpracujące z nim siatkarki i po początkowych trudnościach wreszcie udało mu się „złapać” z zespołem wspólny język. Na turnieju kwalifikacyjnym w Halle, gdzie Polki minimalnie uległy w finale Rosjankom, będąc przez większość spotkania zespołem zdecydowanie lepszym niż rywalki, wydawało się, że od tego momentu forma drużyny zacznie iść w górę, a wyjazd do Chin to tylko formalność. Jednak dokładnie od tego momentu słynna już atmosfera w reprezentacji zaczęła się psuć i zamiast lepiej robiło się coraz gorzej… - Teraz już nie chcę się wypowiadać na ten temat, bo obojętnie, co się powie, to będzie źle. To były naprawdę bardzo zróżnicowane dwa lata. Były momenty bardzo owocne, były też naprawdę kruche wyniki – analizuje ostatnie kilkanaście miesięcy Małgosia - Nie wspominam tego okresu źle, nigdy nie powiem, że było tragicznie. Bo tak naprawdę każdy przyczynił się do tego, że w zespole było tak, a nie inaczej. Nikt nie jest winny, i tak samo, nikt nie jest bez winy. Z takiego założenia wychodzę – tłumaczy
- Zakwalifikowałyśmy się na olimpiadę, a to był cel. Przecież mogłyśmy się w ogóle nie zakwalifikować i to dopiero byłaby sensacja. Ale pojechałyśmy tam, walczyłyśmy, obojętnie już z jakim skutkiem, ale dałyśmy z siebie wszystko. Oczywiście, szkoda, że się nie udało, ale przecież po tylu latach wszyscy mogliście zobaczyć Polki na olimpiadzie. To sukces. Oczekiwania przed drużyną były wielkie, ale Glinka zauważa, że były to oczekiwania na wyrost. Polki mogły oczywiście wywalczyć więcej, o tym, że stało się inaczej, chwilami decydował tylko łut szczęścia, ale każdy, kto według Glinki racjonalnie patrzył na polski zespół wiedział, że będzie to zadanie niezwykle trudne. Już nie tylko ze względu na stosunki panujące wewnątrz kadry. - Drużynę buduje się krok po kroku, my też walczyłyśmy o te igrzyska krok po kroku. Przecież to były pierwsze od 40 lat igrzyska dla nas. Liczyć, że przywieziemy medal, to był naprawdę spory optymizm. Żeby coś takiego osiągnąć, potrzeba lat pracy. Brazylijki zanim zdobyły złoty medal, były na kilku igrzyskach olimpijskich, zawsze się tam kwalifikowały, ale dopiero teraz się udało. Do tej pory zostawały albo z brązem, albo przegrywały gdzieś wcześniej. Jasne, nie ma co porównywać się z Brazylią, ale trzeba być realistami. Od razu się złotego medalu nie zdobywa. Trzeba pomalutku dążyć do celu. A medal na igrzyskach, dlatego jest tak cenny, bo tak długo trzeba czekać, igrzyska są w końcu tylko co 4 lata. Dlatego się cieszę, że jeszcze trafiłam na ten rocznik, który na olimpiadę mógł pojechać i że tam byłam. Zawsze będę to miło wspominać. Szkoda niektórych piłek, ale po czasie już tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że znalazłam się w środowisku najlepszych sportowców na świecie, mieszkałam w wiosce olimpijskiej, pamiętam tą wyjątkową atmosferę, jaka tam panowała. Warto było tam się znaleźć choćby dlatego. Gosia przypomina również, ile wysiłku włożył cały zespół, aby pojechać do Pekinu. A wynik, jaki drużyna ostatecznie z Chin przywiozła nie powinien rzutować na oblicze drużyny. - Ciężko było się zakwalifikować. Walczyłyśmy o tę olimpiadę właściwie przez rok. Włożyłyśmy w to bardzo dużo ciężkiej pracy. A tak naprawdę na ten końcowy awans złożyły się wszystkie poprzednie lata. Ciągle musiałyśmy się utrzymywać na takim miejscu w rankingu, żeby w ogóle móc brać udział w turniejach kwalifikacyjnych. Żeby chociaż móc tylko powąchać klimat igrzysk, trzeba było wygrywać inne ważne mecze. Rok w rok być w czołówce.
Teraz reprezentacja, podobnie jak blisko dwa lata temu zaczyna wszystko od nowa. Za kilka tygodni zostanie wyłoniony kolejny, nowy szkoleniowiec i już teraz wiadomo, że nie czeka go łatwe zadanie. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę również Gosia. - Przyszły trener będzie miał na pewno dużo do zrobienia. I na pewno nie będzie łatwo, bo już teraz nastawienie w Polsce jest takie, że skoro mistrzostwa Europy odbywać się będą u nas, to my musimy tam zdobyć złoty medal. Ale to jest błędne myślenie – ostrzega najlepsza siatkarka 2003 roku - Jeżeli wszyscy będą podchodzili do tego tak, że na pewno wygramy medal w Polsce i do tego będą nam to ciągle powtarzać, to naprawdę mogą się lekko zdziwić…
„Trzeba czasem coś wygrać, zamiast wiecznie robić postępy i słuchać, jaki się ma talent”
W ciągu kilkunastu lat uprawiania siatkówki na najwyższym poziomie, Gosia spotkała na swojej drodze wielu szkoleniowców. Teofil Czerwiński odkrył ją dla siatkówki, nieżyjący już Hubert Jerzy Wagner nauczył ja odwagi, a Andrzej Niemczyk po prostu jej zaufał. Każdy miał na nią jakiś wpływ, choć dla Gosi w grze w siatkówkę nie osoba trenera jest postacią najważniejszą. - Dużo bardziej mobilizuje mnie otoczenie, w którym przebywam, a trener jest tylko jego częścią. On nie jest najważniejszy. Dużo większe znaczenie ma dla mnie koleżanka z drużyny, która stoi obok, to, co ona powie. I tak było ze mną zawsze. Od początku bardziej interesowało mnie to, co myśli koleżanka z boiska, niż to, co mówi mój trener. Oczywiście każdy czasem potrzebuje solidnego „kopa”. Ale przecież jest i tak, że trener próbuje coś zrobić, a ciebie to i tak nie rusza. Ale trzeba mieć osobę, która jest autorytetem i którą się poważa. Problem polega na tym, że tego od razu się nie ma. To przychodzi dopiero po pewnym czasie. Gosia spotkała niewielu takich szkoleniowców. Bardzo mało jest takich, którzy potrafią dotrzeć do swojego zespołu. - Najważniejsze cechy to zaufanie i to, żeby był dobrym człowiekiem w życiu prywatnym, i żeby był dla mnie w jakiś sposób autorytetem. Liczy się przede wszystkim podejście psychologiczne. Dla mnie wcale nie musi być niesamowitym taktykiem. Wydaje mi się, że na takim poziomie, na jakim gramy w kadrze czy w dobrych klubach, mogłybyśmy się już same przygotować do meczu. Trener musi zmobilizować drużynę do gry, wpływać na nią mentalnie. Takim człowiekiem był na pewno trener Andrzej Niemczyk. Uwierzył w swoje zawodniczki i kiedy trzeba było, dawał im wolną rękę i ufał. – Pozwolił nam o sobie decydować, to miało ogromne znaczenie – wspomina i zaraz dodaje – Ale nie było dużo takich trenerów w mojej karierze.
Kiedy w 2003 roku zespół po Zbigniewie Krzyżanowskim objął Andrzej Niemczyk, Małgosia Glinka wcale nie przypuszczała, że nowy szkoleniowiec będzie potrafił odmienić losy drużyny niczym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Właściwie podchodziła do tego sceptycznie. - Nie liczyłam na to, że nagle coś się zmieni. Grałam w reprezentacji przez 14 lat i nic się nigdy nie zmieniało. Nie miałam wtedy wielkich oczekiwań. Byłam w reprezentacji praktycznie od zawsze. Dokładnie w tym samym czasie Glinka zaczęła mieć poważne kłopoty zdrowotne. Miała obawy, czy nowy trener zaakceptuje jej warunki i czy w ogóle w tym sezonie przyjedzie na zgrupowanie. - Mój organizm nie wytrzymywał przeciążeń. Nie byłam w stanie grać i w klubie i w reprezentacji przez dwanaście miesięcy w roku. I wtedy wszystko zależy już tylko od umowy pomiędzy zawodniczką a trenerem. Albo on się na to zgadza, albo ja stanę przed wyborem: klub czy reprezentacja? Inaczej nie ma ze mnie pożytku. A Niemczyk mi wtedy zaufał, odpuścił mi, dał mi 3 tygodnie wakacji, a dopiero potem przyjechałam na obóz. Oczywiście, przez ten czas trenowałam, ale mogłam ten czas spędzić z rodziną, przyjaciółmi. To dało mi niesamowitą siłę.
„Do Włoch pojechałam od razu. Rodzice nawet nie wiedzieli, że przyjęłam ofertę”
Małgorzata Glinka wie, co mówi. Przez całą swoją karierę ciążyła na niej ogromna presja, oczekiwano wielkich wyników i zawsze, świetnej gry. Zapytana o to, jak się gra bez obciążeń, odpowiada, że właściwie już nie pamięta takich momentów. – Od kiedy zauważyłam, że jestem już trochę lepsza od innych zawodniczek, wiedziałam, że w dużej mierze ode mnie zależy czy wygramy mecz czy nie. Zobaczyłam, że mam większe możliwości, moje kontrakty były odpowiednio wyższe i mówiono mi wprost, czego się ode mnie wymaga, że po prostu wymaga się więcej. A im większe pieniądze, tym większa odpowiedzialność. Gosia bardzo szybko stała się samodzielna i zanim skończyła 20 lat wiedziała, co chce w życiu robić. – Szkoda mi, że Skra się rozpadła, szczególnie ze względu na dziewczyny, które zostawiły na parkiecie dużo zdrowia. Tak naprawdę odeszłam stamtąd w dobrym momencie, awansowałyśmy do pierwszej ligi, a ja dostałam propozycję z Andrychowa. Nie miałam wtedy osiemnastu lat, więc rodzice podpisali za mnie umowę. Nie chciałam wyjechać za nic, było mi w Skrze dobrze. Ale z perspektywy czasu sądzę, że to była trafna decyzja mimo młodego wieku. Potem był Kalisz. Na początku mojej kariery miałam wielkie szczęście, że trafiałam do takich klubów, do jakich trafiałam. Zarówno Skra, jak i Andrychów i Kalisz zawsze wywiązywały się z umów. Jestem im wdzięczna, że zaopiekowali się mną. Później przyszła pora na zrealizowanie swojego największego marzenia: wyjazd do Włoch. – Wtedy właśnie pierwszy raz tak naprawdę zadecydowałam za siebie. I wtedy też zaczęła się dla mnie siatkówka na najwyższym poziomie, choć na poważnie grałam już dużo wcześniej. Zanim wyjechałam, gra w siatkówkę była dla mnie przede wszystkim przyjemnością. Lubiłam chodzić na treningi, jeździć na mecze, zgrupowania. We Włoszech zobaczyłam dopiero, jak jest ciężko i tam poznałam, co to jest profesjonalizm. Nagle zdałam tam sobie sprawę, że jestem odpowiedzialna za bardzo dużo rzeczy. I że jestem tam zupełnie sama… Gosia przyznaje jednak, że o wyjeździe zdecydowała niemal bez zastanowienia. Nie analizowała plusów, ani minusów. Pod względem sportowym nie było nad czym się zastanawiać. Poza tym: - Od dziecka moim marzeniem było wyjechać do Włoch i tam grać w siatkówkę. Jak tylko zadzwonili do mnie z Vicenzy i złożyli ofertę, wcale się nie zastanawiałam. Powiedziałam od razu „dobrze, jestem bardzo szczęśliwa i bardzo chcę wyjechać”. Moi rodzice długo nawet o tym nie wiedzieli. Dowiedzieli się dopiero, jak już podpisałam umowę. Bardzo to przeżyli. Zresztą, ja również. Do końca nie zdawałam sobie sprawy z tego, co to oznacza. Do momentu jak już stanęłam przed faktem dokonanym, na lotnisku. To nie był wyjazd na wakacje, zresztą, ja nigdy nie wyjeżdżałam na wakacje (śmiech).
Dla Gosi zaczęła się prawdziwa dorosłość zwłaszcza, że w przeciwieństwie do swoich koleżanek z siatkarskich parkietów nie uczyła się wcześniej w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Sosnowcu. - Mama się nie zgodziła na SMS. Powiedziała, że chce mieć mnie jeszcze przy sobie i musiałam zostać. To ona miała decydujący głos, choć ja bardzo chciałam wyjechać. Miałabym wtedy spokój ze szkołą – śmieje się Gosia - No, ale nie pojechałam. Było mi przykro, bo miałam tam kilka koleżanek, z którymi się przyjaźniłam. Z mojego rocznika była np. Agata Karczmarzewska (Pura), ale szybko zapomniałam i później nie żałowałam. Życie pokazało, że w jej przypadku nie miało to negatywnego wpływu na siatkarski rozwój przyszłej gwiazdy ligi włoskiej. Gosia dalej grała w Skrze Warszawa, do której trafiła przede wszystkim dzięki swojemu pierwszemu trenerowi, nazywanym często łowcą talentów, Teofilowi Czerwińskiemu. Wspomina, że często bywało nawet tak, że z książką jeździła na treningi, a między jednym a drugim meczem trenerzy przepytywali ją z materiału. Wolnych chwil na naukę było bardzo mało.
„Pieniądze, które zarabiałam, mama na początku odkładała mi na ubrania”
- Moja mama od razu założyła mi konto, widziała, że będę wysoka i te pieniądze, które zarabiałam na początku, odkładała mi na ubrania. Wiedziała, że może być z tym problem, więc profilaktycznie od razu tak mi zapowiedziała. Gosia Glinka nigdy też nie zapomina o tym, żeby za wszystko, co ją spotkało, podziękować swojemu pierwszemu trenerowi. - Nauczyłam się przy nim wiele, miedzy innymi podstaw techniki. Jestem wdzięczna za to, że mnie zauważył i przede wszystkim zainteresował siatkówką. Mamy ze sobą kontakt do tej pory, był gościem na moim ślubie. Wziął mnie taką chudą sierotę, snułam się po boisku, nie miałam wtedy jakiś szczególnych predyspozycji, nie wybijałam się. Siedziałam na ławce rezerwowych. A on mimo wszystko zauważył coś we mnie, zaprosił do Skry i jemu zawdzięczam to, że połknęłam bakcyla. Trzeba przyznać, że ma dobrego trenerskiego nosa (śmiech). Trener Czerwiński odwdzięcza się byłej podopiecznej tym samym.- Gosia równie szybko poznawała tajniki gry jak rosła. Pierwsze notatki w moim dzienniku mówią o 174 cm wzrostu, a ostatnie o 191 cm. To daje około pięciu centymetrów rocznie. Szybko się uczyła. Któregoś razu, widząc jej postępy, zaproponowałem, żeby spróbowała zagrywki z wyskoku. Opanowała to bez trudu, a niebawem, gdy w jednym z meczów przegrywaliśmy w decydującym secie 5:13, dzięki tym serwisom wygraliśmy 15:13. Czerwiński wypatrzył jeszcze jedną przyszłą mistrzynię Europy, Katarzynę Skowrońską-Dolatę. - Były to smukłe, wysokie i skoczne dziewczyny, które poruszały się niemal jak baletnice. Trzeba było tylko nauczyć je techniki. Mama Gosi miała sporo obaw, czy sport jest jej córce potrzebny. Powiedziałem jej wtedy, że za jakiś czas Gosia będzie zarabiać więcej niż cała ich rodzina. Oburzyła się, ale po kilku latach przyznała mi rację…
Glinka bardzo szybko zaczęła się piąć na szczyt i z niepozornej nastolatki wyrosła na siatkarkę wielkiego formatu. Mało kto pamięta dziś, że u progu kariery, głównie ze względu na warunki fizyczne jak i niespotykane u jej rówieśniczek umiejętności, chciano, aby Gosia była… rozgrywającą. - Gosia została powołana do reprezentacji juniorek, wprowadzając w osłupienie trenera Jana Rysia, gdy bez problemu złapała za obręcz od kosza – opowiada Teofil Czerwiński - Ryś chciał ją przestawić z ataku na rozegranie, ale na szczęście udało mi się odwieść go od tego zamiaru. Rok później występowała już jednocześnie w kadrze juniorskiej i seniorskiej. W tym czasie weszliśmy ze Skrą najpierw do II ligi, a potem do I ligi Serii B, po czym sama już przeniosła się do najlepszych drużyn w kraju [po dwa lata w Dick Black Andrychów i Augusto Kalisz - red.], by w końcu trafić do Włoch. Gdy odchodziła ze Skry, była już zawodniczką wysokiej klasy, która potem mogła się tylko doskonalić.
„Byłam niepokorna i wiele razy chciałam rezygnować z siatkówki”
Od tamtego czasu wiele się zmieniło, a Gosia ze śmiechem podkreśla, że całe szczęście. – Na pewno dużo się zmieniło we mnie od czasu, kiedy miałam 15 lat. Właściwie to dobrze, że się zmieniło, bo gdybym została taką 15-latką, jaką byłam, to nie wiem, jak by moja kariera się skończyła – szczerze przyznaje. Dziś, patrząc na twarz Małgosi, mało kto powiedziałby, że jako młoda dziewczyna przysparzała swoim rodzicom sporo bólu głowy. – Tak, trzeba przyznać, że miałam buntowniczy charakter, byłam niepokorna i wiele razy chciałam rezygnować z siatkówki. Ale oczywiście było to jeszcze wtedy, kiedy wolałam raczej pójść z koleżankami na podwórko, a nie na trening. Zdarzało się, że nie chciałam iść i wtedy moi rodzice musieli ingerować – uśmiecha się - Było tak raczej rzadko, ale pojawiały się chwile, że miałam dosyć. No a później, kiedy pojawiły się problemy w szkole, to mówiłam rodzicom, że będę się uczyć, poprawię oceny, ale kosztem siatkówki i treningów. Stawiałam im ultimatum, obiecałam, że poprawię stopnie, ale kosztem siatkówki. Wtedy oni mówili, że mam zrobić tak, żeby to wszystko pogodzić, żeby było dobrze i tu i tu. Nie mieli ze mną łatwo. Niezależnie jednak od wszystkiego, pomimo tego, że sami mieli sporo wątpliwości, udało im się wychować córkę na wyśmienitą siatkarkę, a sama Gosia z upływem lat bardzo się zmieniła. Patrząc na jej postawę na boisku trudno przypuszczać, że drzemie w niej aż tyle emocji. - Na boisku na pewno już nie reagowałam tak emocjonalnie. Z wiekiem mi to minęło, pojawił się inny sposób myślenia. Byłam za coraz większą ilość spraw odpowiedzialna. I wtedy właśnie poczułam, że są chwile, kiedy wolałabym być tą 15-letnią dziewczyną, która zajmuje się tylko piłką siatkową i niczym więcej. Bo czasem lepiej wiedzieć mniej, niż wiedzieć za dużo. Bywa też tak, że lepiej w ogóle nie zdawać sobie sprawy z tego, jaka jest wokół ciebie sytuacja.
Popularna „Maggie”, tak wołają na Gosię kibice we Włoszech, analizując przebieg swojej kariery dochodzi do wniosku, że z perspektywy czasu w jej życiu wszystko wydarzyło się dokładnie wtedy, kiedy powinno. Wszystko miało swój czas i miejsce. - Wydaje mi się, że w moim przypadku wszystko przyszło w odpowiednim okresie, że z biegiem czasu wszystko się jakoś poukładało i dorosłam do tego, co mnie spotykało. Oczywiście, że nie zawsze byłam gotowa na to, co się dzieje. Robiłam dobrą minę do złej gry, ale uważam, że jeśli jakiś człowiek mówi, że jest na wszystko gotowy, to nie jest to prawda.
„Ciągle szukam adrenaliny, kiedy ją znajdę, będę wiedziała, że to jest to”
Na pierwsze od lat wakacje Gosia czekała bardzo długo. I choć nie jest to jeszcze sportowa emerytura, a zasłużona przerwa w pracy, już teraz zastanawia się, co będzie dalej robić. Jak będzie wyglądało jej życie bez siatkówki. Na razie nie ma bliżej sprecyzowanych planów. Ku jej zaskoczeniu dni płyną bardzo szybko i pomimo tego, że nie musi już pędzić na obowiązkowe treningi, czasu dla siebie ma niewiele. W czasie pobytu w Polsce na brak zajęć nie narzekała, nawet tych najbardziej prozaicznych. – Jak każdy zwyczajny człowiek biegam po urzędach, stoję w kolejkach i załatwiam papierkowe sprawy. Poza tym zajmuję się dzieckiem mojej siostry. To naprawdę miłe zajęcie – relacjonuje. Z tego też powodu zagadnięta o plany na przyszłość, odpowiada. – Nie wiem, co będę robić. Roberto bardzo chce mi znaleźć miejsce w naszej firmie. I wiem o tym, że on już coś w tej kwestii kombinuje, ale ja na razie nie wiem, czy będę chciała. Na pewno będę mu pomagała, ale na chwilę obecną nie wiążę z tym żadnej przyszłości. I jeśli cokolwiek w tym kierunku będę robić, to dla przyjemności, bo w końcu płyną z tego nasze wspólne pieniądze, jest to interes rodzinny. Jednak teraz nie powiem, że chcę się tym zajmować całe życie. Dopóki nie znajdę mojej własnej adrenaliny, której szukam, i która właściwie jeszcze nie wiem, czym jest, to na pewno będę mu pomagała.
Nigdy też nie zastanawiała się nad tym, czy byłaby dobrym trenerem. - Nie wiem, czy bym się do tego nadawała. Nie wiem, czy mam jakiekolwiek zdolności w tym kierunku. Nie mam przecież odpowiednich studiów – zastanawia się Gosia - Na pewno jednak, jeżeli miałabym coś robić, to najpierw musiałabym się dokształcić. Bo nieważne czy się pracuje z dziećmi czy z dorosłymi, trzeba mieć odpowiednie kwalifikacje. To się wiąże z dużą odpowiedzialnością. Trzeba się na tym znać. Nie chciałabym, żeby któregoś dnia przyszedł do mnie rodzic i powiedział, że jestem niedouczona i coś źle robię. Na razie mnie do tego nie ciągnie. Do wszystkiego trzeba dojrzeć i nie chcę teraz podejmować żadnych pochopnych decyzji. Zajmować się wszystkim a tak naprawdę niczym. Muszę się upewnić, w czym mogłabym być dobra. Teraz nie jestem do tego przekonana. Po chwili zastanowienia jeszcze dodaje. - W każdym razie na pewno nie interesuje mnie stanowisko trenera drugiego, trzeciego, czwartego, od podawania piłek, przygotowania fizycznego tego, czy tamtego. Nie byłabym w tym dobra. Albo zajmuję się czymś od początku do końca, dobrze, albo w ogóle się za to nie biorę. Zdradziła jednak, że jeśli kiedykolwiek poważnie zacznie się nad tym zastanawiać, chciałaby się uczyć zawodu tylko w jednym miejscu. - Moim marzeniem jest, zakładając, że miałabym zostać kiedyś trenerem, pojechać na szkolenie do Brazylii. Wydaje mi się, że Brazylijczycy mają w sobie coś takiego, możliwe, że dała im to natura, ale to jest niesamowity talent i mentalność zwycięzców. Chciałabym z bliska zobaczyć, jak to wszystko u nich wygląda. Dlaczego nie Włochy, które powszechnie uważane są za kuźnię nie tylko siatkarskich, ale i trenerskich talentów? - Włochy już znam. Poznałam ich system szkolenia przez lata i wcale nie jestem pod jakimś wielkim wrażeniem. Ciekawi mnie właśnie mentalność brazylijska. Podziwiam Brazylię właściwie za wszystko. W tym roku grałam z nimi kilka razy. Są to bardzo skromne dziewczyny. Im więcej zdobędziesz, tym bardziej skromna jesteś, myślę, że tak jest właśnie z nimi. Poza tym bardzo interesuje mnie sam kraj. Podobno jest piękny – zwierza się Maggie.
„Nadrobić można wszystko. Teraz właśnie jest na to czas”
Gosia prawie połowę życia spędziła poza Polską. I teraz, kiedy zdecydowała się mocno ograniczyć swoją sportową karierę, nie zamierza wracać. – Musieliśmy razem z mężem Roberto znaleźć jakiś kompromis - uśmiecha się – Gdybyśmy wybrali Polskę lub Włochy, zawsze ktoś byłby niezadowolony. Z Hiszpanii wszędzie mamy blisko – tłumaczy swój wybór. – Poza tym Hiszpania to jedyny kraj, który może rywalizować z Polską. Nie wiem, z czego to wynika, bo przecież ja wcale tak dobrze Polaków nie znam (śmiech). Ale czuję, że Hiszpanie i Polacy mają ze sobą dużo wspólnego. I poza Polską tylko tam mogłabym mieszkać.
Małgosia ma zresztą w tej kwestii duże porównanie. Podróże to część jej pracy, ale z drugiej strony, jak sama zainteresowana przyznaje, pasja. - Bardzo mi się podoba Paryż, ale to chyba tak samo jak każdemu, nie jestem oryginalna. Piękne jest też Cannes, w którym mieszkałam przez rok, ale mimo wszystko wcale nie chciałabym tam zostać na stałe. Jakoś Francuzi mi nie odpowiadają. Są inni i czasem zaskakują – przyznaje. Dla większości obcokrajowców dziwny jest chociażby zwyczaj całowania się mężczyzn na powitanie. - Podanie ręki i dwa buziaki. Roberto też był zdziwiony, bo we Włoszech faceci tak się nie zachowują. Ale chciałam tam pojechać, bo Cannes to najlepszy francuski klub, czołówka europejska. Poza tym, jako że lubię się uczyć nowych języków, spróbowałam czegoś innego. Brakuje mi w życiu czasu, bo chętnie pojechałabym jeszcze na sezon do Japonii, Brazylii, Turcji – tylko dlatego, żeby poznać tamtejszą kulturę i zarobić trochę pieniędzy. Czysta ekonomia – wyznaje - W którymś momencie poczułam, że przyszedł czas na zmiany i że chcę poznawać nowe miejsca, ludzi i coś jeszcze wygrać. Teraz natomiast przyszedł czas, żeby się zatrzymać.
„Zawalałam życie rodzinne, ale rodzina nigdy nie miała do mnie pretensji”
Glinka, tak jak zapowiedziała, zmieniła priorytety i na pierwszym miejscu postawiła rodzinę. I jak mówi, nie wynika to wcale z faktu, że we wrześniu skończyła 30 lat i w związku z tym przyszedł czas podsumowań. Z podobnym zamiarem nosiła się od miesięcy. Teraz realizuję się jako ciocia i mam nadzieję, że dobrze mi to wychodzi. Najmłodsza córka mojej siostry dopiero mnie poznała, ma 9 miesięcy i wcześniej na mój widok tylko płakała. Teraz jest już lepiej. A druga ma już 10 lat i właśnie żyje pierwszą w życiu dyskoteką – opowiada - Byłyśmy na zakupach, kupiłyśmy bluzki, w końcu to bardzo poważna sprawa (śmiech). Nie pozwoliłam jej się tylko umalować, za wcześnie jeszcze. Czy zanosi się na to, że pójdzie w ślady cioci? - Do siatkówki ją jakoś wcale nie ciągnie. Będę musiała z nią chyba porozmawiać i zaszczepić w niej tę żyłkę do sportu. Ale jeśli nie ma się tego we krwi od najmłodszych lat, to później chyba już nie można się tego nauczyć. Z w-fu nie jest dobra. Bardziej ciągnie ją do tańca. Jest bardziej nowoczesnym dzieckiem niż ja, bo ja miałam tylko siatkówkę i trzepak – śmieje się. Zapytana o to, jak do jej kariery podchodziła rodzina, stwierdziła. - Zawalałam życie rodzinne, ale rodzina nigdy nie miała do mnie pretensji, przez co i ja nie miałam ich do siebie. Oni cieszyli się tym, że mogę się realizować. Wiedzieli, że przyjdzie kiedyś taki moment, że usiądę i będę mogła o tym wszystkim opowiedzieć i będzie to już za mną. Wszystko można nadrobić, teraz jest na to czas.
Zwłaszcza, że tak naprawdę przeważają chwile dobre, niż złe. A takie spotkania jak to po zdobyciu pierwszego złotego medalu z ówczesnym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, wiele rekompensują. – Moja mama tak naprawdę mnie nie zna, ale wiem, że jest ze mnie dumna. Na tamtym spotkaniu byli też wtedy moi rodzice i prezydent mnie wtedy wychwalał pod niebiosa. Powiedział, że gratuluje im córki – wojownika. A moi rodzice, kiedy to usłyszeli, byli po prostu wniebowzięci i ja też byłam wniebowzięta, że moi rodzice są wniebowzięci (śmiech). To najbardziej pamiętam i to mi najbardziej przypadło do gustu. Bardzo luźno nam się rozmawiało.
„Żeby zdecydować się, czy się pobierzemy, rzucaliśmy monetą”
Małgorzata Glinka poza Polską spotkała także swojego przyszłego męża, Roberto Mogentale. Wspomina jednak, że na początku znajomości nic nie wskazywało na to, że w przyszłości mogą być razem. – Jak go pierwszy raz zobaczyłam, to mi niczym nie zaimponował. Szczerze mówiąc nie spodobaliśmy się sobie. Dopiero z czasem wszystko się zmieniło. Poznaliśmy się w dyskotece, we Włoszech, kiedy grałam w Vicenzie. Dziwnie się to wszystko potoczyło między nami. Na pewno nie była to miłość od pierwszego wejrzenia – zdradza z uśmiechem Gosia. - Nawet nie mówiłam wtedy po włosku, bałam się tego. To był mój drugi sezon gry i wszystko było nowe. Ale w końcu doszło do tego, że Roberto przyjeżdżał do mnie z miejscowości oddalonej aż o 200 km. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że prawdziwy test znajomości Małgosi i Roberto przyszedł po zakończeniu sezonu we Włoszech. - W kwietniu wyjeżdżałam na kadrę i on mi wtedy powiedział, że przyjedzie do mnie do Polski, na parę dni. Nie wierzyłam mu wtedy. Myślałam, że mnie tylko tak urabia – opowiada Gosia - Ale wtedy już mi na nim zależało. I jednak przyjechał…W tamte wakacje zakochaliśmy się w sobie.
Później też wcale nie było standardowo, bo Roberto prosił Gosię o rękę… dwa razy. – Tak, jak mówiłam, było dziwnie między nami. Rzucaliśmy monetą czy się pobierzemy, czy nie – wspomina ten czas z rozbawieniem - Za pierwszym razem ja miałam 23 lata, on 22. Nie zgodziłam się, bo czułam, że do tego nie dorosłam. Powiedziałam, że jesteśmy za młodzi, i żebyśmy jeszcze trochę poczekali. Chociaż najpierw odpowiedziałam „tak”, bo mnie zaskoczył i nie wiedziałam, co w takiej sytuacji zrobić. Dopiero później do mnie dotarło, co się stało i unikałam tego tematu, jak mogłam. A to była poważna rozmowa, morze, pierścionek, wszystko jak należy. Żadne żarty. Później oświadczył się na kolejnych wakacjach – relacjonuje - Powiedział, że mam się decydować, bo on teraz robi jakąś ważną inwestycję i nie wiadomo, czy go później będzie stać na ślub. Ale wtedy też nie odpowiedziałam i nie wiem, czy to przypadkiem nie było tak, że to później ja mu się oświadczyłam. Widziałam, że ma ochotę to zrobić, ale już się boi zapytać trzeci raz. Sami sobie się oświadczyliśmy w jednym momencie. Było bardzo miło, jedliśmy kolację w restauracji, byli wszyscy nasi przyjaciele. Było bardzo romantycznie i bardzo sentymentalnie, chyba jak nigdy w życiu. Poza tym to był bardzo dobry moment, bo oboje wiedzieliśmy, że chcemy być małżeństwem. Znaliśmy się dobrze i byliśmy gotowi. Wcześniej byłam jeszcze dzieckiem. To nie znaczy, że nie chciałam wyjść za Roberto, bo chciałam, ale byłam zbyt niedojrzała na taki krok. Niektóre dziewczyny w wieku 23 lat mają już dzieci, ja do takich osób nie należę. Byłam bardzo zakochana, ale go właściwie nie znałam, odezwał się we mnie rozsądek i postanowiłam poczekać. Pomyślałam, że jeżeli mnie z tego powodu rzuci, to znaczy, że mnie nie kochał i to żadna strata.
Wesele zaplanowano na czerwiec 2004 roku. Odbyło się w rodzinnej miejscowości Jana Pawła II, którego Gosia wymienia jako jednego ze swoich największych autorytetów. - Planowaliśmy je bardzo długo. A tak naprawdę nie ja się tym zajmowałam tylko moi przyjaciele, bo nie miałam na to czasu. Ja tylko, co najwyżej, zatwierdzałam ich pomysły. Od razu chcieliśmy wziąć ślub w Wadowicach i cieszę się bardzo, że stało się to jeszcze za życia papieża.
„Słodycze to moja pasja, moja słabość”
- Brakuje mi włoskiej czy hiszpańskiej sjesty. Kocham spać. Jeżeli się porządnie nie wyśpię, to jestem nie do życia. Do tej pory każdy dzień Gosi wyglądał tak samo. - Rano wstaję, potem trening, później masaż, jakaś odnowa biologiczna, potem powrót do domu, zakupy, obiad i stały element, dwie godziny po południu muszę spać. I tak jest od ponad 10 lat, nic się nie zmienia w tym względzie. Teraz nie trenuję, więc też tyle nie śpię, ale przyznaję, że trochę mi tego brakuje. Pewnie to wynikało ze zmęczenia wcześniejszym treningiem, a po drugie było mi to potrzebne do drugiego treningu, żeby mieć siłę. Taka regeneracja organizmu. Jest jeszcze coś, do czego Gosia przyznaje się od razu. - A kiedy wstawałam, to obowiązkowo musiałam zjeść coś słodkiego. Kawa, jakieś ciasto, inaczej umierałam i nie mogłam normalnie funkcjonować. Tak, słodycze to moja pasja, moja słabość. Uwielbiam ptasie mleczko, ciasto drożdżowe. A najgorsze, że nie mam wyrzutów sumienia, kiedy jem. – śmieje się - Lubię dania mączne. Ale smakuje mi kuchnia włoska, hiszpańska, jest po prostu zdrowa. Dania nie są ciężkie, ciężkostrawne. Kiedy przyjeżdżam do Polski, mam ochotę na takie typowe polskie jedzenie, ale na początku naprawdę trudno się przestawić.
Za chwilę, kończąc kulinarne rozważania, już trochę poważniej stwierdza. - Czasami bardzo nie chciało mi się iść na trening. Wstawałam rano i myślałam sobie „Boże, znowu”, ale nigdy nie zdarzyło się tak, że nie poszłam na trening, bo mi się nie chciało. Nawet przy jakiejś chorobie, gorączka, nie gorączka, chciałam być na tym treningu. W zawodowym sporcie nie ma takich sytuacji, że ktoś ot, tak sobie nie przychodzi na trening. Ale fajnie by było, gdyby w kontrakcie był taki zapis, że raz w miesiącu można sobie taki dzień wolny zrobić – proponuje z lekkim przymrużeniem oka.
„Jestem uparta. Jak sobie coś postanowię, trudno wybić mi to z głowy”
Poza siatkarską halą Gosia jest bardzo towarzyską osobą i uważa, że nie ma problemu z nawiązywaniem nowych znajomości. – Myślę, że jestem otwarta. Ale generalnie nie lubię o sobie mówić. Nie jestem w pewnych momentach konsekwentna i odpuszczam. Mówię to, co myślę i czasem tego żałuję. Czasem wypada coś powiedzieć, czasem nie wypada, a ja zwykle na to nie zważam. Jestem uparta i ciężko mi przetłumaczyć pewne rzeczy. Są tylko trzy, cztery osoby, które mają na mnie jakikolwiek wpływ, a i tak muszą ze mną rozmawiać dniami i nocami. Bywam niezdecydowana. Jednak zazwyczaj trzymam się tego, co już postanowiłam. Jak już wytyczę sobie kierunek, to się go trzymam – przyznaje po głębszym zastanowieniu Glinka.
W życiu bywają jednak chwile, kiedy stroni się od ludzi i potrzebuje wyciszenia. - Właściwie nigdy nie mam gorszych chwil. Ale kiedy czuję się gorzej psychicznie, to sprzątam. W ten sposób odreagowuję. Kiedy mój mąż widzi, że chodzę jak „motorek”, to wie, że coś jest nie tak i że jestem czymś podenerwowana i trzeba mi dać coś do sprzątania – uśmiecha się Małgosia. - Niektórzy mówią, że jestem bardzo spokojna, ale wydaje mi się, że przejmuję się rzeczami, którymi nie powinnam. Sama stwarzam sobie problemy. Chciałabym, żeby wszystko było perfekcyjnie zrobione, a przecież nigdy tak nie jest. Ostatnio denerwuje mnie na przykład to, że mój sponsor mi nie płaci i nie wywiązuje się z kontraktu. I jak przyjadę do Hiszpanii, będę musiała się tym zająć. Denerwuję się, że do takiej sytuacji w ogóle doszło. Jaka jeszcze jest Gosia? – Jestem bardzo wrażliwa i jak tylko leci jakiś film w telewizji, to ja od razu płaczę – przyznaje. Jak u każdego, także w życiu Gosi są rzeczy, których się boi. – Moje fobie? – zastanawia się - Boję się różnych rzeczy. Wesołe miasteczko. Boję się tych wszystkich urządzeń. Nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia, nie jest dla mnie atrakcyjne. Nie chodzi nawet o lęk wysokości. Dla mnie to po prostu żadna atrakcja, taki park rozrywki. Zapytana czy podoba się jej określenie „Złotka” stwierdziła. – Nie ma w tym nic irytującego. Nie przeszkadza mi to. Jak ktoś mówi do mnie złotko, jak mogę mieć coś przeciwko temu? - pyta ze śmiechem.
Do tej pory mało było też czasu, który mogłaby poświęcić na rozwijanie swoich zainteresowań. Jak mówi, nie ma ich zresztą wiele. - Interesuje mnie tenis, chciałabym też kiedyś pójść na pływalnię i zobaczyć zawody na żywo. Teraz nie wiem nawet, gdzie i kiedy takie imprezy są organizowane. Tak naprawdę od wielu lat jestem w Polsce pierwszy raz dłużej niż miesiąc. Odkrywam Polskę na nowo, bo pamiętam właściwie tę, z czasów, kiedy miałam 15 lat. A od tego czasu zmieniło się bardzo, bardzo dużo. Zagadnięta o tamte czasy ze śmiechem powtarza. - Może lepiej nie wracajmy do tych czasów. W dzieciństwie nie miałam idoli. Czego ja mogłam wtedy słuchać? New Kids On The Block? Milli Vanilli? Całe szczęście, że nie mam już 15 lat. W czasie rozmowy zdradza także, że pamięta, kiedy w Polsce jedzenie było jeszcze na kartki i żeby cokolwiek dostać, trzeba było stać w długich kolejkach. – Faktycznie tak było. Jeździłam po chleb. Stałam w tych kolejkach z mamą na przykład po dodatkowe rolki papieru toaletowego. Nie chciało mi się chodzić, ale cóż było zrobić – mówi ze śmiechem.
Plany na przyszłość? – Jeszcze w tym roku chcę pojechać na narty i przejechać się na motorze. Nie gram w żadne konkursy, ale czasem gramy z mężem w totolotka. Wtedy siadamy razem i zaczynamy sobie wyliczać, co zrobilibyśmy z takimi pieniędzmi. Czasem fajnie pomarzyć! Do tej pory nie miałam ani siły, ani czasu na szaleństwa – śmieje się - Wiadomo, że po większym sukcesie organizuje się imprezy. Wtedy spotykam się przyjaciółmi, ale to raczej standardowy sposób na świętowanie. Co ja mogłabym zrobić szalonego? Spakować się, wsiąść w samolot i polecieć do przyjaciół. Było tak parę razy, że brałam medal, jechałam do kogoś i zaraz potem szybko wracałam. Taka niespodzianka. Sama zresztą też bardzo lubię niespodzianki.
Autor tekstu:
Hanna Niełacna - Reprezentacja.net
(Listopad 2008)
Przy opracowywaniu tekstu wykorzystano fragmenty:
- rozmowa z Małgorzatą Glinką po ME – Gazeta Wyborcza,
- rozmowa z trenerem Teofilem Czerwińskim – Rafał Stec, Gazeta Wyborcza.
--------------------
*Niniejszy tekst w rozszerzonej wersji, uzupełniony o dodatkowe materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów.
źródło: Reprezentacja.net
opracowanie: Hanna Niełacna
Do wiadomości napisano 29 komentarzy